1.29.2016

04. Mam nadzieję, że to pomyłka (2/2)

Ogłaszam, że będę się starała publikować rozdziały co tydzień, w piątek lub sobotę (jeszcze dokładnie nie wiem) i będę miały one średnio 1500 słów (też zależy jak wyjdzie, ale ogólnie to 1200-1500, żeby nie było to krótkie badziewie). Za cel ustalam sobie skończenie opowiadania do końca roku (póki moje gimnazjowanie nie rozpocznie się na dobre. Więc tak się sprawy mają, a teraz zapraszam do czytania i komentowania historii Anabel :)
Uwaga! Cały rozdział (1 i 2 część) ma dokładnie 4.982 słowa. To najdłuższa praca, jaką w życiu napisałam O.o Mam nadzieję, że następne rozdziały będą miały objętość o połowę mniejszą >.<
Tak Vicky, 5 tyś. nie ma, ale prawie... xD
Przepraszam za błędy, ale nie chciałam, byście musieli długo czekać na ciąg dalszy tego samego rozdziału :P
_______________________________________

     Idziemy w stronę domu. Trochę zaskakuje mnie, że ktoś nazwał go Wielkim Domem - spodziewałam się ogromnego budynku stylistycznie przypominający domek Zeusa, króla bogów, ale nawet cieszę się, że tak nie jest. Przynajmniej mnie nie onieśmiela, powtarzam sobie.
Podchodzimy niemal do drzwi, a ja w tym czasie oglądam go z bliska: ma zwyczajne, proste okna, a mimo to zdają się patrzeć na mnie jak na intruza. Na stoliku i fotelach wypoczynkowych leżą porozrzucane w nieładzie karty do gry. Na posadzce walają się zgniecione puszki po dietetycznej coli i pepsi.
 - Raisonie, zagramy w Pacmana? - pyta ktoś nagle.
Oboje odwracamy się w tamtym kierunku. To niemożliwe!
 - Nie, teraz nie. Może później - odpowiada chłopak, chowając dłonie do kieszeni.
Co, na Boga, robi tutaj Dres?
 - Proszę pana... kojarzy mnie pan? Panie Dres... znaczy Des.
Niski mężczyzna o czarnych włosach układających się w loki patrzy na mnie wzrokiem, który mógłby przewiercić mnie na pół.
 - Anna Bella Jackson?
Raison obserwuje nas z niemałym rozbawieniem.
 - Fajna nowa ksywka, panie D. Jak się jej dorobiłeś? - pyta mojego nauczyciela.
Pan Dres milczy.
 - Kim właściwie jesteś? - pytam, zniecierpliwiona.
 - Dionizosem. Na pewno przerabialiście już mitologię w twojej klasie.
Kiwam głową, oczekuję, że nauczyciel powie coś więcej, wyjaśni to jakoś. Ale nie mówi nic oprócz tego, pozostawiając mnie w otępieniu, przez które łzy cisną mi się do oczu. Jestem zagubiona, a nikt nie chce pomóc mi się odnaleźć.
Pan Dres - a raczej Dionizos - odchodzi, a wtedy Rai staje obok mnie i mówi półszeptem:
 - Chodź Ann, Chejron na nas czeka.
Posłusznie słucham go i idę za nim, ramię w ramię. Blondyn nie jest taki jak Adam, który chciałby trzymać mnie przy sobie i nie pozwalał mi się wypowiedzieć. Raison pozwala mi być samodzielną, ale nie odmawia pomocnej ręki - nawet nie muszę o nią prosić, po prostu czuje, kiedy jej potrzebuję. W jego niebieskich oczach jest coś znajomego, coś, co już widziałam, ale za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy. Może to tylko przewidzenie, bo widziałam Jasona, jego ojca, i muszę przyznać, że są do siebie podobni.
     Jesteśmy już w środku i okazuje się, że jest znacznie większy, niż się wydawał z zewnątrz. W pokoju, w którym się znajduję stoi zniszczony stół do tenisa stołowego (nie cierpię "ping ponga"). Czy ja w nim widzę ślady po ostrzu noża?
Raison wydaje się zauważać moje zainteresowanie drobnymi pęknięciami, bo tłumaczy:
 - Kiedy poznasz Clarisse, przestaniesz się dziwić. Była grupową aż do momentu, gdy urodziła drugiego syna.
Udaję, że rozumiem, co znaczy bycie grupowym, i dalej przyglądam się pomieszczeniu: widzę schody prowadzące na wyższe piętro oraz kilka drzwi i zastanawiam się, co jest za nimi.
Raison opuszcza mnie na moment, wchodzi do jednego z tajemniczych pokoi, a po chwili wraca razem z kimś innych.
Ten ktoś od pasa w dół jest siwym koniem.
 - Dlaczego ją przyprowadziłeś, Raisonie? - pyta chłopaka, który idzie obok niego z rękami schowanymi w kieszeniach spodni.
 - Tata o to poprosił. - Wzrusza obojętnie ramionami. - Wydało mi się, że to logiczne i całkiem rozsądne.
 - Nikt, oprócz Wyroczni nie może potwierdzić, że to ona. Nawet Rachel mogłaby mieć z tym kłopot. Możemy do końca życia tego nie określić, jeśli nie odzyska wspomnień. Szanse są marne.
 - Tata kazał, żeby się zapytał, dlaczego nektar działał na nią normalnie. To jakiś znak? - ciągnie Rai.
 - Nie jest herosem tak jak ty, chłopcze. Jesteś tylko połową z krwi swojego ojca, ledwie silniejszym od niektórych z dzieci półboga i śmiertelnika, bo twoja matka także ma w żyłach krew bogów. Serce Anabel także pompuje boską krew, ale słabą. Słabszą od twojej. Może być córką półboga i śmiertelnika, może nawet wnuczką. Albo kimś słabszym. Ale nie, nie jest herosem, jeśli o to pytasz - odpowiada na jego pytanie Chejron.
Czuję się źle, czuję się oszukana przez jasnowłosego chłopaka - w gruncie rzeczy jest taki sam jak Adam Greene, twierdzi, że jestem kimś, kim tak naprawdę nie jestem.
 - Nie mogę nic więcej powiedzieć, idźcie do Rachel. Może ona wam pomoże. - Centaur nas odprawia.
Raison patrzy na mnie swoimi błękitnymi oczami, które sprawiają, że nogi się pode mną uginają i stają się kłębkiem waty.
 - Chodź Ann, nic tu po nas - mówi do mnie cierpliwie i obdarza mnie małym uśmiechem.
 - Wytłumacz mi, o co tu chodzi - upieram się.
Chcę wiedzieć, co się dzieje, w co się mieszam. Coś podświadomie rozkazuje mi być spokojną, że jestem wśród przyjaciół, że ich znam; ale to nie jest prawda.
Chłopak bierze mnie za rękę tak, jakby robił to wiele razy i było to najnaturalniejszą rzeczą w życiu. Także mam takie wrażenie, ale opieram się mu, bo wmawiam sobie, że Raison jest obcy. Że nie powinnam czuć czegoś takiego.
     Prowadzi mnie do schodów, ruchem ręki nakazuje bym usiadła i posłuchała tego, co ma mi do powiedzenia.
Chcę, żeby opowiedział mi wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami o tym, co tu się dzieje, chociaż wiem, że to zapewne jest zbyt skomplikowane, by nawet napisać o tym miejscu nawet książkę, która miałaby tyle samo stron co Biblia.
Siedzę na zimnych płytkach i czekam na jego słowa.
 - Słuchaj... kurczę, jak dziwnie to tłumaczyć... - Rai waha się nad czymś. - Wiesz o herosach, prawda? Oni nadal są. Żyją i istnieją, są jak normalni ludzie. Mój ojciec jest herosem, matka też. To takie naturalne. Bogowie wcale nie różnią się od ludzi, jeśli nie liczyć nadnaturalnych mocy. Czasem wtapiają się między nich, żyją jakiś czas, ale potem odchodzą na swój Olimp. A po ich wizycie prawie zawsze zostaje dziecko.
 - A co z... Dionizosem? - pytam, a jego imię ciężko przechodzi mi przez gardło. Dla mnie to wciąż nikt inny jak mój wychowawca, pan Dres.
 - Skąd wytrzasnęłaś taką fajną ksywkę jak pan Dres? - Chłopak znów zbacza z tematu. Powoli tracę cierpliwość nawet do niego. - No dobra, czasami on albo Chejron szukają herosów, żeby potwory nie dopadły ich pierwsze. Ale zazwyczaj robią to satyrowie. Obóz Herosów powstał po to, żeby chronić półbogów przed potworami. Jeden z nich zaatakował ciebie. Thalia mówiła, że to była chimera. Tutaj jest najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. Ale istnieje jeszcze drugi taki obóz - Obóz Jupiter. Prócz greckiej mitologii, rzymska także jest prawdziwa. W rzeczywistości, mój ojciec jest synem rzymskiej wersji Zeusa, Jupitera. OJ jest większy i lepiej zbudowany. Panuje w nim całkiem inna rzeczywistość. Obok leży Nowy Rzym, gdzie mieszkam. Naprawdę, musiałabyś zobaczyć go sama... nie potrafię go opisać. Przepraszam.
Kiwam głową ze zrozumieniem. Mimo, że to co powiedział Rai to bardzo niewiele, to czuję się teraz pewniej.
 - Mamy gdzieś iść, prawda? - pytam.
 - Tak - odpowiada chłopak.
Pomaga wstać mi na nogi i znów ramię w ramię, wychodzimy przez podwójne drzwi na pole pełne czerwonych truskawek.
Ziemia i listki łaskoczą mnie w stopy, ale idę hardo przed siebie. Mijamy znów rzekę i domki bogów, droga dłuży mi się nie miłosiernie.
 - Daleko jeszcze? - pytam zmęczonym głosem osła z bajki o zielonym potworze z czasów dzieciństwa mojego ojca. - Pięty mnie bolą.
 - Nie, nie daleko. - Raison nie przejmuje się mną i idzie dalej. - To zaraz przy Pięści Zeusa.
 - Gdzie? - Przyspieszam kroku, by go dogonić. Choć się staram, nie udaje mi się to, ale nagle jestem przy jego boku i zdaję sobie sprawę, że zaczął robić mniejsze kroki. Zapewne ze względu na mnie, ale nawet jeśli zrobił to z dobrej woli, to mam wrażenie, że uważa mnie za słabą. Nawet Chejron, ten siwy centaur, powiedział, że jestem słabsza.
Blondyn wzdycha i znów chowa dłonie do kieszeni.
 - Noo... przy takiej stercie kamieni w lesie. Naprawdę wyglądają jak pięść.
     Chwilę później wchodzimy do las, a wkrótce potem jesteśmy na miejscu. Raison rzeczywiście nie kłamał - kamienie układają się w nienaturalny kształt, który do złudzenia przypomina zaciśniętą pięść.
Prowadzi mnie jeszcze przez chwilę, a potem zauważam wejście prowadzące w głąb niewielkiego pagórka. 
Jest zasłonięte kolorowym kocem i prześcieradłem, ale i tak je zauważam. Domyślam się, że to właśnie jest nasz bieżący cel i idę w tamtym kierunku. 
Raison delikatnie odsuwa prześcieradło i wchodzi do środka, pokazując mi, żeby zrobiła to samo. Robię to bez zastanowienia. 
     W środku pagórka powietrze jest tak mdłe, że ledwo powstrzymuję swoje dziwne odruchy. Wszędzie dookoła pachnie wanilią oraz cynamonem, ale ktoś przesadził z pachnidłami i te dwa zapachy w takim natężeniu w zamkniętym pomieszczeniu sprawiają, że łzy cisnął się do kącików oczu. Zatykam nos i próbuję oddychać ustami, ale ciężko mi to przychodzi.
 - Rachel, jesteśmy - mówi Rai, który zdaje się nie mieć kłopotów z oddychaniem tak jak ja. Albo po prostu udaje. - Jestem z Anabel.
Pocieram powieki, próbuję przywrócić sobie ostrość wzroku, kiedy zza kolejnej kurtyny prześcieradeł wychodzi kobieta. Jedyne, co widzę w świetle pachnących świec to jej rude włosy. 
Rachel podchodzi do nas, mam wrażenie, że chce ze mną porozmawiać, bo otwiera usta, ale mija mnie i chłopaka. Odsłania szybko kolorowe koce za naszymi plecami, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. 
Po kilku sekundach czuję się lepiej, ale Raison na wszelki wypadek gasi niektóre świece. Jestem wdzięczna im obojgu. 
 - Usiądź, proszę - odzywa się do mnie płomiennowłosa kobieta. 
Przez moment nie rozumiem, gdzie niby mam usiąść - nigdzie nie ma śladu po krześle, są tylko porozwieszane prześcieradła, wiele świec. Zastanawiam się, jakim cudem nie ma tutaj pożaru. Mi Bridget nie pozwalała zapalić zapalniczki nigdzie indziej jak przy piecu.
 Potem dostrzegam kilka poduszek i siadam na nich. Rachel robi to samo, a Raison stoi i widocznie zastanawia się, czy nie powinien wyjść i nas nie niepokoić. Po chwili podejmuje decyzję i idzie w stronę wyjścia. Za chwilę już go nie ma.
Uważnie obserwuję Rachel, szukam jej spojrzenia, ale ona zdaje się patrzeć wszędzie, tylko nie na mnie.
 - Nie jesteś sobą, prawda? - mówi cicho. - Nie kłam, nie znoszę kłamców.
 - Nie wiem... - odpowiadam, a wtedy ona także spogląda mi w oczy. Patrzymy na siebie, zauważam, że nasze tęczówki mają taką samą szmaragdową barwę. - Na prawdę nic nie wiem...
 - Przekaż swojej duszy... przeszukaj ją... - Jej głos jest przerażająco spokojny. 
Gdy go słyszę, powieki mi się kleją, czuję napad senności. 
 - Nie usypiaj. Patrz mi w oczy.
Domyślam się, o co chodzi. Pamiętam, kiedy ostatni raz miałam znieczulenie miejscowe. Zszywali mi ranę na plecach, gdy spadłam z drzewa tyłem i niefortunnie rozcięłam sobie skórę na ostrych kamieniach. Po zabiegu czułam się podobnie słabo.
 - Opowiedz mi coś, co pamiętasz. Jakieś stare wspomnienie. Najstarsze, które przychodzi ci na myśl - prosi rudowłosa.
Biorę wdech. Przeszukuję umysł w poszukiwaniu tak owego, ale żadne nie wydaje mi się szczególnie ważne, ani stare. Aż nagle...
 - Nie wiem, czy to wspomnienie - odzywam się cicho. Chcę tylko spać, położyć się i zamknąć oczy. Nawet na tej twardej ziemi. - Zielone oczy... nie tak zielone, jak moje czy pani, ale coś takiego... jak morze. I jedno imię...
 - Jakie? 
Mam je na końcu języka. Jestem pewna, że słyszałam je niedawno, ale niewidzialna bariera sprawia, że nie mogę teraz powrócić do tego wspomnienia.
 - Jakie? - powtarza Rachel.
 - Nie... mogę...

