12.31.2014

SPECIAL NOWOROCZNY: Drabbles

Kilka, nawet kilkanaście drabbles ode mnie na Sylwestra i nowy rok. Oby was w ten nowy rok potwory nie zjadły, albo ser! (Dziewczyny z chatu "Dzieci Olimpu Polska" wiedzą, o co chodzi. Nadchodzi serowa apokalipsa!)


#01 Imiona
Annabeth sądziła, że "Percy" jest lepszym imieniem od "Perseusza", ale "Glonomóżdżek" było idealne. 

#02 Samotność 
Na początku Percy cieszył się, że ma cały domek dla siebie, ale później zaczęło mu to ciążyć na sercu.

#03 Typ
Kalipso była rzeczywiście ładną dziewczynką, ale nie w typie Percy'ego. 

#04 Gra
Nico naprawdę lubił grać w "Magię i mit", ale nie spodziewał się, że może stać się takim samym pionkiem jak te małe, woskowe figurki.

#05 Matka
Annabeth wiedziała, że jej matka jest boginią wojny, ale nie sądziła, że może się jej tak po prostu wyrzec.

#06 Szczury
Hermesowi przez całą wieczność nie przyszło nawet do głowy, że jego węże mogą stać się swatkami przez gryzonie.

#07 Talent
Percy nigdy nie dowiedział się, dlaczego jego talent do panowania nad wodą objawił się dopiero po dwunastych urodzinach.

#08 Ogień
Leo całkowicie panował nad ogniem - tym, który robił pożary, jaki i tym, który płonął cicho w sercach innych. 

#09 Brat
Percy starał się traktować Tysona jak równemu sobie, ale to nie zawsze wychodziło, bo w końcu byli w jakimś stopniu rodzeństwem.

#10 Wulkan
On nawet nie poczuł, kiedy ona pocałowała go i natychmiast uciekła, mówiąc tylko "powodzenia". 

#11 Łódź
Percy wiedział, że gdyby nie dzieci Aresa i łódź, nigdy nie byłoby podwodnego pocałunku. 

#12 Sis
Artemida od zawsze narzekała na brata, ale tak naprawdę nie umiała długo wytrzymać bez jego ciągłego "sis".

#13 Koszula
Katie przez długi czas nie zapomni, jak on zabrał jej ulubioną koszulę, a na końcu wylądowali w jeziorze po pas.

#14 Matematyka
Percy przez panią Dodds zawsze już miał uraz do wszystkich swoich następnych matematyczek i oglądał je ze wszystkich stron, żeby upewnić się, czy nie są harpiami. 

#15 Pocieszenie
Nazwisko Willa znaczyło "pocieszenie", ciekawe, że to właśnie on został pocieszeniem zesłanym Nico przez bogów jako nagrodę za wszystkie cierpienia.

#16 Wahadło 
Will czasem poważnie wahał się nad swoimi upodobaniami, kiedy siedział i oglądał kuźnię domku dziewięć, tak naprawdę patrząc na jedną osobę - Nyssę. 

#17 Tartar
Mimo cierpień i bólu, przeżyli, cały czas trwając w miłości i wzajemnym zaufaniu. 

#18 Szefie
Mroczny był tak naprawdę wolnym pegazem, ale wciąż uparcie powtarzał, że służy wielkiemu Percy'emu Jacksonowi, zbawiciela Olimpu, ale przy znajomych skrycie narzekał, że on nigdy nie daje mu cukru.

#19 Zdrady
Hera nienawidziła wiedzieć, że jej mąż ją ciągle zdradza ze śmiertelniczkami i dlatego nigdy nie umiała patrzeć na młode dziewczęta.

#20 Pluszaki
Wszyscy sądzili, że Oktawian nie ma odwagi zabić prawdziwego zwierzęcia, tylko pruje pluszaki, ale tak naprawdę argur był obrońcą zwierząt.

#21 Przeszłość
Chejron powtarzał, że nie wolno myśleć o przyszłości, ale on sam cały czas rozwodził się nad przeszłością.

#22 Spokój
Po wielu przygodach, Annabeth pragnęła jedynie spokoju.

#23 Dwoje
Mieli tylko siebie, serce jej się krajało, kiedy przyszło jej palić jego pusty całun, przynajmniej dzięki niemu pomniejsi bogowie zaczęli być ważni i mieli swoje miejsce w obozie, ale ona straciła najlepszego przyjaciela.


A TERAZ CZAS NA HUMOR:



Zabijemy Ricka Riordana razem.
 Nie damy mu spokoju. Już nigdy.
Tak długo, jak będziemy razem.



12.25.2014

"Wywiad z Leo Valdez" odcinek 3

*z tyłu migoczą choinkowe światełka, w tle zaczyna grać bożonarodzeniowa piosenka* 
Leo: *poprawia krawat* Ekhem, witam w naszym programie, "Wywiad z Leo Valdez"! Naszym sponsorem jest sklep spożywczy Pani Jadwigi Green. Dziękujemy za udzielenie lokaju...
Frank: Po co nas brałeś?
Leo: Już mówię. Jak zawsze, nasza akcja opiera się na wywiadach z ludźmi, którzy dodzwonią się do programu. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia odbieramy także esemesy z życzeniami.
Annabeth: Ile razy, mam ci mówić, żebyś nas przedstawił?
Leo: Dzisiaj jest z nami jak zawsze Percabeth, Clarisse, a także Frank i Piper. Zadowoleni?
Frank: Tak.
Clarisse: Właśnie mamy pierwszego gościa *ziewa*. Odbieram.
Gość 1: Dzień dobry.
Leo: Witamy. Chce pan złożyć życzenia bożonarodzeniowe?
Gość 1: Tak. Zdechnijcie w męczarniach. *szum* *rozłącza się*
Percy: Eee... dziękujemy.
Clarisse: Siedź cicho.
*brzdęk* *zaczyna grać "Seksualna niebezpieczna* *Percy natychmiast sięga po telefon*
Percy: Czytać?
Leo: Dajesz *szczerzy się*.
Percy: Kochanie, przynieś mi te siatki z klatki... E, muszę chyba iść...
Leo: Stary, serio? Teraz?
Percy: Rachel mnie zabije.
Annabeth: Czy ja o czymś nie wiem?
Percy: Tak. Jesteś farbowana.
Annabeth: ... *faceplame*
Piper: *piszczy* Mamy następnego gościa! Jeej!
Clarisse: To odbierz, ciemna maso.
*Piper podnosi słuchawkę, rzuca miażdżące spojrzenie Clarisse pochłaniającej paczkę chipsów*
Piper: Tak?
Gość 2: Percy!
Percy: Tyson? To Posejdon ma tam zasięg?
Gość 2: Wiesz, wczoraj postawili słup.
Leo: Witamy w programie "Wywiad z Leo Valdez". Chcesz coś powiedzieć?
Gość 2: Lubię masło orzechowe.
Clarisse: ...
Leo: Okej. Jak pod wodą obchodzi się Boże Noarodzenie?
Gość 2: Boże... co?
Percy: No wiesz, śpiewa się kolędy, je się razem, stroi choinkę i je karpia.
Gość 2: Je karpia? To obrzędy kanibali?!! *rozłącza się*
Clarisse: Gratulacje, Jackson.
Annabeth: Ciszej. Dostaliśmy życzenia.
Piper: To weź czytaj je na głos!
Frank: Och, to ja wyjdę...
Clarisse: Zhang, co tu robisz?
Frank: Jestem tu od początku... *wzdycha* 
Clarisse: Serio?
Piper: Ej, Annabeth coś chce przeczytać! Cichej tam!
AnnabethBiały śnieżek zasypuje, odmarzną wam dziś uszy, znak, że święta się zbliżają wszystkim wokół smutek dają, więc nie śmiejmy dłużej się płacz nieśmy w każdy dzień.
Piper: Fajne i... dziwne.
Percy: Ciekawe od kogo to. 
Annabeth: Chwila, zaraz sprawdzę *patrzy na numer*. Leo, kojarzysz go? 
Leo: [cenzura], tak, [cenzura] to [cenzura] Chione. 
Clarisse: No to wzajemnie. 
Frank: Mamy już półgodziny nagrania. Chyba trzeba kończyć... 
Leo: Och, już już. Do następnego odcinka. 
Piper: Leo, a powiesz chociaż kiedy? 
Leo: No cóż, na pewno na następne Boże Narodzenie... 
Percy: Dopiero?! 

_______________________________________________
Chce zaprosić Was do mnie na Fanfiction.net, "Trochę słodyczy" jest opowiadaniem, które nie pojawi się na tym blogu. 
Jeśli jesteś ciekawy, co takiego szykuję, kliknij tu.

12.24.2014

Nie całkiem normalna historia wigilijna

A oto... nowa, poprawiona wersja historii, która już kiedyś była na tym blogu, ale ja, przez swoją nieuwagę, kliknęłam "usuń", a potem "tak" podczas robienia tak zwanych czystek.
Tym razem, postanowiłam pousuwać zamiast tego przekleństwa, ale trochę ich, no cóż, pozostało w tekście.
Trochę dziwnie dawać, to w Wigilię, ale...
Burritos!
_________________________________________


