12.31.2014

SPECIAL NOWOROCZNY: Drabbles

Kilka, nawet kilkanaście drabbles ode mnie na Sylwestra i nowy rok. Oby was w ten nowy rok potwory nie zjadły, albo ser! (Dziewczyny z chatu "Dzieci Olimpu Polska" wiedzą, o co chodzi. Nadchodzi serowa apokalipsa!)


#01 Imiona
Annabeth sądziła, że "Percy" jest lepszym imieniem od "Perseusza", ale "Glonomóżdżek" było idealne. 

#02 Samotność 
Na początku Percy cieszył się, że ma cały domek dla siebie, ale później zaczęło mu to ciążyć na sercu.

#03 Typ
Kalipso była rzeczywiście ładną dziewczynką, ale nie w typie Percy'ego. 

#04 Gra
Nico naprawdę lubił grać w "Magię i mit", ale nie spodziewał się, że może stać się takim samym pionkiem jak te małe, woskowe figurki.

#05 Matka
Annabeth wiedziała, że jej matka jest boginią wojny, ale nie sądziła, że może się jej tak po prostu wyrzec.

#06 Szczury
Hermesowi przez całą wieczność nie przyszło nawet do głowy, że jego węże mogą stać się swatkami przez gryzonie.

#07 Talent
Percy nigdy nie dowiedział się, dlaczego jego talent do panowania nad wodą objawił się dopiero po dwunastych urodzinach.

#08 Ogień
Leo całkowicie panował nad ogniem - tym, który robił pożary, jaki i tym, który płonął cicho w sercach innych. 

#09 Brat
Percy starał się traktować Tysona jak równemu sobie, ale to nie zawsze wychodziło, bo w końcu byli w jakimś stopniu rodzeństwem.

#10 Wulkan
On nawet nie poczuł, kiedy ona pocałowała go i natychmiast uciekła, mówiąc tylko "powodzenia". 

#11 Łódź
Percy wiedział, że gdyby nie dzieci Aresa i łódź, nigdy nie byłoby podwodnego pocałunku. 

#12 Sis
Artemida od zawsze narzekała na brata, ale tak naprawdę nie umiała długo wytrzymać bez jego ciągłego "sis".

#13 Koszula
Katie przez długi czas nie zapomni, jak on zabrał jej ulubioną koszulę, a na końcu wylądowali w jeziorze po pas.

#14 Matematyka
Percy przez panią Dodds zawsze już miał uraz do wszystkich swoich następnych matematyczek i oglądał je ze wszystkich stron, żeby upewnić się, czy nie są harpiami. 

#15 Pocieszenie
Nazwisko Willa znaczyło "pocieszenie", ciekawe, że to właśnie on został pocieszeniem zesłanym Nico przez bogów jako nagrodę za wszystkie cierpienia.

#16 Wahadło 
Will czasem poważnie wahał się nad swoimi upodobaniami, kiedy siedział i oglądał kuźnię domku dziewięć, tak naprawdę patrząc na jedną osobę - Nyssę. 

#17 Tartar
Mimo cierpień i bólu, przeżyli, cały czas trwając w miłości i wzajemnym zaufaniu. 

#18 Szefie
Mroczny był tak naprawdę wolnym pegazem, ale wciąż uparcie powtarzał, że służy wielkiemu Percy'emu Jacksonowi, zbawiciela Olimpu, ale przy znajomych skrycie narzekał, że on nigdy nie daje mu cukru.

#19 Zdrady
Hera nienawidziła wiedzieć, że jej mąż ją ciągle zdradza ze śmiertelniczkami i dlatego nigdy nie umiała patrzeć na młode dziewczęta.

#20 Pluszaki
Wszyscy sądzili, że Oktawian nie ma odwagi zabić prawdziwego zwierzęcia, tylko pruje pluszaki, ale tak naprawdę argur był obrońcą zwierząt.

#21 Przeszłość
Chejron powtarzał, że nie wolno myśleć o przyszłości, ale on sam cały czas rozwodził się nad przeszłością.

#22 Spokój
Po wielu przygodach, Annabeth pragnęła jedynie spokoju.

#23 Dwoje
Mieli tylko siebie, serce jej się krajało, kiedy przyszło jej palić jego pusty całun, przynajmniej dzięki niemu pomniejsi bogowie zaczęli być ważni i mieli swoje miejsce w obozie, ale ona straciła najlepszego przyjaciela.