* * *

     Słyszę głosy dobiegające jakby z oddali. Czuję wodę wlewającą mi się przez nos, przez usta, uszy... to sprawia, że chcę krzyczeć. Szamoczę się, próbuję nie przegrać taj walki. Ale ona jest już zakończona. To wojna, na niej nie wolno podawać wrogowi pomocnej ręki. Wszystko mnie boli, przestaję walczyć. Wiem, że to koniec. 
     Czuję ostrze rozpruwające mi brzuch, czuję każdy nerw wołający do mózgu, że ta część ciała jest atakowana. Nic nie mogę poradzić. 
Znów słyszę głosy. Są coraz bliższe, rozpoznaję je. Są znajome. 
 - Zostaw ją! - krzyczy Percy. - Co ci zrobiła?
 - Nie będziemy wam podlegać! Nie będziemy wam służyć!
 - Nikt nikomu nie służy, idioto!
 - Preator nie pytał nikogo, czy zawszeć z wami pokój. To samowolka! - ten ktoś, kto mnie krzywdzi, ten kto sprawił mi tyle bólu, nie poddaje się.
 - W takim razie, to jej wina, nie nasza! 
     Otwieram oczy. Chcę krzyknąć, żeby zostawił go w spokoju, ale ten krzyk zaraz po otwarciu oczu ponownie gdzieś znika. Wspomnienie zaczyna się rozlewać, staje się wyblakłe, jakbym wyciągnęła je z jakiejś powieści. Jest jedynie historyjką. 
Głowa mnie boli. Nie czuję już narastającej senności, ale jestem zmęczona całym dniem w stresie i obcym miejscu. Ledwie dociera do mnie twarz Raisona, który patrzy na mnie z troską zmieszaną z przerażeniem.
Przyglądam się jeszcze raz jego niebieskim oczom, trochę żałuję, że jest blondynem. Blondyni i jedynacy od samego początku mają u mnie blachę.
Jestem przerażona, gdy odkrywam, że moja głowa znajduje się na jego kolanach. Błagam wszystkich bogów, jeśli oni rzeczywiście istnieją, bym w tym momencie nie stała się czerwonym burakiem. 
 - Jak długo byłam nieprzytomna? - pytam.
 - Tylko kilka minut. - Rachel kładzie mi wilgotną szmatkę na czole. - Powinieneś iść z nią do skrzydła szpitalnego, jest gorąca jak patelnia - zwraca się do chłopaka.
 - Wiesz, właśnie o tym myślałem - odpowiada. Jego głos jest tak zwyczajny, że niemal nie zauważam u zdaniu ukrytej ironii. 
Pomaga mi wstać, a ja nie mam siły by to zrobić. Ale nie chcę wyjść na słabą - to daje mi tyle energii, że w końcu staję na nogach, chociaż uginają się one pode mną. 
 - Jęczałaś we śnie... - głos Rachel drży z niepokoju. - Co takiego ci się przyśniło?
 - Ja... - Cała siła mnie opuszcza, jak powietrze z pękniętego balonika. - widziałam własną śmierć.
Zielone oczy Rachel otwierają się szeroko. Nie patrzy już na mnie, tylko na Rai'a.
 - Idź z nią szybko. Ale zatrzymaj się przy rzece. I obserwuj... coś się wydarzy. Wysłuchuj głosów.
     Wygląda na to, że to koniec jej rad. Raison nie czeka, aż pozwoli mu odejść, tylko bierze mnie pod ramię i wychodzimy. Ostrożnie stawiam każdy krok, obserwuję własne nogi, by się nie przewrócić. Oświetlenie, jakie teraz panuje, sugeruje mi, że jest już wieczór, ale nie patrzę na niebo, by się nie przewrócić. Ciężko mi nadążyć za jasnowłosym, ale widzę, że i tak zwolnił swój krok ze względu na mnie. 
W końcu zatrzymujemy się, a on pozwala mi usiąść na trawie. Słyszę szum wody, cichy szmer, który powoduje, że przechodzą mnie ciarki. Jestem tuż przy małym potoku. Raison jest gdzieś niedaleko. Nie widzę go, ale czuję jego obecność. 
     Nagle słyszę, jak ktoś mówi:
 - Frank, co się dzieje? - Mam wrażenie, że jest to Jason.
 - Poważne rzeczy, Jas - odzywa się inny męski głos. 
 - Mów prosto z mostu.
 - Nie mogę tutaj właściwie być, powinienem być w Nowym Rzymie i wybierać nowego pretora.
 - Po co wam "nowy pretor"?
 - Reyna... ona... umarła wczoraj w nocy. 
Przez chwilę obaj milczą. Słyszę tylko odgłosy cykania świerszczy i szum rzeki.
 - Co mam z tym wspólnego? Dlaczego zwracasz się do mnie? - pyta Jason.
 - Chyba wiesz, o co chodzi. Ja i sejm chcemy, żebyś wrócił.
 - Nie ma mowy, Frank. 
Krzaki, których siedzę ukryta, szurają. To Raison musiał się ruszyć. Zauważam jego jasną czuprynę przez niewielkie szparki między gałęziami i widzę, że nieźle gimnastykuje się, żeby nie wychylić na nie głowy. 
 - Kto tam? - pyta ojciec Rai'a.
Odpowiadają mu świerszcze swoim cykaniem. 
 - Sporo ryzykuję, pojawiając się tutaj - mówi drugi mężczyzna. - Hazel jest z dziewczynkami w bunkrze, właściwie to ona powinna z tobą rozmawiać. Przy ludziach. Ale ja składam ofertę... nie ma nikogo, kto nadawałby się na jej miejsce. Oprócz ciebie, Jason. 
Potem już nikt nie mówi, słyszę jedynie czyjeś kroki, ten ktoś się oddala coraz bardziej. Później druga osoba, która pozostała sama nad brzegiem rzeki, także się oddala. 
     Czekam jakiś czas w milczeniu, nie mogę nawet westchnąć z ulgi, że cały stres minął. Usłyszałam to słowo. Pretor. Co ono oznacza? 
Raison wstaje i rozprostowuje nogi.
 - Nie wierzę - szepcze chłopak, łapiąc mnie za rękę. Pomaga mi wstać. 
Ja także nie wierzę, że Adam może mieć rację. Że jestem kimś innym. I jakaś przeszłość łączy mnie z zielonookim Percym.

1.26.2016

04. Mam nadzieję, że to pomyłka (1/2)

Zapewne widzicie, że rozdział podzieliłam na dwie części. To wina tego, że już  1/4 część całego jest za długa, bym mogła napisać ją za jednym zamachem, a zapewne nie chcecie czekać kolejnego tygodnia na dalszą część historii Anabel ;)
Przepraszam za błędy, chciałam, byście mieli ten rozdział jak najszybciej :)
Następna część będzie ciekawsza :P Całość pewnie będzie mieć jakieś 4 tyś. słów xD
Burritos!
___________________________________