Pewnego zimowego dnia Nico obudził się w łóżku z Herą. Kiedy otworzył oczy był w takim szoku, że spierdolił ją z łóżka i zaczął się wydzierać:
- Szmato ! Jak mogłaś mi to zrobić! Yyy... A co my w ogóle robiliśmy?!
A Hera na to:
- Od dawna mi się podobałeś, synu Hadesa.
Nico był tak zakłopotany, że dopiero teraz zauważył, że on i bogini są nadzy. Szybko zgarnął pierwsze-lepsze ubranie z szafki i wybiegł z pokoju z krzykiem. Na korytarzu zobaczyła go Sadie, która nie wiedziała czy się śmiać czy płakać, więc zapytała spokojnie co się stało, a Nico odpowiedział:
- Obudziłem się z siostrą mojego ojca, która jest moją ciotką, w łóżku, nagi, nie mam pojęcia co robiliśmy, a ty się spokojnie pytasz co się dzieje?! - zawołał jednym tchem. Ten dzień bez wątpienia był porąbany...
- To dlatego masz na sobie damską tunikę... - powiedziała, powstrzymując śmiech.
- Co kurwa?! - wysapał patrząc na siebie. Tak, bez wątpliwości to damska, do tego bogini Hery. Pomyślał, że pewnie jego ojciec już szykuje mu miejsce w Tartarze.
- Co masz zamiar teraz zrobić?
- Nie mam pojęcia... - wymamrotał, gdy pierwszy szok minął - w ogóle nie pamiętam co było wczoraj...
- Piłeś ten sok pomarańczowy? - zapytała ze śmiertelną powagą w głosie.
- Nie... ja nie lubię pomarańczy... chyba wczoraj Valdez robił tą imprezę - zmarszczył brwi - zaciągnęła mnie na nią Piper, a wcześniej nazwała mnie chyba Hadesową dupą... - powiedział to, ściągając tą damską tunikę.
- Rozumiem, że jesteś w trudnej sytuacji, ale mógłbyś się ubrać.
- Chyba ci walnęło, że wejdę tak po prostu do mojego pokoju, gdzie w moim łóżku leży naga królowa bogów z którą najwyraźniej się przespałem!
- Nie... czemu?
Chłopak wziął duży wdech i powiedział:
- Dlaczego wszystkie baby są tak upierdliwe?!
- Ej, uważaj na słowa, bo sama Cię tam wepchnę i nie będzie ratunku...
- Hej! A pamiętasz to w piątek?! Ja ci tu życie ratuje, a ty tak... Carter miał racje, kobiety są porąbane...
Wzięła głęboki oddech i powoli się uspokoiła.
- Jak mogę Ci pomóc? - zapytała z wymuszonym uśmiechem, zaciskając pięść.
- Najlepiej będzie jak się oddalisz i nie będziesz się wtrącać... ale jeśli chcesz - zmarszczył brwi, ale w gdzieś tam w środku uśmiechnął się złośliwie - mogłabyś iść mi po te ubranie...? - spytał niewinnie.
- No... - zaczęła niepewnie - zaraz wracam - ruszyła w kierunku jego pokoju - bokserki też ci przynieść?
Nico przewrócił oczami.
- Nie, aż takim debilem, żeby ich nie ubrać nie jestem... tylko spodnie i koszulę - powiedział.
Uśmiechnęła się do niego i powiedziała:
- Poczekaj na mnie w moim pokoju - zmierzyła go wzrokiem - nie chcemy kolejnego skandalu.
- Tak, raczej nie... - Nico nagle zainteresował się swoimi stopami - mam się bać czy ty po prostu robisz sobie ze mnie jaja?
- Nie zgadłeś... - spojrzała na niego wzrokiem, który mógłby zabić - idę tylko po twoje ubrania, a ty poczekaj w pokoju...
Chłopak spojrzał dziwnie na Sadie.
- Z wami nigdy nie ma pewności... - powiedział.
- Faceci. Tak mało rozumieją - powiedziała zrezygnowana.
Nico po przemyśleniu tego wszedł do pokoju Sadie.
- Aby tylko nie chciała mnie zabić - mruknął.
W tym czasie Sadie udała się do pokoju Nico, lekko uchyliła drzwi przez szparę niestety nic nie zobaczyła. Pokój był pusty.
- Ten debil mnie wkręca - mruknęła do siebie zdenerwowana.
Weszła do pokoju, ostrożnie zamknęła drzwi. Gdy się odwróciła, Hera już za nią stała.
- Złotko, jak było fajnie w nocy... pamiętasz...? - spytała królowa bogów.
- Niekoniecznie... Nie, nie przypominam sobie. - zdrętwiały jej palce.- Co tu się niby działo?
- Coś, czemu z pewnością byłaś przeciwna - odpowiedziała. - Czysta rozkosz. Nigdy nie byłam w trójkącie pomiędzy Egipcjanką i herosem...
- Ja nie mogę. Łżesz ... - powiedziała już mniej pewnym tonem. - Kurwa. Byłam pewna, że to twoja. - Złapała się za brzuch, jakby miała zwymiotować. Po policzku popłynęła jej słona łza. - Powiedz, że kłamiesz ... Że to... Nie prawda... Że... My.. Nie...
Osunęła się na kolana i zaczęła płakać.
- Och, nic się nie stało. Byliście upici tak, że nic nie działo się długo - powiedziała marszcząc brwi. - Tak przynajmniej myślę...
Podbiegła do szafy Nica. Wzięła pierwsze-lepsze ciuchy i wybiegła.
Nico siedział w pokoju Sadie. Kiedy ona sama wbiegła do pomieszczenia.
- Jak mogłeś mi to zrobić? - rzuciła mu ubraniami w twarz
- Co? - spytał zdezorientowany. - Co się stało...?
- Ty wie... - rozpłakała się
- Sadie? Co się dzieje, ty ryczysz? - posłał dziewczynie dziwne spojrzenie. - Co ta Hera...?
- NIE... MY... ZNACZY... TAK!
- Wszystko w porządku? - upewnił się. - To dziwne, coś z Anubisem...?
- Tak... Wszystko w porządku... Tylko, że nie widzisz, że ryczę?! Weź już się ubierz i się nie odzywaj.
- Dobra, już dobra - Nico ubrał się i już miał wyjść z pokoju, gdy pojawiła się Hera.
- Apollo stwierdził, że Sadie zaszła - ogłosiła.
- Nie, to niemożliwe... Powiedzcie, że kłamiecie... - krzyknęła zszokowana i zrozpaczona.
- Ja nie wiem nic na ten temat! - zawołał Nico unosząc ręce do góry.
- Na prawdę? Nic o tym nie wiesz?
- Pamiętam tylko imprezę, nic więcej... - odpowiedział.
- Dzieci, tak się kończy zapominanie o gumkach - wcięła się Hera.
- Jak mogłeś zapomnieć ? - zapytała Sadie z wyrzutem.
- Ej, ale ja nic takiego nie planowałem!
- A myślisz, że ja planowałam?
- Nie... Ale jak się przydarzyło to będę o tym pamiętać... W ogóle, o co z tą ciążą chodzi?
Sadie wzięła głęboki oddech.
- Z opowieści Hery dowiedziałam się, że ja, ty, ona - wzięła następny wdech - No... muszę to mówić? Domyśl się, tępoto.
- Trójkąt? - domyślił się Nico. Na samą myśl o tym chciał zwymiotować.
- No... No... Musiałeś to mówić? Powaga? - mruknęła przez łzy.
- Powiedzmy, że powinienem się tego dowiedzieć - posłał zabójcze spojrzenie Herze.
- No co? Spieprzyłeś, więc nie zdążyłam ci tego powiedzieć - broniła się bogini.
- Aż ręce opadają...
Nagle do pokoju wszedł Carter.
- Co tu się dzieje?! Słychać was nawet z dwóch kilometrów! - zawołał.
- Nic, nic - skłamała okrywając łzy.
- Och proszę cię... - westchnęła bogini. - Takich rzeczy nie ukryjesz przed nim...
- Takich znaczy jakich? O czym mówisz, Hero? - westchnęła. - Naprawdę, nie rozumiem...
- Och, nie ma co tu kryć - odpowiedziała Hera. - Powiedz swojemu bratu, że byłaś w trójkącie, no powiedz... Kane, twoja siostra zapomniała o zabezpieczeniach... - królowa bogów przewróciła oczami. - Będziesz wujkiem.
Carter zbladł.
- Sadie, co ona mówi? Jak, co, gdzie? Jaka trójka - zapytał.
- Och, Magu, proszę cię... - powiedziała Hera. - Nasza Sadie jest w ciąży...
- Musiałaś?! - zapytała, wściekła.
- Ona mówi prawdę? - powiedział, stawiając pytajnik na końcu zdania. - Sadie powiedz, że ona kłamie... Jak, z kim, gdzie, kiedy, co? - rzucił ostrzegawcze spojrzenie w kierunku Nico.
- Kochana, prędzej czy później byłoby widać... - powiedziała bogini. - Tacy młodzi jeszcze, a już...
- Zamknij się już, dobra? - zacisnęła dłonie w pięści. - Wolałabym, żeby dowiedział się później.
- A wać panna wyjaśni może, dlaczego? - Hera ziewnęła. - Trzeba było się zabezpieczać...
- Ja nic, do cholery, nie pamiętam! - krzyknęła. - Nico więcej niż ja pamięta, bo ja sobie nawet imprezy nie przypominam...
- Pigułka gwałtu - Carter skinął głową. - Mogłem się domyślić...
- Dobra ludzie... zbiorowe myślenie... i podstawowe pytanie. Co teraz będzie?
- Jakieś pomysły, Nico? - zwrócił się Carter do syna Hadesa.
- No, mroczny panie, czekamy - ponagliła go Sadie.
- Eee... Hera, masz jakiś pomysł? - Nico natomiast zapytał boginię.
- A co tu takiego trudnego...? Najpierw brzuszek - dziecko będzie rosło. Potem będzie poród i alimenty - wzruszyła ramionami królowa bogów.
- Ta... to takie proste... - powiedziała z rozmarzeniem Sadie - szkoda, że tylko w bajkach...
Nagle do pokoju wszedł Leo, który już od jakiegoś czasu podsłuchiwał.
- Aborcja! - krzyknął.
- Pogięło Cię - krzyknęła Sadie. - To tak samo, jakbym ja kazała, nie wiem... zabić Ci celowo Buforda...

12.23.2014

Czar Świąt 3/3 [Tratie, Chrisse, ConnorxOlivia]

Śnieg padał na ulicę małej dzielnicy na obrzeżach Nowego Jorku, gdzie mieszkał Travis razem z Katie. Tym razem to im przypadła organizacja świąt. Jak zawsze na obchodach święta był obecny Connor ze swoją narzeczoną i dwuletnim synem, a także Chris z Clarisse.
         Chris wyciągnął z lodówki trzy puszki piwa - dla siebie, Connora i Travisa. Po drodze do brata spojrzał na żonę, która trzymała na kolanach ośmiomiesięcznego Aleca. Wyglądała na bardziej złą, niż zazwyczaj.
 — Kto pozwolił twoim bratom rozmnażać się? Są jak zaraza — zapytała kpiąco. Jej mąż zaśmiał się, ale po chwili wzruszył ramionami.
 — Nie wiem i nie mam nic przeciwko temu — zażartował. Rzeczywiście, Chris lubił dzieci Travisa i Connora, byli dwójką małych, wesołych chłopców mających już we krwi wpadanie w kłopoty. Mieli aż za dużo w sobie swoich ojców, jak zauważyła Clarisse.
Kobieta spochmurniała jeszcze bardziej, a potem wygłosiła niemiłą uwagę.
 — Wiesz, co się dzieje, gdy córka Hekate ma dziecko z synem Hermesa? Jest złośliwy, magiczny dwulatek.
 — Co ci przeszkadza w Johnnym? — Zapytał Chris, beztrosko i nie interesując się tym naprawdę.
Zegar pomału wybijał dziewiątą, a małżeństwo było w domu swoich przyjaciół od samego rana. Zaczęli się zastanawiać nad zostaniem na noc. Mieli już o tym porozmawiać z Travisem i Katie, kiedy...
nie spodziewali się zobaczyć Aleca z burzą różowych włosów.
Chris wziął głęboki oddech i powiedział:
 — Jestem pewien, że 'Livia temu zaradzi.
 — Syn twojego brata jest demonem.
 — Johnny jet małym dzieckiem, czar nie może być szkodliwy. Spokojnie — położył jej dłoń na ramieniu, żeby ją uspokoić. Clarisse założyła na głowę malca czapkę, żeby zakryć różany kolor.
 — Gdzie jest Kathrine?! — Krzyknęła Katie w drzwiach, z tacą pełną pierników i w haftowanym fartuchu. Rozglądnęła się z pięcioletnią córką Clarisse i Chris.
 — Myślałam... że jest z tobą.
 — Była, ale... straciłam ją z oczu — wytłumaczyła zaniepokojona Katie, widząc ich zdziwione miny. Tymczasem Kathy najwyraźniej świetnie się bawiła w sąsiednim pokoju, udając, że ubrana w kolorowe bombki i łańcuchy świąteczna choinka jest zabójczym  i krwiożerczym potworem.
 — Giń, wstrętna szumowino! — Wrzasnęła, ściągając jedną z choinkowych ozdób i z zamiarem rzucenia w drzewko bożonarodzeniowe, cisnęła barwną bombką w ścianę. Potem rozległ się tupot małych stóp.
 — No proszę, znalazła się — Chris uśmiechnął się. Katie nie było do śmiechu, nie uśmiechało jej się na myśl, że będzie musiała sprzątnąć roztrzaskane szkło. Mężczyzna jednak dalej się szczerzył, kiedy wziął trzy piwa i razem z Katie ruszył do salonu, a wkrótce potem Clarisse też wstała od stolika nie chcąc przesiedzieć świąt samotnie. W końcu mały Alec nie był najlepszym towarzyszem.
   Usiadła na kanapie, obok Katie, która położyła jeszcze ciepłe ciasteczka na przystrojonym stole i zaczęła opowiadać Świąteczną Historię dzieciakom. Nie dało się zaprzeczyć, ta dziewczyna potrafiła zachwycić każdego, który chociaż na chwilę wsłuchał się w jej opowieść - opowiadała niebywałą historię o Świętym Mikołaju wchodzącym ukradkiem do domu przez komin i zostawiającym prezenty pod choinką i w specjalnych skarpetach, nieśpiących dzieciach...
 — Mamo, jak wchodzi do nas Mikołaj? Przecież nie mamy komina... — zauważył nagle, ale z resztą całkiem trafnie Alan. Katie się zmieszała, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Kathrine zrobiła przemądrzałą minę.
 — Głuptasie, przecież nie ma Świętego Mikołaja. Prezenty zostawiają nam rodzice.
Katie posłała Clarisse zdumione spojrzenie, ale ona także była zdziwiona.
Dwuletni Johnny nie bardzo jeszcze wszystko rozumiał, ale ton jakim powiedziała Kathy doprowadziła go na skraj histerii. Prawie sześcioletni Alan spojrzał na dziewczynkę wzrokiem typu "ja to chciałem powiedzieć, wredna mądralo".
 — Katie, gdzie jest Olivia? — Zapytała Clarisse, przyglądając się Johnny'emu.
 — Nie mam pojęcia, ale ona i Travis mają za dużo relaksu — stwierdziła, wzruszając ramionami.
 — Widzieliście Connora? — Zapytał Chris, trzymając piwo.
 — Został wciągnięty do apokalipsy zombie-kosmito-wampirów — odpowiedziała Katie, spoglądając na ekran telewizora na którym Connor właśnie włączył film katastroficzny.
 — Zgaduję, że to jakaś ważna sprawa.
Nagle pojawiła się Oliwia. Drobna blondynka opadła na sofę, wyczerpana i chwytając się za głowę.
 — Przysłali cię zombie-kosmito-wampiry? — Zażartowała Clarisse, wyciągając Alecowi rączkę z buzi.
 — Nie, porwali mnie, ale uciekłam, bo chcieli mnie zabić — odpowiedziała z powagą 'Livia. To już była inna całkiem historia, a narzeczona Connora wcale sobie tego wszystkiego nie wymyśliła.
 — Dobrze, że jesteś. Mogłabyś przywrócić normalne włosy Alecowi — powiedziała Clarisse, ściągając z głowy jej malucha kapelusz i odsłaniając bujne, różane włosy.
Olivia ledwo powstrzymała się od śmiechu.
 — Jak zgaduję, to robota Johnny'ego?
Clarisse przytaknęła, wyraźnie zirytowana. Olivia zdawała się aż pękać z dumy za jej syna.
 — Nie martw się, to bardzo proste zaklęcie. Prawdopodobnie nie będzie żadnych skutków ubocznych oprócz trwałego uszkodzenia mózgu.
 — Co?!
 — Żartuję! — 'Livia zaniosła się śmiechem. Clarisse spojrzała spode łba na rozmówczynię.
 — Cha, cha, cha — parsknęła kpiąco.
 — Mogą mu się tylko ewentualnie przerzedzić trochę włosy, ale przecież odrosną — machnęła ręką nad głową dziecka, chichocząc pod nosem. Włosy Aleca z różowego, znów stały się ciemnobrązowe. Chłopiec spojrzał po wszystkich twarzach swoimi rozmarzonymi, piwnymi oczami. Już jutro nie będzie nic pamiętać. — Proszę bardzo.
"Ciotka" 'Livia uśmiechnęła się.
Po raz pierwszy tego dnia, Clarisse poczuła, jak opadają jej powieki. Przytuliła do siebie Aleca, chcąc skłonić synka do snu.
         Alec już prawie zasnął, kiedy zjawił się Idiota Numer Jeden i Idiota Numer Dwa, którzy wpadli na cudowną myśl i wyszli z domu na podwórko, żeby rozegrać bitwę na śnieżki. Krzyk Aleca nie został zauważony przez braci, którzy przekrzykiwali się przez siebie i wpadli na drzwi, wychodząc.
 — Jesteś innym facetem, Travis. Wygram! — Krzyknął Connor, wpadając w zaspę śnieżną. Nie miał na sobie nic prócz głupiego swetra zdobionego w świątecznym stylu, dżinów i skarpetek. Nie bardzo miał pojęcie, co stało się z jego butami...
Travis znajdował się w bardzo podobnym położeniu, ale nie wydawał się tym przejmować.
Dwaj bracia zamiast się zniechęcać, wciąż się nakręcali w obrzucali się nawzajem kulkami. Do czasu, kiedy Travis się przewrócił. Zwycięzca pojedynku stanął nad nim chcąc go "dobić", a wtedy starszy Stoll podniósł ręce w górę w geście poddania. Connor jednak nie odebrał sobie takiego zaszczytu, podniósł śnieżną kulkę, wycelował w brata i...
          — Dlaczego ja nie mogę iść? — Zapytała niezadowolona Kathy, stojąc na kanapie i spoglądać przez okno na bitwę na śnieżki swoich wujków. — Zobaczcie!
 — Co? — Zapytał Alan, ale zaraz zobaczył o co jej chodziło. — Pierwsza Gwiazdka!
Na  ciemnym nocnym niebie zaświeciła właśnie pierwsza gwiazda. Wywołała furorę wśród dzieci, które zaraz zaczęły lamentować. Nawet nie umiejący jeszcze mówić Johnny przyłączył się jakoś do dyskusji.
Katie uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona. Jej szczęście nie trwało długo. Rozległ się huk, słyszany w całym domu. Trzasnęło szkło. Nawet dzieciaki ucichły, zdumione.
 — Mamo, wujek Chris przewrócił choinkę!