A TERAZ CZAS NA HUMOR:



Zabijemy Ricka Riordana razem.
 Nie damy mu spokoju. Już nigdy.
Tak długo, jak będziemy razem.



12.25.2014

"Wywiad z Leo Valdez" odcinek 3

*z tyłu migoczą choinkowe światełka, w tle zaczyna grać bożonarodzeniowa piosenka* 
Leo: *poprawia krawat* Ekhem, witam w naszym programie, "Wywiad z Leo Valdez"! Naszym sponsorem jest sklep spożywczy Pani Jadwigi Green. Dziękujemy za udzielenie lokaju...
Frank: Po co nas brałeś?
Leo: Już mówię. Jak zawsze, nasza akcja opiera się na wywiadach z ludźmi, którzy dodzwonią się do programu. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia odbieramy także esemesy z życzeniami.
Annabeth: Ile razy, mam ci mówić, żebyś nas przedstawił?
Leo: Dzisiaj jest z nami jak zawsze Percabeth, Clarisse, a także Frank i Piper. Zadowoleni?
Frank: Tak.
Clarisse: Właśnie mamy pierwszego gościa *ziewa*. Odbieram.
Gość 1: Dzień dobry.
Leo: Witamy. Chce pan złożyć życzenia bożonarodzeniowe?
Gość 1: Tak. Zdechnijcie w męczarniach. *szum* *rozłącza się*
Percy: Eee... dziękujemy.
Clarisse: Siedź cicho.
*brzdęk* *zaczyna grać "Seksualna niebezpieczna* *Percy natychmiast sięga po telefon*
Percy: Czytać?
Leo: Dajesz *szczerzy się*.
Percy: Kochanie, przynieś mi te siatki z klatki... E, muszę chyba iść...
Leo: Stary, serio? Teraz?
Percy: Rachel mnie zabije.
Annabeth: Czy ja o czymś nie wiem?
Percy: Tak. Jesteś farbowana.
Annabeth: ... *faceplame*
Piper: *piszczy* Mamy następnego gościa! Jeej!
Clarisse: To odbierz, ciemna maso.
*Piper podnosi słuchawkę, rzuca miażdżące spojrzenie Clarisse pochłaniającej paczkę chipsów*
Piper: Tak?
Gość 2: Percy!
Percy: Tyson? To Posejdon ma tam zasięg?
Gość 2: Wiesz, wczoraj postawili słup.
Leo: Witamy w programie "Wywiad z Leo Valdez". Chcesz coś powiedzieć?
Gość 2: Lubię masło orzechowe.
Clarisse: ...
Leo: Okej. Jak pod wodą obchodzi się Boże Noarodzenie?
Gość 2: Boże... co?
Percy: No wiesz, śpiewa się kolędy, je się razem, stroi choinkę i je karpia.
Gość 2: Je karpia? To obrzędy kanibali?!! *rozłącza się*
Clarisse: Gratulacje, Jackson.
Annabeth: Ciszej. Dostaliśmy życzenia.
Piper: To weź czytaj je na głos!
Frank: Och, to ja wyjdę...
Clarisse: Zhang, co tu robisz?
Frank: Jestem tu od początku... *wzdycha* 
Clarisse: Serio?
Piper: Ej, Annabeth coś chce przeczytać! Cichej tam!
AnnabethBiały śnieżek zasypuje, odmarzną wam dziś uszy, znak, że święta się zbliżają wszystkim wokół smutek dają, więc nie śmiejmy dłużej się płacz nieśmy w każdy dzień.
Piper: Fajne i... dziwne.
Percy: Ciekawe od kogo to. 
Annabeth: Chwila, zaraz sprawdzę *patrzy na numer*. Leo, kojarzysz go? 
Leo: [cenzura], tak, [cenzura] to [cenzura] Chione. 
Clarisse: No to wzajemnie. 
Frank: Mamy już półgodziny nagrania. Chyba trzeba kończyć... 
Leo: Och, już już. Do następnego odcinka. 
Piper: Leo, a powiesz chociaż kiedy? 
Leo: No cóż, na pewno na następne Boże Narodzenie... 
Percy: Dopiero?! 

_______________________________________________
Chce zaprosić Was do mnie na Fanfiction.net, "Trochę słodyczy" jest opowiadaniem, które nie pojawi się na tym blogu. 
Jeśli jesteś ciekawy, co takiego szykuję, kliknij tu.