     Chciałam wziąć jednak te buty, ale w końcu zrezygnowałam. Wychodzimy właśnie z Adamem na świeże powietrze, zostawiając całe skrzydło szpitalne za sobą. Wkrótce jestem wdzięczna chłopakowi za to, że ostrzegł mnie przed temperaturą. Na podwórzu mam wrażenie, że sięga ona nawet trzydziestu stopni Celsjusza. Adam uważnie obserwuje każdy mój ruch i czuję się przy tym niezręcznie. Być może to także z powodu tego, że chodzę po trawie boso. Nie przypominam sobie, żeby na Alasce mogła zrobić coś takiego i od razu przypomina mi się Arizona.
 - Gdzie dokładnie jesteśmy? - pytam ciemnowłosego.
Odwraca się do mnie, zaskoczony, że w ogóle się do niego odezwałam.
 - Na granicy Nowego Jorku, zaraz przy Zatoce Long Island.
 - Jak taka duża organizacja, z własnym szpitalem i w ogóle, może sobie istnieć tak po cichu? Mam nadzieję, że to nie jest jakaś sekta... - drugie zdanie mamroczę bardziej do siebie, niżbym miała to kierować konkretnie do Adama, ale on i tak parska cicho śmiechem.
 - Dla zwyczajnych szaraków jesteśmy plantatorami truskawek. I rzeczywiście taka jest i to dostatecznie duża, by zyskami opłacać prąd i te sprawy. A reszty to oni... po prostu nie widzą. Jesteśmy bardzo incognito. Tacy z nas ninja.
Kiwam głową, że rozumiem, a tak naprawdę przyswajam to bardzo opornie i tylko część jego słów naprawdę do mnie dociera.
 - Do kogo idziemy? - po chwili z moich ust pada kolejne pytanie.
 - Do Piper. Jest żoną Jasona. To znaczy tego blond gościa.
 - Brata Thalii - zauważam.
 - Tak - potwierdza, zaskoczony, że tak dobrze kojarzę Thalię. Ta dziewczyna naprawdę jest wyjątkowa z jej niesamowicie elektryzującymi oczami. - Na pewno da ci nową koszulkę, pewnie też jakieś jej dżinsy lub bliźniaczek. Z butami może być już słabiej... jak coś, to się popyta w domkach o twój rozmiar.
Idziemy dalej, a trawa łaskocze mnie w stopy - to naprawdę niezwykłe uczucie, iść po niej z taką lekkością. Prawie zapominam, że w rodzinnym mieście panuje zima...
 - Jakim cudem tutaj jest lato? - strzelam.
 - Matko, znalazła się ciekawska. To sprawa pana D. albo, jak wolisz pana Dresa... w zasadzie, nie mam pojęcia jak on to robi. Swoją drogą, mam czym go teraz przedrzeźniać. Tylko wymyśl coś do Bachus, okej? - uśmiecha się do mnie zawadiacko.
Nie mam pojęcia jak odpowiedzieć mu na ten uśmiech, bo przed oczami stają mi jego nagłe wybuchy. Na szczęście już nic nie muszę robić, bo chłopak zatrzymuje się. Najwyraźniej jesteśmy na miejscu.
Puka grzecznie do gładko wypolerowanych brązowych drzwi. Przez moment, w którym nikt się nie odzywa, uważnie obserwuję budynek: jego marmurowe ściany i białe kolumny, które zdają się być wyciągnięte iście z opakowań po jogurcie greckim. W porównaniu z innymi domkami w otoczeniu wydaje się być wielki.
W końcu ktoś nam otwiera.
W drzwiach stoi dziewczyna. Ma ciemne włosy - tylko trochę jaśniejsze od moich - sięgające ramion i grzywkę ściętą tuż nad brwiami. Jej skóra jest jasna i delikatna, a prosty nos pokryty ledwo widocznymi piegami. Będąc mojego wzrostu, stoi przede mną ubrana w jaskrawo różową sukienkę koktajlową na wąskich ramiączkach i chociaż stoimy oko w oko, jak równa z równą, zdaje się w ogóle mnie nie zauważać.
 - Cześć, Adam - odzywa się z uśmiechem do mojego, hm... żadnego mojego. Po prostu do Adama. Co ja się znowu uwzięłam tak na niego? To jest jakieś podejrzane.
 - Hej, Adrian - odpowiada machinalnie i chwyta mnie za nadgarstek, wymijając dziewczynę ciągnie mnie boleśnie za rękę. - Jest mama? Rai też by się przydał.
Adrian wykrzywia usta w grymasie, a jej twarz nadal wydaje się ładna.
 - Mama jest w salonie, a Rai jak zwykle siedzi w kanciapie. Tam go szukaj - mówi do chłopaka, chociaż ukradkiem zdaje się zerkać na mnie i moje dłonie. Adam nadal nie puszcza mojej ręki i najwyraźniej o tym zapomniał.
Wymieniają między sobą kilka słów, nic, co mogłabym podsłuchać i co by mnie mogło interesować. Rozglądam się po otoczeniu, dostrzegam wielki posąg niczym z podręczników do historii, wyciągnięty prosto z naszego działu o Grecji. Po piorunie, który postać trzyma w ręku, obstawiam, że to podobizna Zeusa.
Chcę podejść do niego bliżej i się mu przyjrzeć, ale żelazny uścisk Adama mnie powstrzymuje. Rezygnuję z tego, choć trochę żałuję, ale szybko moją uwagę odwracają piękne ściany i błyszcząca podłoga. Widzę w niej nawet swoje odbicie. Przeczesuję wzrokiem ściany i za posągiem zauważam drzwi; są dużo mniejsze i zwyklejsze od poprzednich, chociaż wciąż solidnie wykonane i ładniejsze od tych, które wiszą w futrynach u mnie w domu.
 - Kiedy macie zamiar wyjechać? - pyta Adam.
Dziewczyna o mało nie parska śmiechem.
 - Przyjechaliśmy z OJ wczoraj, wyjeżdżamy najwcześniej za tydzień. To męczące żyć tak na przemian w dwóch miejscach.
 - Też tak żyję i nie narzekam. Nawet na dwa się muszę rozdwajać. Raz Adam Greene, raz Percy Jackson. Raz jedna matka, raz druga...
 - Hmm... ja wiem, że to kiepska sprawa - Adrian próbuje jakoś uniknąć dalszej rozmowy na ten temat. - Hej, dlaczego ona nie ma butów?
 - Długa historia. Poza tym, "ona" ma imię. To Annabeth... - dostrzegając na sobie moje niszczycielskie spojrzenie, poprawia się: - Znaczy Anabel. I z tym imieniem to długo historia, zapytaj Jasona lub mamę.
 - Aha.
     Adam puszcza moją rękę i idzie przed siebie, w stronę drzwi, a ja - ponieważ nic innego nie wydaje mi się odpowiednie - idę za nim.
Adrian zdaje się czekać, aż odejdziemy na pewną odległość, a potem kątem oka dostrzegam, jak wychodzi na zewnątrz.
Natomiast ja, razem z chłopakiem  podchodzę do drzwi, które on powoli otwiera i wchodzę, kiedy on robi to samo. Czuję się głupio od niego uzależniona, znalazłszy się w całkiem obcym mi miejscu, wśród obcych ludzi. Mimo, że nawet jemu ufałam ledwo, to był jedyną znaną mi i wystarczająco pewną osobą, by iść za nim. Ale kiedy przestanę mu ufać, nie pozostanę w jego towarzystwie.
      Mijamy jedne drzwi, a potem drugie, w końcu wchodzimy do jednego pokoju. Uderzają mnie jego pastelowe kolory w tak ciasnym pomieszczeniu; jasna sofa, półka z sosnowego drewna, groszkowo-białe ściany, fotel, którego tapicerka wygląda jak imitacja ręcznej roboty.
Ciemnowłosa dziewczyna w różowej koktajlowej sukience stoi na palcach, próbując sięgnąć najwyższej półki z książkami, usiłując złapać konkretny tom. Zdaje się nas w ogóle nie zauważać.
 - Pomóc ci, Em? - proponuje jej Adam.
Nastolatka zaniecha swoich wysiłków i patrzy prosto na nas - raz zerka na mnie, raz na chłopaka.
Uderza mnie jedna rzecz; Em wygląda jak klon Adrian. Ich włosy są prawie identycznej długości, z tak samo przystrzyżoną grzywką, tyle, że ta ma małego warkoczyka wsuniętego za ucho. Ich jasne oczy są identyczne, tak samo charakterystyczny nos. Nawet ich piegi zdają się być tak samo po nim rozrzucone.
 - Przydałoby się. - Em skrzywia się, a jej twarz nadal wydaje się być ładna. Tak, ona i Adrian są bliźniaczkami. Jednojajowymi najwyraźniej. Ciekawe, czy z charakteru też są do siebie podobne?
     Moje rozmyślenia na temat bliźniąt przerywa czyjś ciepły głos:
 - Co was gna do mojego domu?
Brązowowłosa kobieta - odcień jej włosów z dokładnością jest identyczny do tego włosów dziewczyn - stoi przed nami, z rękami założonymi na biodrach. Wnioskuję, że to właśnie jest ta Piper.
 - Dzień dobry, Pipes - Adam wita się z kobietą, uśmiechając się szeroko. - Mam dla ciebie wyzwanie.
Piper patrzy na chłopaka, unosząc brwi - udaje zaskoczoną.
 - Mam ubrać na bal tą zacną panienkę, co, księciu?
Przyznaję, polubiłam ją od razu. Swoimi słowami niemal zwala Adama z nóg.
 - Przygarnął kocioł garnkowi - mówię, starając się nie chichotać.
Czarnowłosy przez chwilę udaje urażonego, ale potem mówi coś do Piper nieznanym mi, obcym językiem.
Kobieta patrzy na niego z góry - powiedzmy, że z góry, bo jest mojego wzrostu, a Adam przewyższa ją wzrostem o pół głowy już teraz.
 - No idź, księciu. Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie można oglądać panny młodej w sukni ślubnej przed ceremonią, co? - Ciemnowłosa wykonuje ruch bardzo podobny do tego, którym ja odganiam natrętne muchy latem. - To wróży nieszczęście.
Chłopak przez chwilę wygląda na zdezorientowanego, ale później przybiera wyraz twarzy, który ja poznałam już kiedyś pod tytułem "zrobię z ciebie idiotkę", ale na szczęście szybko nabiera wody w usta i wychodzi.
 - Skąd wiedziałaś, że przyjdziemy po ubranie? - pytam, nieco oszołomiona. Nawet wyraz twarzy Adama nie sprawił, że zapomniałam o dziwnego pochodzenia wiedzy kobiety.
 - Cóż, Wyrocznią nie jestem, ale swoje tam wiem... - Uśmiecha się do mnie psotnie, przez co mam wrażenie, że jest moją równolatką, a nie osobą starszą o jakieś dwadzieścia lat. Od początku naszej znajomości wiem, że w przyszłości obdarzę ją wielki zaufaniem. Ta kobieta naprawdę potrafi wywołać świetne pierwsze wrażenie.
 - Moje ubrania mogą być na ciebie trochę za duże, ale wezmę jakąś koszulkę od dziewczyn, spodnie też powinny pasować... - mamrocze pod nosem, pół do siebie - pół do mnie. - Jaki masz numer butów?
 - Czterdzieści. - Czuję, jak moje policzki pokrywają się rumieńcem. - Tak, mam stopy wielkie jak Yeti - próbuję wyjść z niezręcznej dla mnie sytuacji z żartem.
 - Cóż - Piper rozpościera ramiona, jakby chciała mnie przytulić, ale zaraz je opuszcza. - Butów nie mam, ale zapytam dziewczyn z dziesiątki. One na pewno powinny mieć coś na ciebie.
Kiwam głową, niepewna co powiedzieć, ale ona nie przejmuje się moją nieśmiałością i chwyta mnie za rękę. Jest to zupełnie inny uścisk niż ten, który zechciał podarować mi Adam. Jednocześnie bardzo miły, ale także delikatny, jakby bała się, czy może to zrobić. Natomiast z chłopakiem sprawa była całkiem inna - wyglądało na to, że chwycił mnie za nadgarstek tylko dlatego, że speszyłabym się, gdyby chwycił mnie normalnie. Ale wątpliwości co do tego, że zrobiłby to bez wahania, nie mam.
     Kobieta prowadzi mnie do małego pokoju,  w którym po jednej stronie stoi piętrowe łóżko z pościelą w słoneczniki, a po drugiej inne, którego pościel przedstawia jedynie pionowe pasy w odcieniach szarości i błękitu. Dwie ściany są pomalowane na biało, a jedna po stronie piętrowego łóżka jest żółta jak piaski pustyni, a ta po drugiej - ma kolor przejrzystego morza. Przed każdym z łóżek stoi drewniana skrzynka i zgaduję, że znajdują się w nich ubrania.
Piper potwierdza moje przypuszczenia, podchodząc do skrzyni, która stoi przylegle do podwójnego łóżka i otwiera ją. Z ciekawości podchodzę bliżej i zaglądam jej przez ramię, kiedy wyciąga dla mnie ubrania.
W końcu wstaje na równe nogi i podaje mi miękkie, przyjemne w dotyku spodnie oraz pomarańczowy podkoszulek.
 - Dziewczyny i tak w nich nie chodzą. - Wzrusza ramionami. - Powinny być dobre, ale nie jestem pewna... możesz się przebrać w łazience, to kolejne drzwi na prawo.
 - Dzięki. - Uśmiecham się do niej z wdzięcznością, a ona robi to samo.
     Tak jak powiedziała, łazienka jest tuż obok. Przymierzam ubrania i stwierdzam, że są dobre, chociaż podkoszulek trochę uwiera mnie pod pachami, bo jest trochę za mały, ale wiem, że zaraz odzyskam swobodę ruchów.
Szybko odczytuję napis, jaki na nich widnieje: "Obóz Herosów" oraz wizerunek czarnego pegaza. Taką samą koszulkę ubierał Adam, tuż zanim przyjeżdżała po niego furgonetka.
Odsuwam zasuwkę i wychodzę z łazienki.
     Przy drzwiach wyjściowych zauważam Emily (rozpoznaję po warkoczyku za uchem) i jakiegoś jasnowłosego chłopaka.
 - Cześć - odzywa się do mnie jako pierwszy.
 - Cześć - udaję, że wiem, kim jest i co tu robi.
 - Jestem Raison. - Całe szczęście, że się przedstawił! Mało brakowało, a zapadłabym się pod ziemię. - Wiesz, że mam cię zabrać do Chejrona?
 - Jason mówił, że masz mnie oprowadzić po okolicy, a o żadnym Chejronie nie było mowy... - mówię trochę nieskładnie, nie mając pojęcia, co w tym jasnowłosym chłopaku jest takiego, że zapominam języka ludzkiego i mój głos lada chwila może stać się piskiem zagubionej myszy.
 - Tata zmienił plany po tym, jak pogadał z Adamem. To chyba naprawdę poważna sprawa... - pokazuje gestem, żebym poszła za nim, kiedy otwiera drzwi prowadzące do sali z posągiem. - Sam nie mogę uwierzyć, że to możesz być ty...
Chociaż nogi mam jak z waty, czuję narastający gniew.
 - I ty? O Boże, nie jestem żadną Annabeth! - wołam.
Chłopak tylko wzrusza beznamiętnie ramionami.
 - Ja tam się nie znam, słów na wiatr nie będę rzucać. Możemy ustalić, czy to ty jesteś nowym wcieleniem Annabeth Chase, ale musisz być bardziej pokojowo nastawiona. Jakimś cudem, Adam wiedział, kim jest kiedy tutaj się pojawił. Tyle, że to inna sprawa tak w sumie.
Jestem zaskoczona po usłyszeniu jego słów.
 - Jak to "inna sprawa"?
 - Sądzę, że powinnaś o tym z nim pogadać w cztery oczy, bo ja go w sumie nie znam... tylko podsłuchałem jego rozmowę z tatą, ile w tym prawdy to ja nie wiem. Nie chcę, żeby potem był z tego mikser. No chodź, pokażę ci wszystko.
Zdaję sobie sprawę, że nic od niego nie wyciągnę, że muszę porozmawiać o tym z Adamem, ale nie wiem, jak to zrobić. Tym bardziej, że nie wiem, kim ta Annabeth była... może, gdybym wiedziała coś o niej przyszło by mi to łatwiej? A tak muszę podążać z wszystkimi jakby zawiązano mi oczy.
     Mimo, że chcę się sprzeciwić, wrócić do domu, do ojca, który mnie potrzebuje, idę za Raisonem przez  plac, a on w tym czasie mówi mi, czyj jest jaki domek. Niewiele z tego zapamiętuję, ale niektóre rzeczy trafiają do mojej głowy i tam pozostają. Ten z numerem jeden należy do dzieci Zeusa (nie wierzę, że bogowie istnieją, a co dopiero mieliby mieć dzieci z normalnymi ludźmi... czyli herosów, takich jak Perseusz lub Herakles), trójka do Posejdona, czwóreczka do Demeter (zapamiętuję go, bo wygląda cudownie w tych wszystkich kwiatach), szóstka do Ateny (to naprawdę dziwne, ale kiedy przechodzimy obok niego, boli mnie głowa), dziesięć do Afrodyty, jedenaście do Hermesa, trzynastkę ma Hades, dwudziestka należy do Hekate.
W końcu idziemy w innym kierunku i widzę pola truskawek, o których mówił Adam. Są naprawdę ogromne, a wśród nich stoi zwykły dom o ścianach o barwie pastelowego błękitu, z białym wykończeniem, o wysokości trzech bądź czterech pięter*. Na ganku stoją fotele wypoczynkowe, grill oraz stolik do kart. Podwójne drzwi, większe niż te w domku Zeusa, są otwarte na oścież.
 - Oto nasz cel, Ann - mówi do mnie Rai. - Oto Wielki Dom, madame.
Muszę przyznać, talent do przedstawień to on ma po matce.
____________________________________________