12.22.2014

Czar Świąt 2/3 [Leyna]

Leo szczerze nienawidził zimy.
Darzył nienawiścią cały ten chłód, który ogarniał wtedy świat.
On nie znosił, gdy wełniany szalik wbijał mu się w szyję.
Nikt tak naprawdę nie rozumiał, dlaczego Leo tak bardzo znienawidził właśnie tej pory roku.
 Irytowało go, że nie może brać udziału w pojedynkach na śnieżki, bo każda kulka topiła się w jego dłoniach, bałwany roztapiały się, gdy się koło nich pojawił, nie mówiąc już o ich robieniu. Kompletna porażka.
Mógł się tylko przyglądać, jak wszyscy inni świetnie się bawią podczas śnieżnych dni.
On jednak nie na to patrzeć, obawiając się, że poczuje z tego powodu przygnębiony. Dlatego właśnie postanowił: zacznie nienawidzić zimę.
Zaczął wmawiać sobie, że to nic innego jak chłód i nic przyjemnego.
Gdy z nieba spadały płatki śniegu, on, zamiast entuzjazmować się tym jak wszystkie inne dzieciaki, tylko narzekał, że znowu będzie trzeba odśnieżyć podjazd do domu.
Jedyne, co ubóstwiał w tej zimnej porze roku - gorąca czekolada. Dzięki niej przesiadywanie w jednym pokoju z rodziną zastępczą nie było nawet takie złe.
Jego zdaniem ten ciepły napój był prawdziwym cudem na ziemi, kiedy wokół było tak chłodno.
Jego nastawienie do zimy nie zmieniło się nawet po latach, kiedy był w Obozie Półkrwi, gdzie tylko na szczęście nie było jej co roku.
Jeśli już Pan D. postanowił wpuścić śnieg do Obozu, wtedy on chował się w głąb Bunkra 9 i pracował nad swoimi nowymi maszynami.
Wychodził z niego naprawdę rzadko i szybko wracał, narzekając pod nosem, to że nie odśnieżone, to że młodsze dzieci nabawią się kataru, bo ich starsze rodzeństwo nie dba o to, żeby byli odpowiednio ubrani. Narzekał nawet na to, że jest cały mokry, gdy wszedł do ciepłego pomieszczenia...
        — Co robisz, Valdez? — Leo był naprawdę zaskoczony, gdy ktoś pojawił się za jego plecami.
 — Rey-Rey? — Zapytał.
Reyna przewróciła teatralnie oczami.
 — Po pierwsze, nie jestem Rey-Rey, a po drugie... kogo się innego spodziewałeś?
Leo wzruszył ramionami. Niby jakby nigdy nic, powrócił do swojego wcześniejszego zajęcia.
Była pretorka od czasu do czasu przychodziła sprawdzić, czy nie zamierza niczego wysadzić, lub zrobić coś podobnego. Mimo prawie pięciu lat od czasu, gdy zbombardował Obóz Jupiter, Reyna dalej żywiła do niego z tego powodu jakąś niechęć.
 — Co tam kombinujesz? — Dziewczyna spojrzała mu przez ramię. Valdez niechętnie się odsunął.
 — To nic ważnego, to po prostu coś dla Jasona — wyjaśnił nieszczerze, nie zdradzając, że to miał być prezent świąteczny właśnie dla niej. Reyna przez pewien czas nic nie mówiła, ale gdy się odezwała, zapytała:
 — Dlaczego siedzisz tutaj, zamiast być z innymi?
Leo spojrzał na nią tak, jakby powinna znać odpowiedź na swoje pytanie.
 — Po co mam marnować na nich czas? — Rzucił obojętnie, ale w duchu był wyraźnie zły. Delikatny temat. Usiadł na zimnej podłodze, odkładając na bok klucz francuski.
 — Jest chłodno — ciągnęła Rey, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Leon prychnął.
 — O co ci chodzi?
 — Masz ochotę na gorącą czekoladę? — Zasugerowała pogodnie. Dwudziestolatek zmierzył dziewczynę wzrokiem. Tak, trzymała dwa kubki. Pełne smacznej, gorącej czekolady. Leo także uśmiechnął się trochę, a Reyna podała mu jeden z garnuszków.
 — Dziękuję, Reina.
          — Wiesz, co Valdez? — Zapytała kobieta z uśmiechem. Prawdziwym uśmiechem, nie przymuszonym. Takim... czułym.
 — Hmm... co?
 — Nikt nie powinien zostawać w święta sam.
 — Masz rację — na twarzy Leo także zalśnił uśmiech.
 Chociaż to było święto śmiertelników, nikt w czasie tych trzech dni nie powinien być samotny.

12.21.2014

Czar Świąt 1/3 [Charlena]

 — Silena chodź, bo się spóźnimy! — Krzyknął Beckendorf przez drzwi łazienki do swojej dziewczyny.
 — Jeszcze tylko minutka! — Zawołała.
Ta "minutka" trwała jakieś półgodziny. Charles westchnął i usiadł na łóżku, biorąc do rąk jakiś miedziany drut leżący na szafce nocnej i bawiąc się nim. W ten sposób uformował go w formę świątecznej choinki.
Mogę spróbować dorobić światełka, albo diody, tylko...
     Jego zastanowienia przerwała Silena otwierająca drzwi toalety i pokazująca się w mocno czerwonej sukience, którą nazywała "Bożonarodzeniową". Długie rękawy i wysoki kołnierz, oraz odpowiednia długość, czyli nie wyzywającą, ale odkrywającą świetne nogi. Silena z dodatkowo idealnie dopracowanym makijażem i promiennym uśmiechem niewątpliwie wyglądała pięknie.
 — Wyglądasz... — zaczął oniemiały Beckendorf, ale uśmiech jego dziewczyny zbladł.
 — Nie chcę być niegrzeczna, ale mam zdjęcia z ostatnich świąt, na których masz ten sam sweter — powiedziała dziewczyna. Charles spojrzał na swój pulower. Był już trochę wyblakły, ale nadal czerwony z pasem małych, białych reniferów. Nie był pierwszej nowości, ale Silena w zeszłym roku nie miała nic przeciwko temu, żeby miał go na sobie.
 — To mój świąteczny sweter, skoro ty masz świąteczną sukienkę — bronił się, trochę urażony.
 — Charlie — powiedziała Silena, siadając obok Beckendorfa. — To pierwszy weekend z moim ojcem. Nie chcesz zrobić dobrego wrażenia?
 — Chcę, ale co jest nie tak w moim swetrze? Nie ma dużego znaczenia. Znam twojego ojca od dawna, a poza tym, wychodziłem z tobą w dużo gorszych rzeczach — zauważył chłopak, właściwie już mężczyzna.
 — To po to, żeby było wygodnie i wiedziałam, że masz tendencję do brudzenia się. Ale teraz jest inaczej. Możesz po prostu poszukać czegoś innego? Proszę, dla mnie — jej wielkie, niebieskie oczy były tysiąc razy bardziej efektowne niż Czaromowa.
 — Dobrze, ale zrobię to tylko dla ciebie — Charles wstał i podszedł do kredensu, a Silena się mu przyglądała.
Przeszukał kilka szuflad, aż w końcu wyciągnął pomarszczoną piłkę, która powinna być koszulą. Ściągnął swój sweter i zamiast niego założył białą koszulę, zapinając ją odwrócił się do dziewczyny.
 — Wyglądasz lepiej, ale przydałoby się wyprasować... — skomentowała.
 — Możesz do zrobić? — Zapytał Beckendorf.
 — Niby dlaczego? Jestem kobietą, która lubi sukienki. Nie jestem jeszcze niczyją żoną, więc nie bawię się w stereotypy.
Chłopak Sileny tylko się zaśmiał.
 — Nie umiem prasować.
      Ciemnowłosa spojrzała pytająco. Czyżby wielka tajemnica "dlaczego wszystkie ubrania Charliego są pozwijane?" została rozwiązana?
 — Masz dostać stypendium na NYU, a nie wiesz, jak się prasuje?
 — Tak, a co? — Beckendorf nagle poczuł się straszne głupio, a na jego policzkach pojawił się rumieniec wstydu.
Silena poczuła się trochę źle z powodu, że go drażniła.
 — Wiesz — powiedziała, pochylając się, żeby podnieść sweter z podłogi — rzeczywiście jest całkiem ładny. Możesz założyć go z powrotem.
Uśmiechnęła się do niego i wręczyła mu sweter. On pochylił się, żeby ją pocałować, pomóc wstać, aby spotkać się z jej ustami. Obrócił ją wokół, tak, że biedna Silena wylądowała na łóżku ze śmiechem.
Beckendorf znowu założył swój "Świąteczny sweter".
     — Chodź, Ślicznotko — zawołał, wychodząc.
 — Charlie — dziewczyna pobiegła za nim, nie troszcząc się, że jej nowa fryzura zostanie na pewno zniszczona — a bagaże?

11.07.2014

05. Nico wyjawia całą prawdę o Podziemiu.

Osoby ubrane w puchową kurtkę w środku lata nigdy nie są normalne. Tym bardziej, jeśli mają przetłuszczone kruczoczarne włosy, worki pod oczami i przy pasie przytwierdzony długi miecz ze stygijskiego żelaza. I na dodatek nazywają się Nico di Angelo i są dziećmi Podziemia.