12.24.2014

Nie całkiem normalna historia wigilijna

A oto... nowa, poprawiona wersja historii, która już kiedyś była na tym blogu, ale ja, przez swoją nieuwagę, kliknęłam "usuń", a potem "tak" podczas robienia tak zwanych czystek.
Tym razem, postanowiłam pousuwać zamiast tego przekleństwa, ale trochę ich, no cóż, pozostało w tekście.
Trochę dziwnie dawać, to w Wigilię, ale...
Burritos!
_________________________________________


Pewnego zimowego dnia Nico obudził się w łóżku z Herą. Kiedy otworzył oczy był w takim szoku, że spierdolił ją z łóżka i zaczął się wydzierać:
- Szmato ! Jak mogłaś mi to zrobić! Yyy... A co my w ogóle robiliśmy?!
A Hera na to:
- Od dawna mi się podobałeś, synu Hadesa.
Nico był tak zakłopotany, że dopiero teraz zauważył, że on i bogini są nadzy. Szybko zgarnął pierwsze-lepsze ubranie z szafki i wybiegł z pokoju z krzykiem. Na korytarzu zobaczyła go Sadie, która nie wiedziała czy się śmiać czy płakać, więc zapytała spokojnie co się stało, a Nico odpowiedział:
- Obudziłem się z siostrą mojego ojca, która jest moją ciotką, w łóżku, nagi, nie mam pojęcia co robiliśmy, a ty się spokojnie pytasz co się dzieje?! - zawołał jednym tchem. Ten dzień bez wątpienia był porąbany...
- To dlatego masz na sobie damską tunikę... - powiedziała, powstrzymując śmiech.
- Co kurwa?! - wysapał patrząc na siebie. Tak, bez wątpliwości to damska, do tego bogini Hery. Pomyślał, że pewnie jego ojciec już szykuje mu miejsce w Tartarze.
- Co masz zamiar teraz zrobić?
- Nie mam pojęcia... - wymamrotał, gdy pierwszy szok minął - w ogóle nie pamiętam co było wczoraj...
- Piłeś ten sok pomarańczowy? - zapytała ze śmiertelną powagą w głosie.
- Nie... ja nie lubię pomarańczy... chyba wczoraj Valdez robił tą imprezę - zmarszczył brwi - zaciągnęła mnie na nią Piper, a wcześniej nazwała mnie chyba Hadesową dupą... - powiedział to, ściągając tą damską tunikę.
- Rozumiem, że jesteś w trudnej sytuacji, ale mógłbyś się ubrać.
- Chyba ci walnęło, że wejdę tak po prostu do mojego pokoju, gdzie w moim łóżku leży naga królowa bogów z którą najwyraźniej się przespałem!
- Nie... czemu?
Chłopak wziął duży wdech i powiedział:
- Dlaczego wszystkie baby są tak upierdliwe?!
- Ej, uważaj na słowa, bo sama Cię tam wepchnę i nie będzie ratunku...
- Hej! A pamiętasz to w piątek?! Ja ci tu życie ratuje, a ty tak... Carter miał racje, kobiety są porąbane...
Wzięła głęboki oddech i powoli się uspokoiła.
- Jak mogę Ci pomóc? - zapytała z wymuszonym uśmiechem, zaciskając pięść.
- Najlepiej będzie jak się oddalisz i nie będziesz się wtrącać... ale jeśli chcesz - zmarszczył brwi, ale w gdzieś tam w środku uśmiechnął się złośliwie - mogłabyś iść mi po te ubranie...? - spytał niewinnie.
- No... - zaczęła niepewnie - zaraz wracam - ruszyła w kierunku jego pokoju - bokserki też ci przynieść?
Nico przewrócił oczami.
- Nie, aż takim debilem, żeby ich nie ubrać nie jestem... tylko spodnie i koszulę - powiedział.
Uśmiechnęła się do niego i powiedziała:
- Poczekaj na mnie w moim pokoju - zmierzyła go wzrokiem - nie chcemy kolejnego skandalu.
- Tak, raczej nie... - Nico nagle zainteresował się swoimi stopami - mam się bać czy ty po prostu robisz sobie ze mnie jaja?
- Nie zgadłeś... - spojrzała na niego wzrokiem, który mógłby zabić - idę tylko po twoje ubrania, a ty poczekaj w pokoju...
Chłopak spojrzał dziwnie na Sadie.
- Z wami nigdy nie ma pewności... - powiedział.