*Raz Percy mówił, że Wielki Dom ma cztery piętra (Złodziej Pioruna) a w Zagubionym Herosie Jason stwierdził, że ma trzy. Szczerze mówiąc bardziej wierzę Jasonowi, bo Percy mógł mówić o czterech piętrach, żeby podkreślić, jak wysoko był strych ;)

1.13.2016

03. Dziewczyna z łukiem broni mnie przed potworem.

     Odkąd zauważyłam, że podróże Adam są dziwniejsze, niż się wydaje, mija tydzień. Zgodnie z prognozą, dziś rano padał śnieg, który leży teraz cienką warstewką na wszystkim. Jest sobota, dzień wolny od szkoły, ale za to dzień zakupów, jak każda pierwsza sobota miesiąca. Idę więc do kuchni, by sporządzić listę najpotrzebniejszych rzeczy w domu, oszacowuję ich cenę i wyciągam banknoty z pudełka po lekarstwach obklejonego papierem kolorowym. Jeszcze zanim wychodzę, robię ojcu kanapki z serem i kładę na na stole. Niedługo powinien się obudzić.
Wzdycham ubierając się i wkrótce potem wychodzę z domu. Sklep jest daleko, dalej nawet niż szkoła. Po dwudziestu minutach marszu w śniegu po kostki jestem zmęczona, ale brnę dalej. Pocieszam się jedynie myślą, że na miejscu będzie ciepło. Jestem przed szkołą i patrzę na jej czerwony, teraz ośnieżony dach.
     W tym momencie czuję na sobie gorący oddech, jakby ktoś przystawił mi do gardła płomień i piszczę w przerażeniu. Olbrzymie monstrum robi krok w moją stronę, otwierając szeroko wielką lwią paszczę, pokazując rząd ostrych zębów. Wiem, że powinnam uciec, ale instynkt podpowiada mi, żebym walczyła. Tylko czym? Jak głupia zrywam swój bordowy beret z głowy i ciskam nim w niego.
Przez chwilę wydaje się być oszołomiony, ale szybko rzuca się na mnie i wyraźnie widzę tułów kozy i ogon węża. Co to za hybryda? 
Zamykam na chwilę oczy i robię krok w tym, póki jeszcze mogę. Czuję na twarzy ten sam powiew gorąca, jakby potwór zionął żywym ogniem.
Wstrzymuję się od oddechu, biernie czekam na koniec. Nie mam nawet głupiego kijka, by cokolwiek zdziałać!
Uświadamiam sobie, że nie potrafię tak trwać i szybko otwieram oczy. W samą porę na widowisko. Przez powietrze jedna strzała podąża za drugą. Kolejne przeszywają je szybciej, niżbym mogła zliczyć ich ilość. Potwór w całej swej głupocie otwiera paszczę i zionie ogniem - groty strzał topią się, zalewając jego żołądek. Pada bez ruchu na kałużę, którą zrobił roztapiając śnieg, ale nie znika jak ten, którego obalił Adam.
Moja czarnowłosa wybawicielka podchodzi do niego i przeszywa go sztyletem wykonanym z błyszczącego metalu, dokładnie takiego samego jak miecz chłopaka.
 - Skąd... to się wzięło? - pytam, a mój głos brzmi zaskakująco opanowanie.
Dziewczyna odwraca się do mnie, dostrzegam jej połyskującą srebrzyście skórę i niesamowicie niebieskie oczy. Poprawia jakby od niechcenia kołczan i chowa sztylet w pochwie przywiązanej do karku.
 - Mści się za siostrę, którą zabił Percy - odpowiada, podchodząc do mnie bliżej i oddaje mi mój beret. Wygląda on zaskakująco dobrze, sądziłam, że potwór go spalił.
 - Eee... dzięki. Nie znam żadnego Percy'ego - mówię, zaskoczona.
Dziewczyna z łukiem, która uratowała mi życie uśmiecha się do mnie, nieco rozbawiona.
 - Dalej się w to bawi? Nie wierzę... - kręci głową, jakbym powiedziała jej niezły żart. - Jestem Thalia. Tylko Thalia. Porucznik Thalia, jak chcesz.
Twarz Porucznik Tylko Thalii jest ostatnim, co pamiętam.
     Pomieszczenie wydaje się być ciche i puste, nie widzę nic poza niewyraźnymi konturami obiegów znajdujących się tuż obok mnie. Czuję się jak jakaś narkomanka. Usta mam suche, a oczy mnie szczypią, domagając się snu. Ulegam ich prośbom.
     Gdy znów je otwieram, w pokoju panuje przygaszone światło i słyszę głosy kilku osób. Widzę kilka jednakowych łóżek naprzeciwko mnie, w otoczeniu unosi się surowy, szpitalny zapach mięty i środków odkażających.
 - Ślinisz się przez sen, Mądralińska - mówi ktoś.
Chcę temu komuś powiedzieć jakąś ciętą ripostę, ale nie czuję się na siłach, by ją teraz wymyślić.
 - Wody - szepczę, a każda wypowiedziana głoska sprawia, że gardło piecze żywym ogniem.
Ktoś delikatnie pomaga mi podnieść głowę i przykłada do warg chłodną szklankę. Przechyla ją, a ja łapczywie wypijam jeden mały łyk. Tylko tyle w niej było.
 - Mało - skarżę się, choć zaspokoiłam już pragnienie. Mimo to, uwielbiam sok porzeczkowy i chciałabym go więcej.
 - Nie mogę dać ci więcej. I tak nie powinienem tego robić. Właściwie, nie wolno mi - odpowiada na moje zażalenie. Teraz wiem, kto to.
     To Adam. Poznaję jego ciemne włosy i oczy, skórę opaloną jak narzeczony Bridget z Arizony. Mimo, że jego usta wykrzywiają się w grymasie, oczy mają w sobie trochę troski. Dobra, może mam jakieś przewidzenia, bo kiedy tylko zdaje sobie sprawę, że patrzę mu w oczy jak jakaś idiotka, stają się całkiem bez wyrazu.
Po mojej głowie chodzi niczym rój mrówek setki pytań, ale nie potrafię wybrać tego, które zchcę konkretnie zadać.
 - Gdzie jesteśmy?
 - W obozie herosów. Dokładniej, w skrzydle szpitalnym - informuje mnie grzecznie.
 - Herosów? - upewniam się. - Takich jak Perseusz?
Kiwa głową.
 - Sama zobaczysz jak wstaniesz na nogi - obiecuje.
Ton jego głosu sprawia, że niemal zapominam o tym, jaką wariatkę zrobił ze mnie przed tygodniem. Chcę mu to wypomnieć, krzyknąć w twarz "miałam rację!", ale co by to dało?
Nie mówię nic, ale Adam wygląda jakby się wahał, czy mnie o coś przypadkiem nie zapytać. Zanim zdobył się na odwagę, ktoś podszedł do mojego łóżka.
     Rozpoznaję jedną osobę z tej dwójki. Thalia, która pozbawiona kołczanu i łuku wygląda dziwnie, stoi obok wysokiego, jasnowłosego mężczyzny po trzydziestce, w wieku mojego ojca. Pomimo, że ubrany niczym w sportową bluzę i dżinsy niczym nastolatek, nie sprawia wrażenia zrelaksowanego.
 - Jesteś pewien, że to ona? - pyta Adama zniecierpliwionym głosem. - Lewis mówił, że pachnie jak śmiertelniczka.
Ciemnowłosy marszczy brwi, ale kiwa głową.
 - Tak - odpowiada. - Nektar działa na nią normalnie.
Thalia wygląda, jakby połknęła piłeczkę golfową.
 - Percy, ty idioto! - warczy. - Jak mogłeś podać jej nektar? Mogłeś ją zabić, imbecylu.
Chociaż dziewczyna jest rozgniewana, chłopak uśmiecha się do niej głupkowato.
 - Ale nie zabiłem. I wiem, że to ona.
Czarnowłosa nastrosza się, zakładając ręce na piersi i otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale mężczyzna jej przerywa.
 - Cicho Thals, błagam cię, to nie miejsce na kłótnie - ucina.
 - Jasne, braciszku. Będę potulna jak baranek, słowo daję. - Jej słowa nie brzmią jak sarkazm lub ironia. Kładzie jedną dłoń na sercu, a u drugiej krzyżuje palce.
Różnica wieku między rodzeństwem nie wydaje mi się dziwna, biorąc pod uwagę o ile lat Katie jest starsza od taty, ale nadal mnie oszałamia.
 - Przykro mi, ale twoja kurtka jest całkiem zniszczona. Buty masz pod łóżkiem - instruuje mnie, jakbym była szeregowcem w wojsku, a on porucznikiem lub kimś wyższym. - Powinnaś się przebrać. Coś się wymyśli.
 - Jason, może zaprowadzę Annabeth do Piper? Jestem prawie pewien, że ona lub dziewczyny mają ciuchy, które będą na nią pasowały. Em i Pipes są niskie.
 - Dobry pomysł - Jason zgadza się z Adamem. - Ale potem szybko chodź do Wielkiego Domu, musimy obgadać kilka... spraw. Najwyżej Rai ją oprowadzi po obozie.
Po chwili on i jego siostra wycofują się i zostaję sama z chłopakiem.
 - Przypominasz sobie, Annabeth? - pyta gniewnym głosem. - To, co zrobiłaś szesnaście lat temu?
 - Nie jestem żadną Annabeth, geniuszu od siedmiu boleści! Wybij to sobie z głowy. Nazywam się Anabella Johnson i koniec kropka.
     Zamyka oczy, a jego usta wykrzywiają się w grymasie, który szpeci jego ładną twarz południowca.
 - Chciałbym, żeby tak było - mamrocze cicho, a potem uspokaja się. - Dobra, wstawaj. Idziemy z misją do domku Zeusa.
Kiedy widzi, że szukam po łóżkiem butów, mówi:
 - Szczerze mówiąc, jest taki skwar, że lepiej ci będzie iść boso niż w tych śniegowcach.