           To była naprawdę ciężka noc, ale chłopiec był do właśnie takich przyzwyczajony. Często budził się z krzykiem gdzieś około drugiej w nocy, a potem nie mógł już zasnąć. To było jak najbardziej naturalne w królestwie Hadesa.
Nico di Angelo tego ranka, a właściwie o bladym świcie, zawitał do Obozu Półkrwi. Nie śpieszyło mu się, ale mimo to miał kilka spraw do załatwienia na karku. Z resztą, gdyby ich nie miał, to nigdy nie pojawiałby się między ludźmi, nie zostając do tego zmuszony.
Teleportował się Cieniem tuż przed pole truskawkowe, co wymagało od niego sporego skupienia i energii, a następnie przeszedł między krzakami roślin mając skrytą nadzieję, że nagle nie pojawi się żadne rozwścieczone dziecko Demeter i nie oberwie mu się od niego.
Obejrzał się jeszcze za siebie, sprawdzając, czy nikt go nie widzi, jak przechodzi przez barierę ochronną Obozu. Jego oczom ukazał się kolejno Wielki Dom, a potem dwanaście domków - jak dwanaście olimpijczyków - ułożonych w al'a podkowę. Wszystkie światła były zgaszone, każdy heros musiał jeszcze smacznie spać w swoim ciepłym łóżku i śnić o różowych jednorożcach... bez żartów, musieli mieć niezłą męczarnie podczas snu, chociaż nie tak straszną jak syn Hadesa w Podziemiu.
Nico jeszcze raz rzucił okiem na Wielki Dom.
 - A jednak - mruknął z zadowoleniem.
Na dolnym piętrze tliło się jeszcze światło świecy, sądząc po jego natężeniu. Chejron i Dionizos jednak postanowili na niego poczekać.
* * *

  - Witaj, Nikodemie Alonsie - odezwał się Pan D. już w drzwiach. Nico po prostu puścił to mimo uszu.
Chejron, w swojej prawdziwej postaci, obdarzył go uśmiechem i wyciągnął do niego rękę.
 - Co się tak patrzysz spode łba? - Skomentował pogardliwie Bóg Wina, przyglądając się im z ,,bezpiecznej odległości" i sięgając po kolejną puszkę dietetycznej coli, leżącej na stoliku. Nico ponownie go zignorował, a sam Dionizos powiedział sobie w duchu: ten głupi śmiertelnik dowie się, że nie można mnie po prostu ignorować. O, tak.
 - O co chodzi, Chejronie? - Zapytał chłopiec, trochę ochrypniętym głosem który wskazywał na to, że spędził wiele dni na całkowitym odludziu.
Centaur natychmiast spoważniał, a na jego twarzy pojawiło się kilka zmarszczek.
 - Pan D. chciał, żebyś wyświadczył mu małą przysługę, skoro już jesteś. Potem powiem ci, po co cię wez...
 - Dobrze - odpowiedział Nico, ale gdy spoglądał kątem oka na Dionizosa, najchętniej w przeciągu pięciu sekund wyrzuciłby go przez najbliższe okno.
 - Weź ze sobą tego Perry'ego Johnsona - dodał jeszcze dyrektor obozu, nim Chejron skończył mówić.
 - Nazywa się Percy Jackson. 
 - Nieważne - prychnął pogardliwie w odpowiedzi Pan D. - zajrzyjcie do piwnicy, są tam pewne problemy...
Syn Hadesa posłał bogowi wina krytyczne spojrzenie, ale nie powiedział nic więcej, tylko obrócił się tyłem do głównodowodzących obozu i wyszedł z Wielkiego Domu, nawet nie oglądając się za siebie.

* * *

W Podziemiu nie było czegoś takiego jak ,,pukanie". Bo na cóż to tam komu?

           Nico otworzył drzwi trójki - domku Posejdona. Niedużego budynku o niebieskich ścianach, drzwiami i oknami przyozdobionymi muszlami.
 - P-Percy? Ann-nabeth?
Był zszokowany, nie bardzo wiedział, co powinien powiedzieć. W końcu nie codziennie widzi się obściskujących się herosów.
 - Och, cześć Nico - powiedział Percy, tonem który miał znaczyć, że wcale nie stało się nic dziwnego. Ani rujnującego psychikę.
Młodszy chłopak zauważył, że cała twarz córki Ateny oblała się szkarłatnym rumieńcem, kiedy próbowała przywrócić się do porządku dziennego.
 - Um... dzień dobry, Nico.
 - Percy, mam dla ciebie fuchę - oznajmił di Angelo, szukając Percym oznak jakiegokolwiek zainteresowania. On jednak tylko jęknął - Od Pana D.
 - Mamy wysprzątać mu tą norę, którą nazywa piwnicą?
 - Mniej więcej tak.
 - Dręczy mnie tym od tygodni. Dobra, może przeżyję.
Annabeth odchrząknęła, nieco urażona.
 - Halo, ziemia do Marsa. Jestem tu.
 - No tak, zapomniałem - mruknął Percy pod nosem, ale nie odważył się powiedzieć tego głośniej. Czuł, że miałby przez to do końca życia problemy z Annabeth. Ona tak szybko nie zapomina.

* * *

Jeszcze nawet nie dotknęli pierwszego stopnia wąskich i niepewnych schodów prowadzących do piwnicy Wielkiego Domu, gdy Percy jęknął:
- Fuj. Co on tam trzyma? Giganta w potrawce?
Rzeczywiście, zapach unoszący się z dołu nie należał do najprzyjemniejszych dla nosa.
Na dole było jeszcze gorzej - nie było podłogi, tylko tak jak ściany była zrobiona z ziemi, więc prócz wilgoci był grzyb, który znalazł sobie idealne siedlisko w stercie szmat leżących w kącie. 
Na dodatek, panowały wręcz egipskie ciemności. Plus, było bardzo, bardzo duszno. 
 - Śmierdzi tu jak spod pach Tysona - skomentował syn Posejdona, zakrywając nos dłonią, by chociaż trochę złagodzić swoje cierpienie. 
 - Ja bym to inaczej porównał - odezwał się Nico, po chwili ciszy. - Śmierdzi tu jak gacie Hadesa.
Starzy chłopak zrobił zdziwioną minę, która wyglądała dosyć śmiesznie w nikłym świetle.
 - Co?
 - Mówię ci, tak szczerze. W Podziemiu są wszędzie, na żyrandolach, na podłodze, kanapie... nawet w moich najgorszych koszmarach.
Percy jeszcze przez naprawdę długi czas przeklinał się, że sobie to wyobraził - wizja nie należała do najprzyjemniejszych. Syn Posejdona nie bardzo wiedział, czy na się śmiać, czy płakać. A może bać?
Nie mniej współczuł tym wszystkim duszom, które musiały to sprzątać. Co jest gorsze: być częścią bielizny Hadesa czy ją sprzątać?

* * *

Córka Ateny wbiegła - a właściwie wleciała, albo wpadła - do domku Posejdona. Było już późne popołudnie; Percy zdążył pożegnać się z Nico, który wrócił do Chejrona, a Annabeth zdążyła wsadzić z powrotem nos w książki.
- Patrz! - Oznajmiła triumfalnie Annabeth, podstawiając chłopakowi przed nos kartę z jakiegoś notesu.
- Eee?
Blondynka zaraz przestała, a zamiast tego zaczęła odczytywać tekst notatki, od czasu do czasu zerkając na Percy'ego, czy jej słucha.
Zapiska wypadła z którejś z ksiąg biblioteczki dzieci Ateny, i Annabeth nawet nie miała pojęcia, z której.
Nie wyglądała na bardzo starą - kartka wyglądała na wyrwaną pośpiesznie z zeszytu, ale jej tektura była podobna do tych z lat osiemdziesiątych.
,,Sądzę, że nie jestem ostatnim, ale też nie pierwszym. Jeśli mi się uda, to tobie też powinno. JEGO miecz nazywa się jak najgorętsza pora roku. Nie mogę napisać jego nazwy - jeśli jesteś półbogiem to wiesz, że imiona mają MOC. 
Pytaj dzieci Demeter o historię Reed. Są tam wskazówki co do położenia Miecza. Powodzenia półbogu!"
- Nie dużo - ogłosił trochę zawiedziony syn Posejdona, zastanawiając się jednocześnie, czy misja tego herosa się powiodła i kim był. Bo przecież musiał już nie żyć. Trzydzieści lat to stanowczo za dużo jak na półbogów, chyba, że po dwudziestce się mniej śmierdzi.
- Zawsze coś - odparła Annabeth, przyglądając się karce tak uważnie, jakby poszukiwała dodatkowych treści.
- Mamy teraz najgorętszą porę, czyli lato. A więc, to musi być Miecz La...
- Ci!
- Ano, tak - mruknął zielonooki, mając nadzieję, że na jego twarzy nie pokazał się chociaż najmniejszy rumieniec.
- Musimy udać się do domku Demeter i popytać. Ci starsi powinni znać tą całą historię, jeśli taka w ogóle istnieje...

* * *

- Więc nic nie wiecie? - Annabeth przyjrzała się bacznie Katie, jednej ze starszych i wyższych w hierarchii domku bogini plonów. Córka Demeter spojrzała wymownie na swoją siostrę, ale ona także potrząsnęła przecząco głową.
- Może Zaac coś wie, on się w takich sprawach orientuje - powiedziała tonem, po którym dało się zauważyć, że obawiała się, że piśnie o słówko za dużo. - Hej, Rogerson!
Percy przyglądał się, jak z cienia budynku wychodził niespecjalnie wysoki, ale szczupły chłopak o przydługich kasztanowych włosach i bursztynowo-zielonych oczach, oraz wydatnych kościach policzkowych. Na orlim nosie widniały kanciaste, czarne okulary.
- O co chodzi? - Zapytał potulnym głosem.
- Pytają o Reed. Wiesz coś o na ten temat?
- Reed, Reed... - zastanawiał się. Już miał coś powiedzieć, ale pod wpływem zabójczych spojrzeń dziewczyn, trzymał język za zębami. Po chwili potrząsnął głową z żalem, że nie może pomóc. - Nie, nie bardzo teraz kojarzę. Poza tym, śpieszę się. Do zobaczenia!
Jeszcze nim odszedł, poprawił okulary, a Percy dostrzegł w tym momencie w jego oczach blask, po którym wnioskował, że chłopak jeszcze wróci im pomóc. Ale tym razem nie będzie zwracał uwagi na swoje przyrodnie siostry.
- No więc, dziękujemy - ogłosiła bardzo oficjalnym głosem Annabeth, że nawet ona nie usłyszała w nim ani cienia niezadowolenia, który jej uparcie towarzyszył.
    Para półbogów oddaliła się od nich, by móc porozmawiać w spokoju i nie bać się, że ktoś ich podsłucha. Zazwyczaj w centrum Obozu trudno o ciszę nawet w godzinach popołudniowych, a na dodatek panuje tam dosyć często niezły tłok. Głównym punktem była fontanna położona w samym środku ,,podkówki" ułożonej z dwunastu domków - miejscem, gdzie herosi najchętniej skupiali się w gorące dni, by zamoczyć nogi, ręce w chłodnej wodzie. Ale w zaistniałej sytuacji nawet dzieci bogów bały się wychodzić z domków, a w nocy zamykali drzwi na klucz, a okna były wręcz zabite deskami. Mało kto odważał się wychylać głowę, więc po ścieżkach błąkali się praktycznie tylko grupowi i starsi, bardziej doświadczeni od nowych.
- Kombinują coś - zasugerowała jasnowłosa dziewczyna. Percy przewrócił oczami.
- Amerykę odkryłaś... ten cały Zaac nam pomoże. Mówię ci - zapewnił ją syn Posejdona, biorąc Annabeth pod ramię, która nie zdążyła zaprotestować. 
 - Za bardzo ufasz ludziom, Glonomóżdżku - mruknęła z niezadowoleniem blondynka, przyglądając mu się kątem oka i szukając na jego twarzy jakiejś oznaki, że zwrócił na nią uwagę. Najwyraźniej nie.
   - Hej, ludzie! - Zawołał parkę ktoś w stylu zaczepek synów Hermesa, ale nie spodziewali się, że wykrzyknął to ktoś całkiem inny. I że wcale nie ma ochoty opowiedzieć mi kolejnego dennego dowcipu z cyklu "Puk, puk".
 - A nie mówiłem? - Zapytał rozradowany Percy, widząc grymas, który pojawił się na twarzy Annabeth. Najwyraźniej była zła, że tym razem nie jej przypadło wypowiedzieć te słowa.
 - Miałeś po prostu farta - wyjaśniła niecierpliwie córka Ateny, przypominając chłopakowi wszystkie wredne nauczycielki matematyki, które mówiły do niego parszywie słodkim głosem "Znowu nie masz zadania domowego, Jackson?".
 - Zbrojownia. Jutro. Szesnasta - rzucił przebiegający okularnik, nie patrząc wcale na dwójkę półbogów przy fontannie.
 - Nie wysilił się - stwierdził Percy, nie zdając sobie sprawy, że praktycznie to samo pomyślała Annabeth. Tyle, że ona sformowałaby to inaczej "Zwęził zdania, oszczędzając sobie język.".

* * *

Była już późna godzina, kiedy dziewczyna wróciła do swojego domku. Zaraz przed gaszeniem świateł, dlatego tuż za progiem, kiedy zaczęła opanowywać sytuację.
 - Malcolm, w Wielkim Domu jest żelazko? - Zapytała Annabeth przyrodniego brata ni z gruszki, ni z pietruszki. Syn Ateny z początku był z lekka zdziwiony, ale za chwilę załapał, o co jej chodziło. W końcu był synem swojej matki, bogini mądrości i strategii.
 - Chcesz sprawdzić, czy nie ma gdzieś ukrytej wiadomości sokiem cytrynowym?
 Ałć. Jestem za bardzo przewidywalna - pomyślała z rozdrażnieniem jasnowłosa dziewczyna, przytakując wymownie głową i jednoczenie zastanawiając się, jak następnym razem podejść brata, żeby się niczego nie domyślił.
 - Stara dobra sztuczka... no cóż, zdaje mi się, że tak. Bo czym harpie prasują nasze koszulki? Rozżarzonym głazem wulkanicznym?
 - Yyy... nigdy się nad tym nie zastanawiałam - wyznała zakłopotana.
 - Ja do teraz też nie bardzo.
 Chwilę później Annabeth krzyknęła na cały damek, sama podchodząc do gniazdka:
 - Gasić światła, raz dwa!
Dzieciom bogini mądrości nie trzeba było powtarzać tego drugi raz. Każdy rozsądny półbóg na pewno nie chciałby rozzłościć grupowej domku Ateny, która wciekła równała się nawet z Clarisse La Rue, przewodniczącą domku numer pięć.