1.11.2016

02. Przewidzenia - czy nie?

 Jako, że jestem chora, mogłam wam to napisać... więc enjoy, bo inaczej będę miał smutka przy tej durnej ospie :P Tak więc, wracam do czytania Zaćmienia (mama mi to wypożyczyła nwm dlaczego, ale nie mam nic innego do czytania ;-;)
_________________________________________

     Do szkoły chodzę już blisko miesiąc. Wrzesień się kończy, dając pole do popisu swojemu sąsiadowi, październikowi. Temperatura zaczyna spadać szybciej, niż oczekiwałam. Cały czas jest mi zimno; to pewnie dlatego, że sierpień spędziłam w domu Bridget w słonecznej Arizonie. W porównaniu z panującym tam klimatem, moja Alaska to Antarktyda lub Arktyka. W telewizji mówią, że za tydzień ma spaść śnieg. Super, znów będę chodzić napakowana do szkoły, w stu swetrach i kurtce. Kiedy będę dorosła, też sobie znajdę męża zza Kanady i zostawię to bagno w spokoju. I najlepiej, żeby ten mąż nie był jedynakiem. I blondynem też lepiej nie. A tak poza tym, wezmę każdego, żeby tylko nie zostać tutaj, odcięta od całego państwa.
     Kończę swoje głupie przemyślenia, kiedy matematyka kończy się drażniącym dźwiękiem dzwonka. Nauczycielka, panna High - nazwisko całkiem do niej nie pasuje, jest niższa ode mnie, a ja mam tylko metr sześćdziesiąt dwa - prosi jakiegoś ucznia o zmazanie tablicy, kiedy pakuję książki do plecaka i wstaję z krzesła, ciągnąc go za sobą w stronę drzwi. Wychodzę jako ostatnia. Kiedy jestem już na korytarzu, połowa klasy już się zmyła. Otwieram szafkę, uprzednio wybierając swój kod, i chowam w niej plecak.
Mimo, że nie mam ochoty się ubierać - przecież w szkole jest tak ciepło! - wciskam się w beżową, puchową kurtkę, szybko zawiązuję szalik i zakład na głowę bordowy beret.
     Wychodzę ze szkoły dziarskim krokiem. Chcę być w domu jak najszybciej, bo znając tatę, z pewnością zapomniał, gdzie dałam garnek z zupą do odgrzania. Idąc przed siebie, liczę czerwone płyty chodnikowe, układające się w nudny, miarowy wzór. W końcu podnoszę głowę.
To znowu on! Ten nowy, Adam. Przeraża mnie to, co widzę; stoi oko w oko z potworem, o psim tułowiu i siedmiu wężowych głowach. Jedną ręką próbuje zatkać nos, kiedy zbliża się o kolejne kilka kroków.
Chcę krzyknąć, kiedy jedna z głów skupie jego włosy, ale stoję i tylko obserwuję, wryta w ziemię.
Nagle w jego lewej ręce dostrzegam miecz - świeci jasnym blaskiem, niczym miecz świetlny Jedi - i to sprawia, że czuję się jeszcze dziwniej. Nie chcę widzieć, tego co za chwilę nieomylnie się stanie. On tam zginie, to jest pewne. Zamykam oczy na sekundę, a kiedy je otwieram, potwora już nie ma.
Widzę tylko trochę złocistego pyłku na ulicy, ale za chwilę wiatr go rozwiewa w cztery strony świata.  Wtedy ciemnowłosy mnie zauważa i zastyga w przerażeniu większym, niż przed tym potworem.
 - Co to było?! - wrzeszczę, a przynajmniej próbuję, bo głos odmawia mi posłuszeństwa.
 - O co ci chodzi, dziewczyno? - pyta, a jego głos przybiera pogardliwą barwę. Mimo to, na wspomnienie wyrazu jego twarzy przed chwilą nie mogłam mu uwierzyć, że nic nie wie.
 - O to c o ś - specjalnie literuję ostatnie słowo, chcąc zwiększyć jego znaczenie.
Adam nie daje za wygraną i zakłada ręce na piersi.
 - Czy c o ś ci się pomyliło. - Uśmiecha się do mnie z politowaniem. - Dobra, mniejsza z tym. Idę do domu, ciocia się pogniewa.
 - Od kiedy mieszkasz z  ciocią? - pytam, nieco zdziwiona.
Chłopak przez chwilę się waha, zastanawiając nad odpowiedzią. Mam go!
 - Od zawsze, a co? Nie sądziłem, że jesteś taka walnięta. Przecież mówiłem ci o tym na samym początku.
 - Powiedziałeś przecież, że mieszkasz z mamą, ojczymem i babcią - upieram się przy swoim. To wszystko jest jakieś podejrzane.
 - Słuchaj uchem, a nie brzuchem - mówi i odwraca się do mnie plecami.
W jego włosach widzę ten sam złoty pyłek. To na pewno nie było przewidzenie.
Chcę zawołać go i udowodnić moją rację, ale w tym momencie znów wieje wiatr. Ostatni dowód leci w powietrzu. Stoję jeszcze chwilę, by był między nami wystarczająco duży odstęp - nie mam ochoty widzieć tego pospolitego krętacza na horyzoncie.
     Do domu wracam jakieś piętnaście bądź dwadzieścia minut później. Możliwe nawet, że tak się wlokłam, że zajęło mi to pół godziny. Nie mam pojęcia, bo nie liczę.
Tata w małym saloniku ogląda jakąś portugalską telenowelę. Na chwilę siadam obok niego i też wpatruję się w ekran, ale kiedy słyszę po raz piętnasty słowa "Kocham cię, Stefano." idę do swojego pokoju (w końcu całkiem mojego, odkąd Bridget zmieniła miejsce zamieszkania), napisać referat na historię. Biorę potrzebne mi do tego przybory i "teleportuję się" z nimi do salonu, gdzie siadam przy oknie i rozstawiam je na dużym parapecie, o wiele lepszym niż biurko i sztuczne światło w moim skromnym pokoiku.
     Moim tematem był Perseusz. Braliśmy właśnie mitologię grecką, a pani Hale wpadła na pomysł losowania - każdy miał bez podglądania wybrać karteczkę z cyferką, a później na tablicy napisała, który numer jakiemu tematowi się równa. Tak więc wypadło na Perseusza.
W naszych podręczniku jest o nim niezwykle niewiele, ale mam wrażenie, że podświadomie znam tego bohatera, kojarzącego się z zielonymi oczami.
Mam wrażenie, że oszalałam. Od kiedy Perseusz  ma zielone oczy? Tak, coś mi się z tym Percym miesza.
Zamieram. Jaki Percy? Po jaką cholerę nadałam greckiemu herosowi tak durne przezwisko. Co ja robię? Przestałam myśleć?
Patrzę na kartkę papieru, na której napisałam swoim kaligraficznym pismem parę zdań. Mimo, że potrafię się po sobie doskonale odczytać tak jak inni, przychodzi mi to z trudnością. Niepewnie odkładam długopis i przypominam sobie o obiedzie, który muszę podgrzać dla siebie i ojca. Umieram z głodu i szybko zapominam o całej sprawie z "Percym" i zielonymi oczami.
     Idę na chłodny ganek i biorę stamtąd garnek pełen zupy pomidorowej, a potem wchodzę do kuchni i kładę zupę na kuchence. Włączam gaz na minimum i wracam do salony, siadam przed oknem. Tato wciąż wpatruje się w telewizor, choć od dłuższego czasu idą reklamy, a co druga reklamuje proszek do prania.
Nie chcę mu przeszkadzać w tej jego bierności. Tęsknię za takim, jakim był wcześniej. Chcę, żeby ten dawny on wrócił do mnie, do mojej siostry. Ale nie może tak się stać. Nie w tym życiu.
     Znów próbuję pisać o Perseuszu, ale słowa - których zresztą nie tworzę - nie przelewają się na kartkę. Mam nadzieję, że ten chwilowy brak weny twórczej przejdzie mi za pół godziny, może godzinę. W tym czasie znów obserwuję ulicę. Jak w każdy piątek o szesnastej, pod dom podjeżdża pomarańczowa furgonetka, a Adam wybiega do niej ubrany tylko w podkoszulku i dżinsach.
Tak jest zawsze - ona podjeżdża, Adam do niej wsiada i odjeżdżają. Ale w zasadzie nigdy nie widzę, kiedy wraca. Przez cały weekend nie ma go w domu, który podczas jego nieobecności wygląda jak widmo. W dodatku nigdy nie widziałam ani jego rodziców (powiedzmy tak, skoro ma ojczyma) i babcio-cioci. Na dodatek ciemnowłosy chłopak zawsze jakimś cudem w poniedziałek jest w szkole w pysznym humorze. Nie przejmowałam się tym zbytnio, przecież może jeździ do rodziny. Pewnie ma kogoś jeszcze. Mimo to, cała sprawa wygląda podejrzanie. A po incydencie na ulicy postanowiłam go obserwować.
     Adam wsiada do pojazdu, ktoś mu przy tym pomaga zrobić to szybko. Furgonetka odjeżdża kawałek, dalej niż widzę z tego miejsca, ale szybko wychylam się bardziej. Na moich oczach znika. Ot tak.
Co to, do tysiąca piorunów, było? To nawet gorsze niż "Percy" i zielone oczy. Może rzeczywiście c o ś mi się robi w tej głowie.