W OBOZIE RZYMIAN
Rudowłosa dziewczyna przez cały czas była pod ogromnym wrażeniem architektury miasta, chociaż nie była jej takim znawcą, jak jej przyjaciółka - Annabeth. Ona zapewne tylko stałaby i cieszyła oczy tym widokiem. 
Tak, i to ze szczęką przy samej ziemi - dodała w myślach żartobliwie Rachel, swobodnie przechadzając się po ulicy głównej i nie przejmując się dziwnymi spojrzeniami, które padały na nią z każdej strony. 
Mimo, że wyglądała na wesołą i chętną do zabawy dwadzieścia cztery godziny na dobę, była mentalnie w swoim miejscu. Obozie Herosów.
 - A więc... mówiłeś coś? - zapytała towarzysza, który zdawał się coś jej mówić, ale dziewczyna prawie w ogóle ich nie słyszała. 
 - Tak - odpowiedział chłodno Oktawian. - Mówiłem, że jesteśmy w stanie ,,złożyć" Nowy Rzym i nawet w ciągu jednego dnia ,,rozłożyć" go w innym miejscu... 
 - Jak dmuchany zamek?
- Co? - Jasnowłosy przewrócił oczami. - Gdybyś słuchała, wiedziałabyś o co mi chodzi. 
Wyrocznia Obozu Herosów zdmuchnęła jeden kosmyk rdzawo-rudych włosów spadający jej na oczy i ułożyła ręce na biodrach. 
 - Ach tak?
 - Tak. 
 - Zepsułeś cały system! 
 - Co? - Oktawian był trochę zdziwiony, że Rachel nagle wybuchnęła śmiechem. 
 - To był świetny plan... - wydusiła dziewczyna, przez łzy. Oczywiście, to były łzy ze śmiechu. 
 - Rachel... - powiedział przyciszonym głosem, nadal trochę otumaniony chłopak, zginając się w pół - ludzie się na nas patrzą. 
 - Niech się patrzą do woli. Nikt im tego nie zabroni.
________________________________________________________
,,Dopisek" z CJ był całkowitym szaleństwem - zaczynając pisać ten rozdział nie planowałam go, ale potem stwierdziłam, ale coś takiego się przyda. Tak na rozluźnienie! 
Czekam na komentarze. Wiecie, są dla mnie ważne.
Ten rozdział było mi niebywale trudno napisać - złamałam prawą rękę, ostatnio także wybiłam palec w lewej, więc praktycznie dwie ręce zabandażowane. W szkole też mam masakrę z tego powodu...
Zaac'a możecie kojarzyć z moich ,,Odmieńców", gdzieś się tam przewinął przez akcję jako "chłopak przyrodniej siostry Lucasa". Ta, do postaci, które kiedyś stworzyłam mam wieeelkiii sentyment. Dlatego sądzę, że może się tu pojawić także samolubna i gadatliwa Hope Sering *jej nazwisko wcale nie kojarzy się z serem! To połączenie czegoś tam, ale teraz już nie pamiętam! Mam ADHD, ej!*, wesoła Carmen, marudny Dylan i inni herosi z domku Apolla. Może reszta też... 
Co powiecie, na jakąś jednoczęściową opowieść o mnie i was? Tak, z chętnych osób zrobię herosów... Dziś piątek, długiego weekendu początek, nie? *Nie czuję kiedy rymuję, taki los córy Apolla!*  

Ej, co do tego jednopartowca (może kilku, ale to zależy od was). 
Chętnych herosów proszę o podanie fikcyjnego imienia i nazwiska, boskiego rodzica, w skrócie wygląd i stronę. Wiecie, Olimp/Kronos. Najlepiej w punktach, to strasznie pomoże i nie będę musiała do Ciebie pukać.

11.03.2014

Czasami są takie chwile... 
    Ona słabo puka do moich drzwi w środku nocy. Słyszę jej cichy szloch nawet przez dzielącą nas przestrzeń. 
Pozwalam jej wejść, a ona pozostaje w moich ramionach przez całą noc. Budzimy się rano i ona całuje mnie delikatnie i mówi, że jest jej przykro. 
Mówię jej, że wszystko jest w porządku. 
Nie jest.

Bo czasami są takie chwile...
    Idę obudzić ją rano na śniadanie i pukam do jej drzwi, ale nikt nie odpowiada. Więc otwieram je, a ja już wiem, że nikogo tam nie znajdę. To nie znaczy, że to boli mniej, kiedy wiem, że nie ma jej w łóżku, nie mając pojęcia, gdzie jest. 
Nawet Chester, który zbytnio się nią nie interesuje, wie, gdzie ona poszła, a ja nie wiem nic. 
To boli, że nie powiedziała ani słowa. 

Bo czasami są takie chwile...
    Czasem mówi, że mnie kocha. Ja wiem, że to nie jest prawda, ale w tych chwilach myślę tylko o tym, żeby to uczucie było prawdziwe. 
Chcę przekonać się, że to nie są po prostu puste słowa, ale nie umiem. Ona nie rozumie, że ja nie potrafię czekać z ponownie złamanym sercem, kiedy ona wymyka się z tym nędznym Stykasem, który kiedyś śmiał nazywać mnie swoim bratem. 
Chcę, żeby było inaczej, chcę coś zmienić, żeby była szczęśliwa, ale również... 
...dopóki nie znajdę na to sposobu, aby tego dokonać, te chwile są potrzebne. 

_________________________________________________________________________
Naprawdę, przepraszam Was, ale wiecie, jakie te święta są specyficzne. No, jeździ się po cmentarzach, a ja całą sobotę i niedzielę byłam w drodze. Przy okazji było się u rodziny, dzieciaki mnie męczyły... wiecie, trudno jest nie posiedzieć z 3-6 letnimi kuzynami, kiedy ma się słabość do dzieci. 

10.10.2014

URODZINY BLOGA One-Shot 8 "Musimy porozmawiać" SPECIAL

Dosyć stary tekst, znaleziony, gdy ,,oczyszczałam komputer z niepotrzebnych plików". Powprowadzałam zmiany, czyli pousuwałam głupie teksty, podałam trochę, poprawiłam błędy... i jestem dumna. Chociaż to straciło dawny blask (czyli ten z marca, kiedy ten szot powstawał).
Tylko ja uważam, że Chejron wyszedł tu trochę na takiego jakiegoś pedofila? :c
Mam jedno zastrzeżenie: poruszyłam bardzo wrażliwy temat, ale proszę, nie ochrzańcie mnie za to, że jestem dzieckiem i nic nie wiem na ten temat... tak, to bardzo wrażliwy temat i nikt tego nie może tego zaprzeczyć. 
___________________________________________

  - Dobrze, małe gnojki, od dzisiaj możecie już walczyć w parach. Ćwiczyliśmy tę technikę od tygodni, więc nie powinno być z nią żadnych problemów - chwyciłam ręce za plecami i ruszyłam wokół moich młodych uczniów. Czyli grupy półbogów, składającej się z bachorów w wieku od sześciu do dwunastu lat.
Dlaczego Chejron powierzył mi właśnie najmłodszą grupę?
  - Pamiętajcie, że przepisy nie wskazują na celowe okaleczenie lub zabicie kogoś. Chyba, że naprawdę chcecie kogoś zranić, to wtedy lepiej nie dajcie im się złapać pierwszymi. Niech każdy założy swoją zbroję, chwyci miecz i możemy zaczynać naszą zabawę. Jakieś pytania?
Ręka Andrew'a natychmiast wystrzeliła w górę. 
  - Jeśli mogę, proszę o przerwę, żeby się załatwić. Przysięgam, poszedłem do łazienki zanim przyszedłem na zajęcia... - obiecał szybko - ale muszę iść jeszcze raz! 
Klepnęłam dłonią po mojej twarzy. Jak zwykle.
  - Idź, i każdy, kto też chce iść. Macie pięć minut. 
 Połowa mojej klasy pobiegła czym prędzej do drzwi toalety. To wystarczyło, żeby zapanował chaos. 
To miała być długa lekcja...
Później dzieci, jak najzwyczajniej w świecie, gorączkowo próbowały odnaleźć pancerz i miecz, który do nich pasował. 
Oczywiście, musiałam im pomóc. Musiałam wydrzeć się też dwa razy, bo te małe pełzaki ponownie chciały wracać do łazienki. Naprawdę, zasługuję na złoty medal, bo odkąd z nimi pracuję to jeszcze żadne z nich nie dostało po tyłku.
W końcu się uspokoiły, a ja przypominam sobie po raz setny tego dnia, że nie nie może być gorszej klasy na całym świecie, niż właśnie ta moja. 
Byli rosnącymi wojownikami - małymi, słabo skoordynowanymi żołnierzami, ale jednak wojownikami. 
Za każdym razem, kiedy wygrywali jakieś pojedynek, patrzyli na mnie z promiennymi uśmiechami na twarzach, szukając mojej. Przez pewne ryzyko związane z łzami które mogłyby sprowadzić potop, o którym nie mogło być nawet mowy, dawałam kciuki w górę i zmuszałam się do uśmiechu. 
          Lekcja trwała w najlepsze, dopóki nie wpadł Percy. Moi studenci natychmiast zaprzestali walki i spojrzeli na niego.
  - Nie rób im prania mózgu - powiedział do mnie. Wzruszyłam ramionami na jego słowa. 
  - Nie wiem, co cię to obchodzi. Nie masz przypadkiem własnej klasy do nauczania? 
  - Właśnie skończyłem. Przyszedłem zobaczyć, co robisz - skinął znacząco na dzieciaki - wiesz, jakie techniki nauczania stosujesz.
  - Clarisse, skop mu tyłek! - Szydziła Ruth, trzymając swoje drobne rączki na biodrach. 
Chyba naprawdę była moją siostrą, miałam taką nadzieję. Ona z resztą też. 
  - Taaaaaak! - Dodali inni głośno chórem, po czym się zamknęli. Chyba ogarnęli, co przed chwilą powiedzieli. 
Syn Posejdona podniósł brwi na mnie, jakby chciał powiedzieć: naprawdę? 
Natomiast po prostu wzruszył ramionami i podniósł miecz.
  - Daj spokój, przejdźmy od razu do walki. 
Jak ja nienawidzę tego przyznawać, że jesteśmy dość równo doświadczeni, jeśli chodzi o walkę mieczem i nie było sposobu, by dał mi łatwe zwycięstwo tylko dlatego, że byli przy nas moi uczniowie. Minęło prawie dziesięć minut i nikt nie miał jakiejś większej przewagi. Tak było dopóki, gdy jego oczy rozszerzyły się i ledwo uchylił się przez moim następnym atakiem.
  - Clarisse, krwawisz. 
  - Nieźle.
Uchylił się przed moim następnym ciosem.
  - Nie, mówię serio. Spójrz w dół...
Skurwysyn. 
Spojrzałam tam. Krew spływała powoli po moich udach, a jej źródło było zasłonięte przez spodnie. 
  - Dobra, marsz pod prysznice - rozkazałam moim uczniom. Wszyscy się niemal natychmiast rozeszli w swoje strony.
Z powodu szaleństwa życia obozowego, mój okres nigdy nie był regularny. Mogły minąć nawet miesiące, nim znowu go dostałam, co niestety musiało mieć miejsce przed chwilą. 
W idealnym momencie.
           Klnąc obficie pod nosem po starogrecku, udałam się do łazienki.
Z czasem, gdy moja adrenalina zaczęła powoli blaknąć, poczułam atak bolesnych skurczy, chyba gorszych niż jakich kiedykolwiek doświadczyłam. Fantastycznie.
Wypływ krwi także był prawdopodobnie najcięższy, jaki miałam.
To jest śmieszne - pomyślałam. - Jesteś Clarisse La Rue, grupową domku Aresa, boga wojny. Weź się już w garść i rusz dupę. O, tak.
Jakoś udało mi się dotrzeć do mojego domku. Dzięki bogom, nikogo jeszcze w nim nie było..
Wlazłam do łózka, poprzednio pozbywając się zakrwawionego ubrania. To było złe. Złe na wiele sposobów. Nie miałam pojęcia co się dzieje, ale te "grudki" nie wróżyły zbyt dobrze i byłam prawie pewna, że to nie był zwykły okres. 
Okryłam się kołdrą i czekałam na jednego z moich braci. 
Mark, był zaledwie jedną nogą w kabinie, kiedy krzyknął:
  - Sprowadźcie Chejrona, teraz!