1.10.2016

01. Nowy rok szkolny

W październiku miał to być Louethan, ale nigdy jakoś tego nie dokończyłam jako właśnie to.
Za wenę i dalszy pomysł dziękuję mojej kochanej Vicky. Możesz to uznać za jako-taki zachwyt twoim epilogiem xd (ja dalej nie wierzę, że to koniec po roku czasu)
 ___________________________________________________

     Widzę światło. To nowy dzień. Kolejny, bezbarwny i bezlitosny. To zabawne, bo koniec jest początkiem. Po lecie zawsze przychodzi jesień, mniej lub bardziej kapryśna. A wraz z jesienią - szkoła. Zostały tylko trzy lata do testu, a ja już czuję, że nie przeżyję tyle.
     Wciąż, od piętnastu lat swojego istnienia, mieszkam w tym samym budynku i uczęszczam do tej samej szkoły. Ale w tym roku coś uległo zmianie. Bridget wyprowadziła się w sierpniu z domu, szuka teraz szczęścia ze swoim narzeczonym, a tata coraz więcej zapomina. Najbardziej boli świadomość, że może nadejść dzień, w którym pojawię się w domu, a on mnie nie pozna. Jakiś czas temu planowałam odejść, zostawić to cuchnące bagno za sobą i zacząć żyć normalnie, tak jak Katie, moja kuzynka, ale to za trudne. Nie wyobrażam wrócić do życia takiego, jakim było wcześniej. Mama to zamknięty rozdział, przecież zostawiła nas wszystkich. Ale nawet Hannah nie dała rady, chociaż kochała ojca, mnie i moją siostrę.
     Wlokę się do łazienki, z pomiętą czarną spódniczką i białą koszulką pod pachą, by doprowadzić się do stanu używalności. Rozczesuję moje ciemne włosy, a potem przez chwilę się waham, czy pomalować powieki. Szukam koloru pasującego do moich zielonych oczu, ale w końcu się poddaję i smaruję usta delikatną, koralową pomadką. Przebranie się zajmuje mi niewiele, a później, bez śniadania, idę do szkoły z jedynie karteczką i długopisem w torebce pożyczonej od Bridget.
    Na miejscu łysy dyrektor już wygłasza przemowę. Nie jest specjalnie długa, mówi tylko o tym, że życzy nam sukcesów w nadchodzącym roku szkolnym, dwutysięcznym dwudziestym siódmym, i ma nadzieję na lepsze wyniki testów, które w poprzednim roku nie wypadły zbyt dobrze. Dochodzą do mnie tylko niektóre słowa, te nieważne i nic nieznaczące, pełne fałszywych uśmiechów i uczuć. Oczy kleją mi się i w końcu ulegam zmęczeniu, zamykając je. Budzę się, kiedy wszyscy wstają i ruszają do wyjścia z sali gimnastycznej, później w kierunku klas. Nie słuchałam, którą klasę mam w tym roku, ale wśród trzystu hałaśliwych uczniów dostrzegam kilka znajomych sylwetek i idę za nimi, w nadziei, że chociaż oni słuchali.
     W tym roku naszym wychowawcą jest Dres - naprawdę jego nazwisko brzmi Des, ale zmiana jednej litery, i tyle zabawy! - nauczyciel wuefu. Podczas wywiadówek milutki baranek, a przedtem nie ma nic gorszego, niż właśnie on - tak opisują go byli uczniowie.
W klasie jest łącznie ze mną, osiemnaście osób. Dres jest w trakcie mówienia nam, że w tym roku nie odpuści nam tak, jak panna Youngheart, nasza poprzednia wychowawczyni, kiedy drzwi się otwierają.
 - Przepraszam za spóźnienie... panie... - dyszy ciemnowłosy chłopak, który wleciał do klasy jak strzała.
Ma na sobie ciemne dżinsy i koszulę, a nieudolnie zawiązany, jakby robiła to jego młodsza siostra, szary krawat zwisa za bardzo, by wyglądał choć trochę elegancko.
 - Panie Des - poprawia go nauczyciel.
 - Przepraszam, panie Dres. - Schyla głowę, w fałszywym geście pokuty i siada ławkę za mną. Dres, fioletowy ze złości, wskazuje na niego, gestem nakazującym wstać, a ten robi to bez słowa protestu.
 - Więc jesteś nowy. Przedstaw się, proszę, klasie.
Ciemnowłosy bierze wdech, podwija rękaw białej koszuli, którą ma na sobie. Udaje zdenerwowanie, ale kiedy na niego patrzę, w jego oczach widzę zdecydowanie i iskierki rozbawienia.
Więc jest nas w sumie dziewiętnastu.
 - Jestem Adam - mówi w końcu. - Wcześniej...
 - Dobra, wystarczy. - Dres macha ręką i zapisuje na tablicy plan lekcji na pierwszy dzień szkoły. Kiedy tylko się odwraca, Adam wychyla się w moją stronę.
 - Ścięłaś włosy. Nawet fajnie ci w takich... po co pozbyłaś się blondu? W blond było ci bardziej do twarzy.
Zaciskam palce na długopisie, zastanawiając się, skąd mógł mnie znać. Zdecydowanie nie znałam go; był mi kompletnie obcy, a ten raz w drzwiach, był pierwszym. Chyba... jest przecież tyle ciemnowłosych chłopaków w wieku szesnastu lat, o jasnobrązowych oczach. Mogłam się kiedyś na niego natknąć, zagadać, ale powinnam go pamiętać.
 - Co? - szepczę w odpowiedzi, modląc się, żeby Des tego nie słyszał.
 - Musiałem cię z kimś pomylić. Przepraszam, Ann.
Zamykam oczy, przerywam pisanie i przez jeden, ulotny moment słyszę tylko przyspieszone bicie własnego serca.
 - Skąd wiesz, jak się nazywam? - mówię, starając się zachować beznamiętny ton. To trudniejsze, niż sądziłam.
Stuka w oparcie mojego krzesła. Nagle przypominam sobie o nalepkach, które na początku lekcji Dres nakazał nam nalepić na krzesełkach i stolikach. Wiem, że to logiczne wytłumaczenie, ale nadal mam dreszcze.
 - Możecie iść - oznajmia nareszcie nauczyciel.
Chowam notatnik do torebki razem z długopisem, poprawiam koszulkę i jak reszta klasy, ruszam do wyjścia. Z samego ranka ten dzień był męczący...
     Gdy wychodzę przed budynek, czeka na mnie niespodzianka. Kropla deszczu spada mi na nos, a potem następna na czubek głowy. Później robi się z tego mżawka. Do domu mam ponad pół kilometra piechotą i choć nie podoba mi się to, idę czerwonym chodnikiem pod górę. Przed domem jestem za pół godziny.
Chcę już otworzyć furtkę, uprzednio trącając mokrą wiśnię - krople deszczu lądują wprost na mojej głowie. Czuję się bardziej mokrą niż Nil.
  - Hej! - woła ktoś przy sąsiednim domu. Odwracam się w tamtym kierunku, prawie pewna, że to nie do mnie było to kierowane.
Poznaję go; to ten sam chłopak, który zaczepił mnie w szkole. Adam macha do mnie, choć wygląda na równie zmęczonego, co ja.
 - Co tutaj robisz? - pytam, robiąc kilka niepewnych kroków w jego stronę.
 - Mieszkam, sąsiadko - uśmiecha się, pokazując na dom jednorodzinny sąsiadujący z moim.
 - Z rodzicami i rodzeństwem? - unoszę brew, udając zdziwienie. - Trochę trafiliście do niezłego zadupia.
 - Noo... - ciemnowłosy przez chwilę nie wie, co na to odpowiedzieć. - Z mamą i ojczymem. I babcią?
Ostatnie słowo zabrzmi tak, jakby nie był tego pewny. Wygląda to dziwnie. Nie wie z kim mieszka?
Nieważne, chłopak już ma u mnie blachę. Jedynak, pff.
 - Aha. No to cześć - żegnam się i zostawiam go za sobą.
     Pierwsze, co robię w domu, to pójście do łazienki i wysuszenie suszarką włosów.
Przy kuchennym stole, jak zwykle czeka tata i próbuje rozwiązywać krzyżówki, tak jak zanim  choroba mu to uniemożliwiła.
Wita się ze mną skinieniem głowy.
 - Anabel, zrób mi tą... tą... - wskazuje pudełko, w którym trzymamy herbatę, jak wszystko w domu podpisane. Mimo to tato nie może znaleźć właściwego słowa.
 - Herbatę? - domyślam się, nalewając wody do czajnika i wstawiając go na kuchenkę. Włączam gaz.
Tato kiwa głową.
 - Tak, tak. Herbatę.
Międzyczasie wyjmuję z szafki szklankę i wrzucam do niej jedną saszetkę.
Gdy woda się gotuje, idę do salonu i siadam przy oknie, ze znużeniem obserwując pojazdy przejeżdżające ulicą. Po kilku minutach mam dość, więc ściągam książkę z półki nad moją głową i czytam. Jako, że akurat tą, o biologii, znam na pamięć, jednocześnie przypominam sobie co znajduje się na następnych stronach. Kątem oka nadal śledzę ulicę.
Pomarańczowa furgonetka zatrzymuje się przed moim domem. Ktoś wybiega do niej, po chwili rozpoznaję tego kogoś; to bez wątpienia Adam.
Wygląda na to, że zdążył się już przebrać - ma na sobie pomarańczowy podkoszulek, niezbyt mądre biorąc pod uwagę pogodę.
Dwie inne osoby pomagają mu wejść do środka.
     W tym momencie czajnik wydaje z siebie pisk i ruszam do kuchni zalać tacie jego herbatę.
Z resztą, co mnie w ogóle obchodzi ten pomylony chłopak?

1.08.2016

One-Shot "Percy Jackson i bogowie internetu"

Tak naprawdę ten one-shot powstał jakiś ponad rok temu. Wtedy byłam jeszcze głupsza niż dziś, ale okej. Chyba widzicie, że nigdy go niestety nie skończyłam, ale mam nadzieję, że mimo to będzie dobrze.




Dzień 1 na chacie Leo.
Percy Jackson zalogowany(a).
Annabeth Chase zalogowany(a). 
Thalia Grace zalogował(a) się.
Nico di Angelo zalogowany(a).
Percy Jackson: Siema ludzie ;)
Annabeth Chase: Cześć.
Percy Jackson: Ta twoja nowa profilówka jest sexy...
Annabeth Chase: Percy! Tu są dzieci!
Nico di Angelo: że niby ja? Nawet ja już... ten teges...
Thalia Grace: Nico, miałeś nic nie mówić! I co teraz będzie?!
Annabeth Chase: Dajcie spokój ---
Frank Zhang się zalogował.
Frank Zhang: Czy to ma być twarz w Azjaty? :O
Annabeth Chase: Nie, to mała być smutna buzika...
Percy Jackson: Tag bardzo rasistowskie :D 
Annabeth Chase: Nie jestem rasistą! 
Leo Valdez zalogował się.
Leo Valdez: Hej człowieki.
Percy Jackson: Leo, WTF. Jak można pisać na czerwono?!
Annabeth Chase: Percy, język! 
Percy Jackson: Cooooooo?
Annabeth Chase: "WTF"
Thalia Grace: Annabeth, JęZYK!
Annabeth Chase: Wow Thalia... wtf...
Percy Jackson: LOLOLOLOLOL
Leo Valdez: Wut PW.
Frank Zhang: w tyłek.
Annabeth Chase: Teraz duże WTF!
Nico di Angelo: Annabeth, będę ojcem... Mam większe prawa do WTF!
Annabeth Chase: Kiedy się tu dostałeś Nico? I w ogóle, WTF!
Nico di Angelo: Zawsze byłem tutaj. To chat grupowy...
Piper McLean zalogował(a) się.
Piper McLean: Cześć!
Percy Jackson: Ok, jak wiele jest osób na chacie? 
Nico di Angelo zmienił(a) nazwę na Hades.
Hades: Więcej niż można sobie wyobrazić...
Annabeth Chase: WTF.
Hades: Język. I wygnać do Tartaru.
Percy Jackson: Nieeeeeee!
Annabeth Chase: NIEEEEEEE!
Hades: Hahahahhahaha xD
Annabeth Chase: Chwileczkę... To Nico!
Hades: Nie, to nie jest...
Percy Jackson: hahhaha, też chcę spróbować :D
Percy Jackson zmienił nazwę na Posejdon.
Posejdon: Hej głupcy. 

Zia and Sadie adventure - coś wyrwanego z kontekstu

 Po opowiadanie zakończyłam na 7 długich rozdziałach pół roku temu. Wiecie, co stało się później? Babcia pomyślała, że to coś niepotrzebnego i spaliła. Został mi tylko ten urywek, cudem ocalały :( Napisane ok. 24.04.2015r. Wyjątek z rozdziału 4/5 bodajże.
__________________________________________________________
S
A
D
I
E

    Łódź przewróciła się, kiedy sięgnęłam do plecaka po kanapki. Zia mierzyła mnie wzorkiem niższym niż minus tysiąc stopni Celsjusza, co w porównaniu z upałem na pustyni było tylko chłodnym powiewem wiatru.
Mam dobrą i złą wiadomość. No to powiem tą lepszą. Moje kanapki z serem nie są tak zamulone (Zia mówi, że cofam się w rozwoju i to ja jestem zamulona) jak sądziłam, przynajmniej plecak nie był otwarty. Były nawet zjadliwe.
Zła wiadomość? Do świątyni Izydy zostały nam jakieś trzy mile. Widziałam, jak Zia była wkurzona tym, że była chroniona zbyt wieloma zaklęciami, by się tam dostać portalem. Na dodatek, robiłam za jej kulę u nogi, ponieważ jeśli nawet mogła to zrobić, to nie mogła zabrać mnie, jako osobę tymczasowo nie-magiczną. Miałam ochotę krzyknąć "to nie moja wina, to tej mendy!", ale wtedy Izyda prawdopodobnie dostałaby szału, a przy tym stałabym się garstką piasku na tym odludziu. Samo myślenie było niebezpieczne, ale wtedy nie miała dostatecznie dużo siły, by mi coś zrobić. I to był jeden z powodów naszej durnej wyprawy. Znaczy nie tyle była ona durna, co osoba, która nas w nią wysłała. Kojarzycie takiego czerwonego ludzika, jakieś dwa metry wysokości? Aha, o to mi chodziło.
     Zia szybko rozkazała mi wyjść z rzeki i całkiem rozumiałam, o co jej chodziło. Tam musiało roić się od krokodyli albo aligatorów - nie odróżniam ich, a co?
Pidżama wisiała na mnie jak na wieszaku i musiała to zauważyć. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę stawałam się coraz słabsza, bledsza i chudsza. Wzięła moje bagaże i sama zarzuciła je sobie przez ramię, a mnie owinęła w coś dziwnego, ale od razu zrozumiałam, jak czuje się facet z wielbłądem z filmów.
Wzięła mnie za rączkę jak małą dziewczynkę, przyśpieszając kroku, ale potem zwolniła, kiedy potknęłam się o własne nogi, pociągając na ziemię także ją.
Wkurzało mnie, że nie mogę jej nic wygarnąć. Wciąż pytałam siebie, co mogłam jej powiedzieć. Że jest debilką, jeśli myśli, że Carter naprawdę nie żyje? Przecież dokładnie to chodziło mi po głowie. Znałam już wcześniej takich rosyjskich magów, który blefowali non-stop tylko po to, żeby zachwiać moją równowagę psychiczną. Czy akurat wtedy, na tej głupiej pustyni, jakąkolwiek równowagę miałam? Oczywiście, że nie. Czułam się jak narkoman, który tym razem przesadził. Jedyną pocieszającą teraz myślą było to, że to Izyda była tą rąbaną narkomanką, i szczerze, dobrze jej tak.
 - Spokojnie, Sadie - mruknęła Zia, kiedy na moment straciłam ochotę do chodzenia za nią. Chciałam się położyć na tym ślicznie błyszczącym piasku i spać, spać wiecznie... - Już niedaleko. Obiecuję
Nawet na nią nie spojrzałam, tylko na coś daleko, chyba... gałąź? Wyciągnęłam ręce i stałam w milczeniu.
(Zia mówi, że powtarzałam "dobry wąż, chodź do mamusi", ale to jej wersja.)
 - Sad, chodź.


Z
I
A

     Łódź, na której płynęłyśmy z Sadie wywinęła fikołka, kiedy rozgorączkowana rzuciła się na plecak jak kot na mysz. Zakazałam jej wychylania się po niego, chociaż fakt, że znajdowały się tam kanapki z serem był niesamowicie kuszący.
Sadie zachowywała się dziwnie. Jakby ubyło jej kilkanaście... lat? Starałam się do niej mówić jak do dziecka. Kiedy przechodziłam do tonu rozkazów, rozpłakiwała się jak mała dziewczynka i nic mogłam zrobić, ale tym razem przegięła - nawet, jak na sześciolatkę w ciele szesnastolatki.
Zmierzyłam ją wzrokiem, a wtedy w jej oczach pojawiły się łzy, czyli normalny syndrom kłopotów.
Zarzuciłam sobie cały nasz bagaż na plecy, i nawet nie czułam, jak uginałam się pod jego ciężarem. Ból dał o sobie znać dopiero, kiedy wzięłam małą-Sadie pod ramię  i wyciągnęłam na ląd na tyle daleko od rzeki, by nic nas nie dopadło. Wyciągnęłam z plecaka pierwsze lepsze prześcieradło, rozkazując jej usiąść. Sama zadowoliłam się jedynie przykucnięciem. Szaty wisiały na niej jak na wieszaku, a jej twarz robiła się raz czerwona, raz biała. Wytargałam z Duat trochę dodatkowego białego płótna, owijając jej wokół głowy. Wciąż patrzyła w moją stronę rozbieganymi oczami, ale one zdawały się mnie nie zauważać.
Do celu naszej wędrówki pozostało dużo drogi, a nasz środek transportu przed chwilą dosłownie się rozpłynął w wodzie.
Kiedy to się zaczęło, z resztą nie tak dawno - ledwie dzień wcześniej, nie pisałam się przecież na opiekę nad sześcioletnią nastoletnią siostrą mojego chłopaka... znaczy, tak, zgodziłam się na opiekę nad nią, ale nie przewidywałam, że może być tak źle.
Nasz marsz był wyczerpujący. Po kilku latach nieobecności w Egipcie, zapomniałam o klimacie tutaj panującym. Bo przecież Egipt to nie Brooklyn i 21 nom. Kiedy ja przeżywałam katusze, nawet nie myślałam o tym, co przeżywa Sadie. To momentu, kiedy upadła i poparzyła sobie paskudnie kolana na rozgrzanym piasku.
Natychmiast odłożyłam kilka niepotrzebnych rzeczy, które utrudniały nam podróż i nie były konieczne potrzebne - i przerzuciłam sobie blondynkę przez ramię. Był słaba jak kociak. Czułam jej skórę, która zdawała się płonąć żywym ogniem. Co Izyda zrobiła najlepszego? Miałyśmy czas do zachodu słońca. Zostały do niego najwyżej trzy godziny. Może ciut dłużej. Wraz z ostatnimi promieniami słońca letniego przesilenia, Sadie miała stać się kupką prochu. To wszystko przez boginię, która zapragnęła dla siebie więcej mocy. I więcej. Więcej, niż mogło przetrawić wątłe, ludzkie ciało.
Znałam ból, który odczuwała Sadie. Przechodziłam przez to. Ale ja nie odmładzałam się. A może ona wcale ma nie zginąć? A może... po prostu narodzić się jeszcze raz?
Cokolwiek to miało być, nie mogłam jej stracić. Nie po Carterze. Przecież mu to obiecałam wtedy, kiedy to się zaczęło. Choć dla niektórych obietnica dana zmarłemu jest warta tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale ja w życiu widziałam śnieg tylko kilka razy, więc wydawał mi się czymś cennym.

Przeprosiny (proszę, przeczytaj do końca)

Chciałabym móc napisać coś raz w tygodniu na tym blogu, ale skupiłam się na trzech innych. Jeden już zakończyłam (cos-czego-nie-wiem.blogspot.com, naprawdę polecam mój ostatni potterowski fanfic), a całkiem niedawno założyłam bloga na autorskie opowiadanie (przezyjemy.blogspot.com), gdzie będziecie mogli przeczytać o tym, jak dwoje przyjaciół - Jessmine i Simon - poszukując młodszej siostry Jess, która wplątała się w rozrachunki wampirów i zniknęła bez śladu. Sami sprowadzają na siebie kłopoty, a z każdą chwilą zagadka coraz bardziej staje się jasna. Czy uda im się dotrzeć do nastolatki na czas, a nawet jeśli - czy całej trójce uda się przetrwać do świtu? 
I oczywiście jeszcze jest Wróg (klamstwo-to-krzywe-zwierciadlo-prawdy.blogspot.com). Isabelle Lightwood, mimo swojej urody i wdzięku, czuje się wewnętrznie jak staruszka z stoma kotami. 
Wydaje się, że jej życie już nie ma takiego smaku, jak wcześniej. Próbuje ułożyć sobie je na nowo z marnym skutkiem.
Kiedy widzi rodziców w separacji małżeńskiej, a tuż obok Clary z Jacem i Aleca z Magnusem, przestaje rozumieć wszystko, co próbował pokazać jej Simon...

  1. A teraz coś o tym blogu.

Mianowicie, przegapiłam jego drugie urodziny. Nie mam pojęcia jak ja to zrobiłam i nawet nie chcę tego wiedzieć. Miało być Sadico - Sadie jest chora, a Nico rzucił aktorstwo w filmach porno (czyt. nie napisałam nawet połowy).
Jest mi za to strasznie wstyd, tym bardziej, że wiem, co dzieje się z samym Percabeth. Kompletnie znika z tego bloga. Dlaczego? Sama nie wiem. Odnoszę wrażenie, że Rick sam zagrzebał ich po pas w Olimpijskich Herosach. Żadne z nich nie jest takie, by móc coś z tym zrobić. A nie mam ochoty pisać ckliwych tekstów, typu: kocham cię, proszę, nie umieraj... Może jakoś coś z tym zrobię. Albo przerzucę się na coś innego. Jak już pisałam kiedyś, pewnie do czasów Luke'a, Thalii i Annabeth. Bo właśnie oni zawsze mnie do siebie ciągnęli (mimo, że dalej nie znoszę Luke'a, to uwielbiam pisać z jego perspektywy, co jest dziwne O.o).

Mam wrażenie, że tracę z wami kontakt. Tak po prostu, powstaje między nami pewien mur. Bo ja nie znam was, a wy nie znacze mnie. Dlatego utworzyłam kolejną zakładkę. Na pewno będziecie wiedzieć, która to. 
Mam do was pytanie: co lubicie/wolicie bardziej?
Opowiadanie, one-shoty, songficki, kilko częściowe opowiadania, a może wszystko razem, byle miało coś wspólnego i wspólnie tworzyło jedną rzecz? Napiszcie mi o tym w komentarzach i jeśli chcecie, co w tym lubicie najbardziej.
I propozycje o czym mogłabym napisać jeszcze przed feriami (które zaczynają mi się 18 stycznia). Bo w ferie przewiduję kolejną część "Pidżama Perty są nudne" i "Kto powiedział, że Pidżama Party są nudne?" Zrezygnowałam z 3 części "Pidżama Party są...". Bo po prostu zapomniałam, jaki to ja zajebisty pomysł miałam na tą trzecią część. I boję się, że to nie będzie to, jeśli będę naciągać. Zamiast tego "Kto powiedział..." dosłownie zwali was z nóg :D

I ostatnie, w ogóle z blogiem nie związane: jak tam wasze proponowane? Jaka średnia? :P jakimś cudem po prostu na półrocze mam 5.18 i nauczyciele mówią, że już mi się nie zmienią, więc mogę odetchnąć i kolejny tydzień spędzić na luzie. A jutro idę kolędować i będę Józefem (wyobraźcie sobie taką Ad z brodą św. Mikołaja xD Łajt, wy nie wiecie jak wyglądam :P Muszę to naprawić >.<)

1.05.2016

Ten, co piorunami rzuca! (Special z siostrą :D 1/?)