* * *

  - Hmm, rzeczywiście teraz myślę, że wolałabym teraz kogoś od Apolla, a najlepiej jakąś dziewczynę - mruknęłam pogardliwie. 
  - Ach, ta prywatność.
  - Coś w tym stylu.
Centaur westchnął z politowaniem. 
  - Clarisse, ufasz mi?
  - No tak, ale... - zacisnęłam zęby, by przeciwstawić się nagłemu bólowi. 
  - Co jest?
  - Skurcze - mruknęłam. - Ale nie są normalne...
Chejron skinął głową z powagą.
  - To może być torbiel jajnika - stwierdził. 
  - Nie sądzę, żeby to było to. Coś jest nie tak. Krew jest ciemniejsza niż zwykle i są w niej te... te grudki. Nigdy tak nie było.
  - Grudki - powtórzył z zamysłym. W tonie jego głosu była bardzo wyczuwalna nuta smutku, której nie było wcześniej. - Kiedy ostatni raz miałaś okres?
  - Uch, ze trzy miesiące temu... - sytuacja była naprawdę krępująca. Milczał przez chwilę, komplementując wszystko, co mu przed chwilą powiedziałam. Jego ręka spoczęła na moim czole. 
  - Clarisse, moja droga, myślę... myślę, że poroniłaś... Tak mi przykro. 
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. To nie mogła być prawda. 
  - Nie, Chejron, nie ma mowy. Nie byłam w ciąży.
  - Ty i Chris nie jesteście aktywni seksualnie?
  - Och, my jesteśmy bardzo aktywni...  - naprawdę Chejronie, bardziej krępującego pytania się nie dało? - Ale zawsze, zawsze są prezerwatywy. Nie pozwolę mu się do mnie, jeśli ich nie ma.
Ten Stary Koński Zad spojrzał na mnie dziwnie. Bardzo dziwnie. 
Myślami powędrowałam do jednego zdarzenia, które wydarzyło się tydzień po moim ostatnim okresie.
  - Dobra, zdarzyło się raz. Ale poważnie, nie. Nie poroniłam.
  - Najlepiej byłoby, gdybym wziął cię do Wielkiego Domu - powiedział cicho. - Tam jest prysznic, ciepła woda powinna pomóc na skurcze. 
Teraz byłam wkurzona.
  - Cóż, jeśli tak, to daj mi się ubrać w pierwszej kolejności.


* * *

  - Clarisse... - szepnął delikatnie. - Jestem pewien, to było poronienie. Te grudki, jak je nazywasz, to były części łożyska. 
  - Mylisz się - warknęłam, robiąc krok w tył. 
  - Widziałem to już wcześniej - kontynuował. - Przykro mi.
  - Nie - zaprotestowałam, ale brzmiało to tak dziwnie, że kolana zaczęły się uginać się pod moim ciężarem. Centaur złapał mnie, zanim upadłam. 
  - Porozmawiamy o tym więcej w Wielkim Domu. Możesz chodzić?
  - Oczywiście - warknęłam, robiąc pokazowo kilka kroków w przód.. Oczywiście skończyło się na tym, że całą drogę opierałam się o niego. Świetnie, Ares miał teraz z czego się nabijać! 
       Pan D. patrzył jak wchodziliśmy do Wielkiego Domu. W końcu znudzony bóg opuścił budynek.
  - Prysznic jest na górze, po lewej stronie - instruował Chejron, tym jego sympatycznym głosem. Nienawidziłam tego głosu. Poza tym, wiedziałam, gdzie są prysznice. - Potem wyślę kogoś, żeby przyniósł ci czyste ubrania. Możesz zostać tam tak długo, jak tylko zechcesz.
  - Okej. 
Jego ręka złapała mnie za nadgarstek, zanim poszłam w kierunku schodów. 
  - Chcesz powiedzieć Chrisowi?
  - On ma o tym nie wiedzieć.
  - Clarisse, to też wiąże się z nim.
  - Powiem mu potem - szarpnęłam się i wbiegłam na pierwsze stopnie. 


* * * 

Usiadłam pod prysznicem, ponieważ nie mogłam nawet ustać na nogach.
Woda zaczęła się barwić na czerwono przez krew. Było też coś jeszcze... łożysko. 
Łożysko od dziecka. Mojego i Chrisa. 
Oparłam głowę o ścianę. Jednak byłam w ciąży... Ale teraz nie było we mnie dziecka. 
Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że jednak chciałabym być mamą, Chris byłby ojcem, bylibyśmy rodziną. Patrzyłam, jak przyszłość zaczęła odchodzić w błoto. 
Masz tylko dwadzieścia lat. Nie byłaś przecież jeszcze gotowa na dziecko. Naprawdę chcesz przygnieciony ciężarem odpowiedzialności? No chyba nie. Po za tym, byłabyś straszną matką. Nie jesteś miłosierna, ciepła albo czuła. Nie lubisz nawet uścisków. Nie umiesz śpiewa, lub gotować, a twój uśmiech jest bardziej szyderczy niż cokolwiek innego na tym świecie. Dobrze, że tak to się wszystko skończyło. To dobrze - tłumaczyłam sobie w duchu.
Wmawiałam to sobie tak długo, aż woda zrobiła się chłodna, krew rozjaśniała nieco i skurcze mnie opuściły. Zakręciłam kran i owinęłam się ręcznikiem, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
  - Czyste ubrania - mruknęłam sięgając do klamki. - Dzięki bogom.
Chris stał po drugiej stronie. Szybko zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
 - Clarisse, proszę... - jęknął. - Trzeba o tym porozmawiać.
 - O czym?
 - Nie rób tego, proszę. 
 - Nie robię. Wszystko jest w porządku - uchyliłam trochu drzwi i wyciągnęłam do niego rękę, wyraźnie pokazując, czego żądam. - Daj mi moje ubrania.
Westchnął, ale nie protestował. Kiedy już  się ubrałam, nie chciałam patrzeć w lustro. 
Po  wyjściu z łazienki, nie chciałam patrzeć na niego. Ani na kogokolwiek. 
 - Proszę, Risse - Chris położył dłonie na moich ramionach. Nie miałam siły, aby mu w tamtej chwili przywalić. - Możemy porozmawiać? 
 - O czym? O dziecku?
Skrzywił się.
 - Clarisse...
 - Co? Nie chcę o tym mówić. Byłam w ciąży, teraz nie jestem. Koniec dyskusji - weszłam na schody. - Mam nadzieję, że jeszcze dziś wrócę do piątki. 
 - Zostaniesz tutaj - jego ramiona owinęły się ciasno wokół mojej talii. - Nakaz Chejrona. Będziesz tu co co najmniej tydzień, aż krwawienie i skurcze całkowicie znikną, a do tego czasu musisz odpoczywać. 
 - Jestem grupową domku! Nie mogę wziąć tygodnia wolnego! 
 - Porozmawiam z Markiem, powiem mu, że miałaś jakiś wypadek. Potrafi zająć się swoim rodzeństwem - jego palce splotły się mocno z moimi. - Ale musisz się teraz martwić o siebie. 
 - To jest osobliwie głupie.
 - Czy to prawda? 
 - Tak. Tak, będę lenić się całe siedem dni, podczas gdy nic się ze mną złego nie stało! 
Chris westchnął cicho, ale i tak pocałowałam mnie w policzek. 
  - Dobrze - powiedział. - Muszę już iść. Przynieść ci coś z kolacji? 
  - Nie - po chwili odpowiedziałam cicho. - Daj cały talerz bogom. Jako ofiarę. 
Kiwnął głową i dał mi kolejnego całusa w policzek. Fuj. 
Podał mi rękę i pomógł mi zejść na dół, nawet jeśli tego nie chciałam. 
  - Wrócę zaraz po kolacji - obiecał, gdy usiadłam na kanapie. Przeczesywałam kosmyk włosów spadający na moje oczy, on czule owinął mnie ciepłym kocem. - Do zobaczenia. 
  - Do widzenia - powiedziałam prawie oschle. On chyba tego nawet nie zauważył. 
Chris ledwie odszedł, a Chejron wszedł do pokoju. 
  - Witaj, moja droga. 
  - Cześć - odpowiedziałam udając całkowitą obojętność.
  - Jak się czujesz? 
  - Nic mi nie jest. 
  - Clarisse, wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim.
Przewróciłam oczami z poirytowaniem.
  - Tak, wiem, ale nie chcę z nikim rozmawiać. Czuję się dobrze, naprawdę - zapewniłam go. Przewróciłam się na bok i położyłam głowę na poduszce. - Wszytko ze mną jest naprawdę dobrze. A teraz jestem zmęczona, okej? 
  - Dobrze - centaur nie wyglądał na zadowolonego moją odpowiedzią, ale nie próbował naciskać. 
Nawet po tak zwykłej i niestresującej odpowiedzi, jaką otrzymałam, nie czułam się dobrze. 
Skryłam twarz w podusze i dziwnym uczuciem, które wydawało mi się dotychczas obce.
Chciałam płakać z bezsilności.
Tak, ja, Clarisse La Rue, córka i grupowa Aresa, chciałam płakać. 

* * * 

  - Clar?
Odwróciłam się na tyle, aby zobaczyć twarz Chrisa. 
  - Jesteś z powrotem - stwierdziłam, jakby to wcale nie był tak oczywisty fakt.  
  - Już skończyłem - usiadł na brzegu sofy. - Jak się masz? 
  - Dobrze - odpowiedziałam nieco ostro, nie pokazując, jak jego ponowna wizyta w Wielkim Domu mnie ucieszyła. - Możesz to określić jako ,,źle", a nawet ,,bardzo źle". Jak wolisz.
Położyłam głowę na jego ramieniu, zamykając na chwilę oczy. Przez jakiś czas panowało milczenie.
  - Naprawdę nie chcesz o tym rozmawiać, prawda?
  - Nie.
  - Jest coś, co mogę zrobić?
  - Po prostu... po prostu, zostań tu ze mną. Proszę...
  - Oczywiście - wymamrotał.
Siedzieliśmy w milczeniu tak długo, aż w końcu wyczerpanie dało się we znaki i zasnęłam.
Miałam koszmar, tyle pamiętam z tamtej nocy. Nie wiem, co mi się śniło, ale... było przerażające.
Obudziłam się z dreszczami na całym ciele. Rzuciłam okiem na Chrisa, żeby sprawdzić czy jeszcze śpi. Gdy byłam tego absurdalnie pewna, odwinęłam koc, w który byłam zaplątana i odchyliłam nieco głowę, żeby przez najbliższe okno zobaczyć nocne niebo.
Gwiazdy promieniowały tym samym światłem, co zawsze. Były tak spokojne, obojętne na wszystko, co działo się na ziemi...
  - To jest tak, jak myślę? - Zapytałam cicho. - Bo jestem tyranem? Albo dlatego, że nie chciałam, żeby mój domek brał udział w wojnie z Kronosem?
 Nigdy nie słyszałam, żeby głos zaczął mi się aż tak łamać. Wszystkie negatywne sytuacje z mojego życia wydawały się jakby fotografiami. Albo lepiej - jakby krótkimi filmami. Po prostu wszystko było przed moimi oczami. Widziałam twarze tych którzy nie byli koniecznie dla mnie mili i których nie darzyłam jakąkolwiek sympatią, ale oni... mogli jeszcze żyć.
 - Czy to jest jakaś kara? Czy zwyczajnie nudzi się już bogom? To przez to, że skarżyłam się na moich uczniów, bo byłam dla nich niedobra? - Moje oczy zaszły łzami. - Nie miałam tego na myśli, co wtedy powiedziałam... Naprawdę.

_________________________________________________________________________________
Nie mogę uwierzyć, że spędziłam z tym blogiem rok.
Dokładnie rok temu powstał pierwszy wpis, krótki i zwięzły. Potem był tradycyjnie prolog, trzy rozdziały i... przerwa. Żałuję, że nie pisałam wtedy. Teraz mogłoby się tutaj znaleźć nawet 20 rozdziałów. Z drugiej strony, gdybym nie ,,zawiesiła" Percabeth, zapewne nie byłoby Sadico, które pokochałam w tamtym okresie.

Dziękuję Wam za 10 tysięcy wyświetleń bloga, za 60 komentarzy (nie odejmując wszelakiego spamu, liczenie to nie moja dobra strona).

Dziękuję Em, która była ze mną od początku - za wspieranie mnie i wgl. Jesteś dobrą Córą Hadesa (dalej sądzę, że jesteś od Starego Wodorosta, od czasów Emily Green moje zdanie jest niezmienne).
Specjalne podziękowania także dla Moni i Wik, które nie dostały ze mną odjebu. Szacun dziewczyny.

Ogólnie... dziękuję Wam za wszystko. Tak, Wam. Każdemu czytelnikowi, który był kiedyś i ze mną niestety nie wytrzymał, ale też tym obecnym i wszystkim przyszłym.

To nie są wcale puste słowa - dzięki Wam ten blog jest i będzie przez następny rok. To drugie zależy od Was. Za każdym razem po publikacji czegoś nowego, siedzę przez najbliższy tydzień na szpilkach (a raczej gwoździach), a często nie dostaję od Was ani słowa opinii...

9.21.2014

04. Niby zwyczajnie

 - Dzień dobry, Mądralo.
To miał być pracowity poranek - Annabeth zaplanowała sobie wstać o świcie, żeby zdążyć omówić pozostałe sprawy z Chejronem, a potem rozmówić się z pozostałymi grupowymi domków.
Jednak, jak na herosa przystało - nic nie szło po jej myśli.
Wszyscy z domku Ateny już wyszli na ćwiczenia, lub załatwiało swoje sprawy, a Chase nadal by smacznie spała, odsypiając ostatnią nieprzespaną noc, gdyby w końcu nie przyszedł Percy.
 - Co... dlaczego tak wcześ...? - Chciała zapytać, ale każde zdanie przerywało ziewnięcie. Powieki nadal kleiły jej się do snu, więc musiała je przetrzeć, żeby obraz był w miarę dobry. - Glonomóżdek?
Syn Posejdona ledwo powstrzymał się od chichotu.
 - Wyspana? - Spytał żartobliwie. Z jakiegoś powodu widok zaspanej Annabeth go śmieszył, ale wiedział, że ona widziała go w takiej sytuacji wiele razy i wtedy wcale nie było jej do śmiechu.
 - Która godzina? - Córka Ateny prawie zerwała się z łóżka, gdy tylko zdała sobie sprawę, że zawaliła.
Percy przez chwilę wymownie udawał, że się zastanawia. Ann patrzyła na niego ze zniecierpliwieniem, a jej oczy pokazywały skrytą chęć go za to udusić.
 - Niech zgadnę... dwunasta?
 - O bogowie, o bogowie...
Syn Posejdona delektował się widokiem, w którym to Annabeth była roztrzepana i biegała w kółko, a on stał spokojnie oparty o ścianę i przyglądał się temu z cichym rozbawieniem - nie na odwrót.
 Annabeth było wstyd, bo zawiodła nawet samą siebie. Pod łóżkiem leżało kilka kartek dotyczących tego i tamtego w Obozie, ale najważniejsze było rozłożenie dyżurów chronienia poszczególnych fragmentów Obozu Półkrwi.
Musiała porozmawiać z każdym grupowym i nie mogła odkładać tego na później, bo mogłyby powstać przeróżne sytuacje. Mogła co prawda rozmawiać z nimi nawet w południe lub po, ale nie z Clarisse. Od jedenastej, do późnego wieczora córka Aresa miała ćwiczenia, a trzeba dodać, że córka Aresa nie znosiła, gdy ktoś jej przeszkadza. Niestety, wieczór Annabeth był zaklepany. Umówiła się z Chejronem na rozmowę o sprawach równie wielkiej wagi, co dyżury.
 - Dobra.
 - Co?
Percy skrzyżował ręce na piersiach. Osiągnął to, co zamierzał. Chciał na chwilę zatrzymać córkę Ateny w miejscu.
 - Ann, po pierwsze, weź głęboki w dech. Po drugie, co się dzieje?
Annabeth wzięła oddech, i spróbowała kilka razy wyjaśnić całą sytuacje swojemu chłopakowi, lecz nieudolnie. Za każdym razem w jakimś momencie musiał poplątać jej się język, bo mówiła stanowczo za szybko.
 - Clarisse... - zakończyła, prawie dysząc. Spojrzała na Percy'ego, który jakimś cudem wyglądał, jakby zrozumiał każde zdanie Annabeth. Skinął znacząco głową.
 - Ja z nią porozmawiam - stwierdził. - Najwyżej wyląduję z głową w kiblu.
Córka Ateny przewróciła teatralnie oczami.
 - Niech ci będzie. W sumie to dzięki, Glonomóżdżku - powiedziała, z nikłym uśmiechem na twarzy.
Miała wrażenie, jakby przed chwilą kamień spadł jej z serca. Rozluźniona, usiadła spokojnie na łóżku. - Ej, skąd to masz?
Percy spojrzał na jogurt, który od jakiegoś czasu trzymał w ręce. Zamierzał go zjeść, ale potem przyszedł do Annabeth i jakoś całkiem o nim zapomniał.
 - Wziąłem od kogoś od Hermesa. To i tak jest lepsze niż to co gotują harpie - wzruszył beznamiętnie ramionami.
 - Uważaj, bo może cię usłyszały - rzuciła Annabeth przez ramię, wychodzą z domku i oddalając się w szybkim tempie.
 - Chcesz?! - Zawołał za nią chłopak, podbiegając do drzwi. Tym razem nie udało mu się jej zatrzymać.
Percy westchnął i spojrzał na jogurt, jakby przechodził żałobę po jakimś członku rodziny. - Trudno, sam go zjem.

* * *

Annabeth czuła się spokojna chociaż w takim stopniu, że miała nadzieję, że jej chłopak nie zapomni zrobić tego, co jej obiecał.
      Wciąż niepewna, musiała spełniać swoje obowiązki.
Zaczęła od domku Demeter, z Katie poszło jak z płatka. Dosłownie. Pod koniec któreś z kwitnących plącz na ścianie domku, o tej porze przekwitało i obsypało ją płatkami.
Następnie udała się do trzynastki i rozmawiała tylko z Connorem, który twierdził, że nie może zawołać brata, bo ten jest ,,bardzo" zajęty. Uzgodniła z nim, że domek Hermesa będzie strażą graniczną w środy, co dwa tygodnie. Młodszy Stoll miała przekazać to Travisowi, ale była prawie pewna, że tego nie zrobi, więc stwierdziła, że przy najbliższej okazji go o tym poinformuje.
W końcu skończyło się na tym, że domek Demeter będzie pilnował granicy w czwartki, Apolla w poniedziałki (Solace stwierdził, że to najlepsza data, bo poniedziałek to najlepszy dzień w tygodniu), domek Afrodyty w piątki. Musiała jeszcze udać się do dziewiątki, domku Hefajstosa, i porozmawiać z Leo, a potem wolny dzień dać swojemu domkowi. Potem może być tylko lepiej z grupowymi pozostałych domków mniejszych bogów.
     Córka Ateny szybko wślizgnęła się do domku Hefajstosa. Już na samym początku zamierzała powiedzieć coś w stylu ,,dzień dobry", lub ,,cześć". Jak się okazało - nie miała komu to powiedzieć. Dziewczyna westchnęła. Jak się domyśliła, wszystkie dzieci boga kowali siedziały w kuźni, jak na nie przystało.
Już na schodach zrobiło jej się duszno, a pod ziemią panowała okropna duchota i było tak gorąco, że oczy Annabeth zaczęły łzawić, a ona sama poczuła wielką chęć jak najszybszego opuszczenia kuźni.
Na dole był ogromny hałas, chociaż nikt nic nie mówił. Wszyscy byli zbyt zajęci swoją pracą, by prowadzić rozmowy. Jednak młoty, maszyny i przeróżne inne narzędzia wystarczały, żeby zrobiło się głośno.
Annabeth przeszła wzdłuż kuźni, przyglądając się z ukosa pracującym dzieciom Hefajstosa, które mimo, że nie podniosły nawet na sekundę głów, sprawiały wrażenie, jakby uważnie śledziły wszystkie poczynania córki Ateny.
Blondynka błądziła wzrokiem, w poszukiwania jednej osoby - Valdeza.
Jego czupryny nie dało się pomylić z żadną inną. Loki, włosy przyklejające się do czoła - przypominające bardziej ptasie gniazdo, niż konkretną fryzurę.
 - Siema, Piękna - Annabeth nie spodziewała się, że ktoś nagle pojawi się z jej prawej strony. Tym bardziej, że prawie nie krzyknie jej do ucha, kiedy ona patrzyła w przeciwną stronę.
 - Valdez... sprawa - udało jej się wykrztusić. Leon zrobił dziwną minę.
 - Co?! - Zawołał, jakby był jakąś starą babcią, która z powodu swojego wieku ma gorszy słuch, lub któryś z bohaterów amerykańskich kreskówek, którzy mają waciki w uszach.
 - Mam do ciebie sprawę - powtórzyła, starając się wymówić każde słowo wyraźniej, niż sama się po sobie mogłaby spodziewać.
 - Mówiłaś coś?
Annabeth przewróciła oczami, lekko poirytowana. Stwierdziła, że to całkiem nie ma sensu i tak nigdy nie dojdą do żadnego wniosku, ani porozumienia.
Chwyciła go z rąbek koszuli, która zapewne powinna być biała, ale tym razem, jak zwykle z resztą, była cała umazana jakimiś smarami i olejami.
 - Ej, Piękna! - Pisnął syn Hefajstosa, a jasnowłosa niewiele się tym przejęła. Zaprowadziła - a wręcz wytargała - go na schody, a później przed domek.
 - Valdez, jest sprawa - oznajmiła. Leo spojrzał na nią z nie kryjąc rozczarowania.
 - To po to wyciągnęłaś mnie aż tutaj? - Spytał z udawanym wyrzutem i smutkiem. - Myślałem, że chcesz powiedzieć, że ci się podobam, albo coś...
 - Valdez! - Warknęła Annabeth z taką siłą, że Leon aż się wzdrygnął. - Chociaż ten jeden, jedyny raz zachowaj się jak przyzwoity człowiek. Naprawdę, mam z tobą ważną sprawę do załatwienia. Uwierz mi, gdybym nie miała takiej potrzeby, nie fatygowałabym tak się.
Syn Hefajstosa zrobił wielkie oczy, ale za chwilę stanął w miejscu i nawet nie odważył się sięgnąć ręką do kieszeni spodni, żeby zająć czymś dłonie. Jego usta zacisnęły się w wąską kreskę, a cała twarz zdawała się być z kamienia.
Córka Annabeth nie potrafiła ukryć swojego zdziwienia, ale jak zwykle szybko otrząsnęła się z szoku i rozpoczęła swoje wyjaśnienia.
 - Po ognisku mówiłam, że będę dziś chodzić i ustalać. Do dyspozycji zostaje środa i sobota. Co wam bardziej odpowiada?
Leo wyglądał, jakby naprawdę się zastanawiał, a po chwili wahania powiedział:
 - Środy.
Annabeth skinęła głową i zanotowała to na brudno na kartce.
 - Kiedy dyżur ma domek Hadesa, Zeusa i Posejdona? - Chłopak był tym naprawdę zainteresowany, chociaż niewiele go to mogła obchodzić. Był przecież tylko zwykłym dzieckiem boga kowali, które nie miało wiele do powiedzenia.
 - Nie wiem... - Córka Ateny szybko przyjrzała się karteczce w notesie, ale nie było na nim nic o dzieciach Wielkiej Trójcy. Prawdopodobnie całkiem o nich zapomniała w tym całym ,,porannym" pośpiechu. Pozostała jeszcze sobota i niedziela do zagospodarowania, z tego jeden dzień na pewno będzie przeznaczony dla domku Aresa (jeśli Clarisse nie będzie robić żadnych fochów), a jeden dla jej rodzeństwa.
Czyli cały plan pierwszego tygodnia został wykonany, a w drugim, składających się z mniejszych domków, prawdopodobnie też nie znajdzie się miejsca dla zaledwie trójki półbogów, z czego jeden z nich nie jest cały czas obecny w Obozie Półkrwi i podróżuje po całym świecie.
Zdała sobie sprawę, że musi jakoś to rozwiązać, więc zaraz udała się do jedynki, pozostawiając Leona samego pod domkiem Hefajstosa. Wcale nie przejmowała się tym chuderlawym synem boga kowali, który zdawał się nie robić nic innego, jak zarywać do wszystkich napotkanych dziewcząt. Gdyby mu pozwolono, pewnie usiłowałby flirtować nawet z Afrodytą albo nawet z samą Herą!
      Celem Annabeth była teraz rozmowa z synem Zeusa, Jasonem. Jako jedyny dzieciak z Wielkiej Trójcy był obecnie dostępny. To wcale nie znaczyło, że był bardzo rozmowny i łatwy do dogadania się. Wręcz przeciwnie, ale to tylko on był pod ręką, kiedy Nico znajdował się gdzieś na cmentarzu na drugim krańcu świata, a Percy miał jakąś misję od niej do wykonania.
Jason Grace był wysokim blondynem, z wspaniale wyrzeźbionym ciałem. Niektórzy mówią, że powinien być marzeniem każdej dziewczyny, ale Annabeth nigdy za nim szczególnie nie przypadała.
Być może to było dlatego, że w ciągu tych wszystkich lat spędzonych w Obozie, wymienili ledwo kilka zdań. Możliwe też, że to było przez to, że wszystkie plotki wśród dziewcząt głosiły, że jest chodzącym ideałem.
            Jasnowłosa zapukała grzecznie do drzwi. Odczekała chwilę, dopóki się nie otworzyły i niepewnie weszła.
 - Jason Grace? - Zapytała niepewnie. Zero odpowiedzi.
Dziewczyna odchrząknęła. - Halo?
 - Och, cześć - odpowiedział ktoś z drugiego końca pokoju.
Annabeth załatwiłaby to o wiele prędzej, gdyby znała bliżej tego nijakiego Jasona Grace'a. W swojej sytuacji, nie bardzo wiedziała, jak powinna się zachować.
 - Przyszłam w sprawie planu dyżurów - oznajmiła. Chłopak natychmiast zerwał się z kanapy.
 - Więc o to chodzi - stwierdził, szybko strzepując okruszki chipsów z fioletowej bluzki, żeby wyjść w dobrym świetle. - Przepraszam, że to wszystko tak wygląda... - omiótł wzrokiem pokój, w którym panowało coś więcej, niż zwykły chaos. Blondynka machnęła tylko na to ręką, chociaż sama przed chwilą stwierdziła, że ten domek nie ma w ten dzień szans na ciepłą wodę pod prysznicem.
 - Chcę się spytać, czy byłbyś w stanie poręczyć za domek Posejdona i Hadesa. Plus, czy mógłbyś w stanie pomóc mi w jednej rzeczy - oświadczyła z kamienną twarzą.
 - Tak?
 - Jak już mówiłam, robię rozkład dyżurów - zaczęła tłumaczenie. Jason pokiwał głową, jakby pokazywał, żeby dziewczyna się trochę pośpieszyła. - Jakoś tak wynikło, że nie wzięłam pod uwagę domków Wielkiej Trójcy, no i nie bardzo mam pojęcie co z nimi zrobić.
Cała dalsza rozmowa doszła szybko do końca i Annabeth ostatecznie wiedziała, że dzieci Posejdona, Zeusa i Hadesa będą prawdopodobnie codziennie pomagać każdemu domkowi przez kilka godzin.
Gdy Annabeth wyszła z jedynki, dopiero wtedy zauważyła, że dzień zbliżał się ku końcowi. Co prawda nie mogła ujrzeć zachodzącego słońca, ale niebo wyglądało, jakby przed chwilą toczyła się na nim bardzo krwawa bitwa. To wskazywało na to, że robiło się późno.
A przecież jasnowłosa córka Ateny była jeszcze umówiona z Chejronem w Wielkim Domu.
Czuła, że ponownie następnego dnia będzie zaspana.