     Moja rodzina nie jest zwyczajna. Zacznę od czegoś prostego: nazywam się Lissa i mam jedenaście lat, moje włosy są w kolorze ciemnego blondu i sięgają do ramion, oraz starszego o rok brata, Leo. On także jest blondynem, ale jego włosy są jaśniejsze od moich i - choć krótkie - kręcą się. A także małą siostrzyczkę, dwuletnią Mary i oboje rodziców. Mama i Mary też są blondynkami, ale o rudym połysku. Włosy taty kręcą się tak samo jak Leo, ale barwą przypominają moje. Wszyscy jesteśmy błękitnoocy, szczupli i w miarę wysocy (chociaż Leo prawie sięga tacie do czoła, więc on jest jakiś wyjątkowy).
A teraz coś mniej oczywistego:  mieszkamy w magicznym domu, na którego drzwiach i oknach widnieje znak ryby z dwoma ogonami, którą na pół dzieli pionowa kreska. Zawsze wiedziałam, że u nas coś jest nie takie, jak normalnie, ale kiedy to mówiłam, nawet mama się śmiała.
     Był pogodny, słoneczny dzień, a Leo od przebudzenia oczekiwał na śniadanie. Okropnie się denerwował, bo mama nie mogła go zrobić, ponieważ chciała najpierw nakarmić Mary, która nie mogła tego zrobić sama.
 - A niech to! - zawołał Leo.
 - Cierpliwości, robalu - powiedziałam, grożąc mu miską pełną płatków. - Sam sobie je zrób!
Odwróciłam się, by sięgnąć po mleko do lodówki i zalałam nim moje musli. Usłyszałam zgrzyt metalu, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Uznałam, że patelnie przesunęły się w szafce.
Zajadałam śniadanie, pomagając mamie zmusić siostrę do jedzenia, kiedy usłyszałam Leo:
 - Jestem tym, co piorunami rzuca! - krzyczał, wbiegając do kuchni z garnkiem na głowie.
Poczułam narastającą irytację, ale i tak o mało nie zakrztusiłam się płatkami ze śmiechu.
Nagle zadzwonił telefon i już zamierzałam po niego sięgnąć, kiedy Leo trącił mnie w rękę.
 - Idź, niegodna zaszczytów meduzo, tylko taki mędrzec jak ja może odebrać telefon!
Nim zdążyłam zaprotestować, odebrał mi zdobycz sprzed nosa. Prawdopodobnie dla większej zabawy (lub żeby mnie bardziej zdenerwować) przełączył na tryb głośnomówiący.
 - Halo? Kim jesteś, jeśli odważasz się rozmawiać z tym, co piorunami rzuca? - huknął do słuchawki.
Po drugiej stronie coś zatrzeszczało, a potem usłyszałam dziwny głos:
 - Zawsze sądziłem, że jesteś Zeusem, ale co ja o tym wiem... - nie potrafiłam stwierdzić, kto telefonował, bo głos był aż tak zniekształcony. U nas zawsze zasięg był niepewny. - Jestem tylko twoim ojcem, Leonie! A teraz daj mi mamę, huncwocie.
Ja i mama omal nie pękłyśmy ze śmiechu, kiedy Leo podawał jej komórkę.
 - Wrócę jutro, kochanie... - powiedział.
Jutro? Dlaczego? Tata zawsze pracował do późna, ale nigdy nie zostawał na noc w pracy.
 - Oddzwoń wieczorem, dobrze? Nie chcę, by słuchali... - Mama rozłączyła się i odłożyła telefon na parapet, gdzie był zasięg.
     Leo ściągnął garnek z głowy i włożył go z powrotem do szafki, gdzie było jego miejsce. Spojrzał na mnie wzrokiem, który mówił wyraźnie, że powinniśmy teraz pójść. Nawet jego uśmieszek zniknął.
Czy w tym domu wszyscy wiedzieli wszystko? Oczywiście, oprócz mnie.
Widząc moje niezadowolenie, Leo powiedział:
 - Chodź na lody, niegodna zaszczytu meduzo. Dziś stawia ten, co piorunami rzuca.
 - Będą jagodowe?
 - Będą. Smerfowe, jak chcesz, też - obiecał mój brat, licząc monety. - Ale najpierw muszę zjeść śniadanie, bo mama będzie się czepiać.

1.02.2016

Co ja będę pisać, wszystkiego dowiecie się w trakcie czytania xD

  1.  Wszystkiego najlepszego, ciul z tym, że to południe drugiego.
  2. Uświadomiłam sobie, że nie ma sensu ciągnąć Percabeth takim, jakim jest. Ja naprawdę już nie pamiętam, jakie pomysły miałam dwa lata temu. Muszę zrobić jakieś opowiadanie, ale o czym i jakie, nie mam pojęcia. Węszę za Family Luke, bo wiem, że wiele osób jest tego ciekawych ;)
  3. Jesteście kochani.
  4. Przez ponad 110 komentarzy jeszcze nie straciłam weny, mimo, że to ponad dwa lata.
  5. Dziękuję za 30 tysięcy wyświetleń!
 JESTEŚCIE WIELCY!

Do zobaczenia w następnych  lub w Sadico lub Coś (do którego wracam już w ferie!)

1.01.2016

Z krwią ("Million Years Ago" Adele)

 Trochę słabsze, od "Deszczu pachnącego granatami", ale mam nadzieję, że znośne ;)
Pozdrawiam wszystkie jasnowłose troski ^^
_______________________________________________________

Chciałam tylko się bawić,
Ucząc się latać, ucząc się biegać.
Pozwalałam mojemu sercu wybierać drogę,
Kiedy byłam młoda.

Jasne włosy brata tulącego się do mojej ręki, jego jasne oczy pełne łez, gdy matka padała na kanapę. I choć płakał, ona nie budziła się, nie patrzyła na syna, ani nawet na mnie. Skreślała wszystko, co jej się nie podobało. 
Nigdy nie chciałam być nią, lecz wszystko idzie z krwią. Kiedyś byłam dobra, miła i uczynna, tak jak ona. Lecz czas wyniszcza wszystko, nie szanuje mórz, rzek ani nawet sfer niebieskich. Było jasne, że będę taka jak ona. Może to nie krew, ale czas. Kiedyś byłam młoda. Kiedyś.

Gdzieś w środku od zawsze wiedziałam,
Że to będzie nieuniknione.
Żeby zdobyć zasługi, muszę zapłacić
I obnażyć moją duszę.

Coś ciągnie się za mną, jak czarny welon za panną młodą. Zawsze wiedziałam, że wszystko idzie z krwią, za czasem. Chciałam wszystko poświęcić dla nich, jasnowłosych. Ale nic z tego nie dostałam. A to było tak dawno, że nie czas nie zostawił nawet okrucha dawnej mnie. Nie wiem, co sobie myślałam. Szaleństwo idzie u mnie z krwią.
Nie zapobiegłam temu dawno temu, więc teraz płaczę.

Wiem, że nie jestem jedyną,
Która żałuje tego, co zrobiła
Czasem czuję, że tylko ja,
Nie mogę znieść widoku swojego odbicia,
Szkoda, że nie żyłam trochę bardziej,
Że nie patrzyłam w niebo, zamiast tylko w podłogę.

Próbowałam ocalić całą trójkę, tych jasnowłosych nieszczęśników. Jednego przed swoją krwią, drugiego przed staniem się potworem w nim drzemiącym, a trzeciego przed tym, czym już jest. Ale nie broniłam samej siebie. Już nie pachnę granatami, lecz krwią. Chciałabym zapłakać, błagać o wybaczenie, ale nie potrafię. Wiem, że nawet ojciec nie odezwie się do mnie. Bo szaleństwo idzie u nas z krwią. 
Wszystko to działo się dawno temu i dziś nie potrafię zrobić z tym nic.

Czuję, jak życie przebiega mi przed oczami
I wszystko, co mogę zrobić to oglądać to i płakać.
Brakuje mi powietrza, brakuje mi moich przyjaciół
Tęsknię za moją mamą, tęsknię za tym,
Kiedy życie było tylko beztroską zabawą
Ale to było milion lat temu.

Kiedyś wszystko było inne. Płaczę, a te łzy nie są potrzebnym zbawieniem. Pamiętam, jak wszystko było inne. Mama zawsze w jasnym makijażu, śmiała się i flirtowała zadziornie z ojcem, a ja spędzałam cały czas beztrosko. Bez tych kilku jasnowłosych trosk. Gdy czas nie kazał krwi podążać do szaleństwa.
Ale to było bardzo, bardzo dawno temu i nie pamiętam już nic.

Kiedy przechadzam się po ulicach,
Gdzie dorastałam i zdobyłam pewność siebie
Oni nie patrzą mi nawet w oczy,
Zupełnie, jakby się mnie bali.

Dzieci patrzyły na mnie jak na wyrzutka, gdy wałęsałam się po ulicach z Lukiem. Byliśmy wtedy my, tyko ja i on. Byłam wtedy zdrowa i nie myślałam o szaleństwie. Kochałam wszystko, co wtedy zobaczyłam, mimo, że te ucieczki trudno było nazwać życiem. Chciałam za wszelką cenę pozostać sobą. Ta trzecia jasnowłosa troska, zwana Annabeth, była zbawienna. Odzyskałam rodzeństwo, które straciłam. Byłam w rodzinie, z którą nie byłam związana krwią. Ich szaleństwo nie mogło dosięgnąć.
Jakie to szczęście, że tak się stało.

Myślę nad rzeczami, które mogłabym powiedzieć,
Nad jakiś żartem lub wspomnieniem,
Ale oni już mnie nie poznają,
Nawet w świetle dnia.

Gdy leżę w namiocie, a Pheobe struga dla siebie nowy zestaw strzał zastanawiam się, co by było, gdybym pobiegła z nimi do Obozu. Przeżylibyśmy? A może umarliby wszyscy?
Znów myślę o tych wszystkich troskach, które zostawiłam za sobą.
  Luke uśmiecha się, podając mi pachnące mydło.
  - Jutro będzie lepiej - obiecuje. Chce mu wierzyć nawet na te kilka niepewnych słów.
Druga troska potwierdza to skinieniem głowy.
Jestem prawie pewna, że to możliwe. Brakuje tylko jednego potwierdzenia... chcę płakać, by mnie usłyszał, jeśli jeszcze żyje. Ale ja wiem, że to niemożliwe.
To wydarzyło się wiele lat temu.

Wiem, że nie jestem jedyną,
Która żałuje tego, co zrobiła
Czasem czuję, że tylko ja,
Nie stałam się tym, kim zawsze myślałam, że będę
Szkoda, że nie żyłam trochę bardziej,
Że nie patrzyłam w niebo, zamiast tylko w podłogę.

Gdyby istniało magiczne słowo, które zdołałoby cofnąć czas, użyłabym go, by nigdy się nie urodzić. By nie czekać na szaleństwo, które i tak przychodzi z czasem i krwią. A może sprawiłabym, żebym była córką kogoś innego. Ale kim byłby teraz Jason? Czyją jasnowłosą troską? Innej Thalii Grace lub całkiem innej dziewczyny? Fakt, że to stało się dawno temu i czasu nie da się cofnąć sprawia, że szaleństwo przychodzi samo. Z żadną krwią, jak mawiał Luke. Kiedy tak o tym myślę, uświadamiam sobie, że jego matka również oszalała. To nie może iść z krwią.
To sprawia, iż wiem, jak dużo czasu zmarnowałam, stając się Łowczynią.

Czuję, jak życie przebiega mi przed oczami
I wszystko, co mogę zrobić to oglądać to i płakać.
Brakuje mi powietrza, brakuje mi moich przyjaciół
Tęsknię za moją mamą, tęsknię za tym,
Kiedy życie było tylko beztroską zabawą.
Ale to było milion lat temu.

Może to nie milion, ale Jason nie żyje od stu trzydziestu lat, zmarł w poczciwym wieku, kiedy kości odmawiają posłuszeństwa, otoczony rodziną. Mija dwieście pięć lat od chwili, kiedy się urodził. Mimo, że minęło wiele więcej czasu od śmierci Luke'a Castellana, wciąż doskonale pamiętam ten moment, gdy się skupiam. Ale to boli, a ja wiem, że pamięć jest tak ważna, że można zapłacić za nią każdą cenę. Trzecia troska umarła jako druga, sto lat temu w wypadku samochodowym, osierocając dwójkę dzieci. 
Wiem, że nie potrafię wytrzymać dłużej z wiedzą, że strach przed krwią pozbawiła mnie wszystkiego. Ten potwór, na którego się natknęliśmy wcale nie wymagał mojego poświęcenia. Mogłam uciec z nimi. Mieliśmy wielkie szanse. Dziś pewnie by mnie tutaj nie było, ale niczego nie żałowałabym. 
Idę zatem do Artemidy, z pytaniem, które od wieku ciąży mi na sercu. Patrzy na mnie przerażona, ale w końcu ulega.
 - Służyłaś mi dobrze, Thalio Grace, córko Zeusa.
Jestem za stara, by przeżyć. Wkrótce kończy mi się powietrze. 
To co jest teraz, za sto lat będzie starą paplaniną. Ktoś będzie tego żałował, ale nie będę tym kimś.