* * *

Wszystko przebiegło szybko i zgrabnie - w pewnej chwili centaur pozwolił Annabeth wracać, gdy tylko zauważył, jak późna była już pora.
Kiedy jasnowłosa wychodziła z Wielkiego Domu, musiało być grubo po dziewiątej, bądź nawet dziesiątej.
Chociaż już ziewała, a nogi zaczynały jej się plątać, chciała jeszcze zobaczyć do domku Posejdona, bo Percy coś jej obiecał.
Kiedy zauważyła, że światła w domku są zgaszone, pomyślała, że zielonooki pewnie musi już spać jak suseł. 
Zapukała - nic. Niepewnie weszła, domek Posejdona w sumie zawsze stał dla niej otworem. 
Dopiero, gdy była w środku zdała sobie sprawę, że jest pusty. 
Pewnie jeszcze wykłóca się z Clarisse - pomyślała blondynka, siadając na łóżku swojego chłopaka i postanawiając, że na niego poczeka.
Jeden... dwa... trzy... cztery... i tak w kółko, kiedy dziewczyna czekała na Percy'ego. No, do pewnego momentu. 
Po dziesięciu minutach - a może dwudziestu? - Annabeth zrobiła się przytłaczająco senna i choć z początku się opierała, jej powieki zaczęły się sklejać do snu. Już nie próbowała z tym walczyć, po prostu zdjęła buty i spodnie i położyła się na łóżku syna Posejdona mając nadzieję, że kroki nadchodzącego Percy'ego ją obudzą. 

* * *

Otworzyła jedno oko, potem drugie. Wszystko było jak zza mgły, a żeby się rozbudzić, przetarła oczy. 
Czuła się trochę niewyspana. 
    Dopiero po chwili zauważyła gdzie się znajduje. Zwykle nie była tak rozkojarzona...
 - Dobrze się spało? - Usłyszała miękki głos.
Minęły jakieś dwie sekundki, kiedy dopiero zdała sobie sprawę, gdzie był Percy. Naprawdę, była bardzo zaskoczona, kiedy zobaczyła go pod łóżkiem...
 - Co ty tam robisz? 
Chłopak obdarzył ją promiennym uśmiechem. Był trochę... dziwny?
 - U góry nie było ani trochę miejsca, tak się rozkładasz... - stwierdził lekko. - Zapamiętam to na przyszłość. 
Annabeth zwiesiła się głową w dół, chcąc się mu lepiej przyjrzeć. Percy natychmiast wykorzystał nadarzającą się okazję i pocałował córkę Ateny w usta. Kiedy skończył, blondynka oblała się szkarłatnym rumieńcem. 
 - Coś jeszcze? - Zapytał Percy, chichocząc. Dziewczyna przewróciła oczami. 
 - Tak - odpowiedziała szorstko, ale naprawdę była trochę rozbawiona. - Wyłaź stamtąd, nie chce mi się wierzyć, że jesteś takim aniołkiem i całą noc spędziłeś na podłodze. 
 - Masz rację - odparł zielonooki po chwili namysłu - przez jakiś czas próbowałem zasnąć tam na górze, ale ty chyba tak mnie kochałaś, że chciałaś mnie zrzucić, Mądralo.
______________________________________________________________________
Rozdział jest zadowalającej długości? Ponad 2200 słów, a poprzednie miały marne (nawet nie pełne!) 1000... 
Tak, wiem, jest nudny - obiecuję, nadrobię to ;-; 
Proszę Was, komentujcie herosi...

8.19.2014

One-Shot 7 "Tak nie zostaniesz dobrym stalkerem"

Przeglądałam stary zeszyt z opowiadaniami, one-shotami itp. W taki sposób znalazłam kilka, niestety nie dokończonych, "perełek". Naprawdę nie wiem, jak mogłam ich nie skończyć... Mam  jeden Nill (Nyssa x Will) i jakieś dwa Japerki. To taka moja perełka, strasznie słodko wyszli ^^ Nie wiem, czy kiedyś to gdzieś opublikuję, ale na razie macie stare Percico :p
_____________________________________________________________________

Jason żałował, że poprosił swoją dziewczynę o pomoc przy Percym i Nico.
Już następnego dnia zorganizowała wszystko i przyszła do domku Zeusa z oświadczeniem, że jest gotowa do akcji. 
Syn króla bogów czasami naprawdę zastanawiał się, dlaczego Piper musi być akurat córką Afrodyty, a nie na przykład Ateny. Wtedy byłoby mu lżej i nie musiałby wysłuchiwać, jak jego dziewczyna wciąż trajkota o nowych związkach, rozstaniach oraz zauroczeniach w Obozie Półkrwi. 
- Po co to? - Zapytał zdziwiony, przeglądając torbę z potrzebnymi rzeczami. Nie rozumiał, na co im będzie potrzebna luneta... 
- Będziemy oglądać ich z ukrycia - Piper przewróciła oczami. - A  jak to sobie wyobrażałeś, Jas? 
- No cóż... że zmusimy ich do pocałunku, czy coś. 
Dziewczyna prychnęła, ale wyglądała na nieco rozbawioną. 
- Nie mógłbyś być synem Afrodyty, nie nadajesz się do tego - stwierdziła. - Patrz i ucz się od mistrza. 
* * * 
- Hej Nico - powiedział Percy, uśmiechając się do młodszego chłopaka. - Co robisz? 
- Siedzę. Nie widać? 
Syn Posejdona zamyślił się na chwilę. Poirytowany Nico przewrócił oczami. 
- No wiesz co... - zaczął zielonooki - w tym cieniu kiepsko cię widać.
- Naprawdę? - Zapytał sarkastycznie syn pana Podziemi. Percy przytaknął niepewnie. 
No nie, Percy, nie spodziewałem się, że nie rozpoznajesz nawet sarkazmu - pomyślał z rozdrażnieniem Nico.
- Co tu robisz, Jackson?
- Tak sobie pomyślałem... przyjdziesz na moje urodziny?
Oczywiście, Percy miał zaplanowane powiedzieć co innego, ale jak zwykle palnął głupstwo.
Jednak chciał się prędzej czy później zapytać o to syna Hadesa, więc nie było tak źle. No, może Nico mógł go wziąć za jakiegoś idiotę.
Nico ledwo powstrzymał się od parsknięcia.
- Jasne,  Glonomóżdżku.
Percy był naprawdę zdziwiony, gdy usłyszał to przezwisko. Od śmierci Annabeth dwa lata temu nikt go tak nie nazwał...
- To fajnie - odpowiedział niepewnie, rad, że udało mu się na to zdobyć. Nico uniósł nieznacznie brwi.
- Więc tylko o to ci chodziło?
- No nie... - mruknął Percy, wbijają wzrok w ziemię. Nico wzruszył obojętnie ramionami. Jakoś jego złość na syna Posejdona osłabła.
- Słyszałeś to? - Zapytał go nagle.
- Niby co miałem słyszeć?
* * * 
- Ciszej! - Syknęła Piper na swojego chłopaka. Jason natychmiast przestał się wiercić w krzakach.
- Pipes... to robi się nudne. Zróbmy coś... - jęknął cicho. Córka Afrodyty pokręciła głową.
- Na razie możemy tylko obserwować. Masz, teraz twoja kolej - dziewczyna podała mu lunetę.
* * * 
- Coś było tam, w krzakach... - burknął pod nosem di Angelo. Percy spojrzał na wskazane przez syna Hadesa miejsce. 
- Może się przesłyszałeś - zwrócił się do w końcu do swojego rozmówcy. - Może to była nimfa, albo coś. 
- Może... - powtórzył z po wątpieniem Nico. - Chyba masz rację. No więc, po co tak naprawdę przyszedłeś?
Syn boga mórz wstrzymał na chwilę oddech. Mimo, że spodziewał się tego pytania, trudno mu było na nie odpowiedzieć. 
Czy można to powiedzieć tak po prostu? Prosto w twarz?
- Chciałem się zapytać... - zawahał się przez moment, niepewien, czy powinien mówić dalej. Bał się niezrozumienia ze strony Nico. 
- No, o co chciałeś mnie zapytać? - Ponaglił go syn Hadesa. 
- C-czymnielubisz - wymamrotał prawie bezgłośnie Percy. 
- Czy mnie, co? 
Zielonooki wziął głęboki wdech. 
- Czy mnie lubisz. 
Nico sprawiał wrażenie bledszego, niż zazwyczaj. O ile to było możliwe. 
* * * 
Jason  był naprawdę uradowany tym, że coś się działo. Miał już serdecznie dość chowania się w krzakach razem z Piper i tylko obserwowania.
- Patrz Pipes! - Szepnął z entuzjazmem do swojej dziewczyny. Tak myślał, do póki nie otrzymywał odpowiedzi i spojrzał w stronę, gdzie powinna być córka Afrodyty. 
Ona jednak postanowiła rozpocząć pierwsze działania i nawet nie poinformowała o tym Jasona. 
Ze zwinnością kota przeszła kilka metrów, a syn Jupitera mógłby przysiądź, że bezgłośnie. 
Nie pozostało mu nic, prócz iść za nią. 
Niestety, wiedział, że nie zdoła przemknąć jak ona - niezauważony. 
* * *
- Dlaczego o to pytasz? 
Percy przygryzł dolną wargę. 
- To... ja lubię cię i wiesz... 
- Też - burknął cicho Nico, wstając ze starego pnia. Syn Posejdona był bardzo dezorientowany. 
- Co ,,też"?
- Też cię lubię... 
W Percym nagle zaiskrzyła iskierka nadziei. Bardzo wątła iskra. 
- Naprawdę? - Starszy chłopak nie krył entuzjazmu, jaki nim zawładnął w jednej chwili. 
Nico niepewnie przytaknął. 
- Jesteś fajny... ale lekko irytujący - na twarzy di Angelo pojawił się cień uśmiechu. 
- Ty natomiast jesteś mroczny... - Percy wiedział, jak to głupio zabrzmiało. 
Nie miał jednak przygotowanej żadnej kwestii na takie słowa. 
Nico był czasami naprawdę nieobliczalny.
* * *
- Szit! - Zaklną pod nosem Jason, gdy przez przypadek nadepnął na suchą gałązkę, która cicho zatrzeszczała pod jego stopą. Na dodatek, tak zaczął się obawiać, czy chłopcy nie zdali sobie sprawy z obecności jego i Piper, że prawie wpadł na pobliski krzak ostrężyn... 
- Teraz może ja pójdę na drugą stronę, ty pozostań tu - zasugerowała córka Afrodyty, zaraz gdy zatrzymali się. 
- Tak, jasne - odparł półszeptem Jason. Odprowadzał ją jeszcze przez chwilę wzrokiem, a potem skupił się bardziej na swoim głównym zadaniu.
* * * 
Nico niepewnie spuścił wzrok.
- No więc... przyjaźń? - Zasugerował Jackson po dłuższej chwili milczenia. Syn Hadesa spojrzał na niego trochę zmieszany i zdziwiony.
- Zanim tak będzie to... - powiedział szeptem, ponownie patrząc w dół - chcę zrobić to, co chciałem zawsze.
Percy zamknął na chwilę oczy, a potem poczuł na ustach dziwny smak.
Jego kręgosłup wygiął się jak łuk, nie wiedząc dlaczego.
* * * 
- Zadanie wykonane - powiedziała prawie z dumą Piper. Jason zmarszczył brwi. 
- Co my właściwie zrobiliśmy? - Zapytał zdziwiony. 
Córka Afrodyty przewróciła oczami. 
- Bez teorii nic nie wyjdzie. Z samą praktyką się nie da - stwierdziła. - Tak nie zostaniesz dobrym stalkerem. 
Jasnowłosy nie miał pojęcia, o co chodzi jego dziewczynie, ale i tak się z nią zgodził. 

___________________________________________
Dawno mi tak nie odwaliło, jak tu... xD Nie wyszło tak, jak miało, ale nie wszystko jest zawsze dobre :/