- Faceci. Tak mało rozumieją - powiedziała zrezygnowana.
Nico po przemyśleniu tego wszedł do pokoju Sadie.
- Aby tylko nie chciała mnie zabić - mruknął.
W tym czasie Sadie udała się do pokoju Nico, lekko uchyliła drzwi przez szparę niestety nic nie zobaczyła. Pokój był pusty.
- Ten debil mnie wkręca - mruknęła do siebie zdenerwowana.
Weszła do pokoju, ostrożnie zamknęła drzwi. Gdy się odwróciła, Hera już za nią stała.
- Złotko, jak było fajnie w nocy... pamiętasz...? - spytała królowa bogów.
- Niekoniecznie... Nie, nie przypominam sobie. - zdrętwiały jej palce.- Co tu się niby działo?
- Coś, czemu z pewnością byłaś przeciwna - odpowiedziała. - Czysta rozkosz. Nigdy nie byłam w trójkącie pomiędzy Egipcjanką i herosem...
- Ja nie mogę. Łżesz ... - powiedziała już mniej pewnym tonem. - Kurwa. Byłam pewna, że to twoja. - Złapała się za brzuch, jakby miała zwymiotować. Po policzku popłynęła jej słona łza. - Powiedz, że kłamiesz ... Że to... Nie prawda... Że... My.. Nie...
Osunęła się na kolana i zaczęła płakać.
- Och, nic się nie stało. Byliście upici tak, że nic nie działo się długo - powiedziała marszcząc brwi. - Tak przynajmniej myślę...
Podbiegła do szafy Nica. Wzięła pierwsze-lepsze ciuchy i wybiegła.
Nico siedział w pokoju Sadie. Kiedy ona sama wbiegła do pomieszczenia.
- Jak mogłeś mi to zrobić? - rzuciła mu ubraniami w twarz
- Co? - spytał zdezorientowany. - Co się stało...?
- Ty wie... - rozpłakała się
- Sadie? Co się dzieje, ty ryczysz? - posłał dziewczynie dziwne spojrzenie. - Co ta Hera...?
- NIE... MY... ZNACZY... TAK!
- Wszystko w porządku? - upewnił się. - To dziwne, coś z Anubisem...?
- Tak... Wszystko w porządku... Tylko, że nie widzisz, że ryczę?! Weź już się ubierz i się nie odzywaj.
- Dobra, już dobra - Nico ubrał się i już miał wyjść z pokoju, gdy pojawiła się Hera.
- Apollo stwierdził, że Sadie zaszła - ogłosiła.
- Nie, to niemożliwe... Powiedzcie, że kłamiecie... - krzyknęła zszokowana i zrozpaczona.
- Ja nie wiem nic na ten temat! - zawołał Nico unosząc ręce do góry.
- Na prawdę? Nic o tym nie wiesz?
- Pamiętam tylko imprezę, nic więcej... - odpowiedział.
- Dzieci, tak się kończy zapominanie o gumkach - wcięła się Hera.
- Jak mogłeś zapomnieć ? - zapytała Sadie z wyrzutem.
- Ej, ale ja nic takiego nie planowałem!
- A myślisz, że ja planowałam?
- Nie... Ale jak się przydarzyło to będę o tym pamiętać... W ogóle, o co z tą ciążą chodzi?
Sadie wzięła głęboki oddech.
- Z opowieści Hery dowiedziałam się, że ja, ty, ona - wzięła następny wdech - No... muszę to mówić? Domyśl się, tępoto.
- Trójkąt? - domyślił się Nico. Na samą myśl o tym chciał zwymiotować.
- No... No... Musiałeś to mówić? Powaga? - mruknęła przez łzy.
- Powiedzmy, że powinienem się tego dowiedzieć - posłał zabójcze spojrzenie Herze.
- No co? Spieprzyłeś, więc nie zdążyłam ci tego powiedzieć - broniła się bogini.
- Aż ręce opadają...
Nagle do pokoju wszedł Carter.
- Co tu się dzieje?! Słychać was nawet z dwóch kilometrów! - zawołał.
- Nic, nic - skłamała okrywając łzy.
- Och proszę cię... - westchnęła bogini. - Takich rzeczy nie ukryjesz przed nim...
- Takich znaczy jakich? O czym mówisz, Hero? - westchnęła. - Naprawdę, nie rozumiem...
- Och, nie ma co tu kryć - odpowiedziała Hera. - Powiedz swojemu bratu, że byłaś w trójkącie, no powiedz... Kane, twoja siostra zapomniała o zabezpieczeniach... - królowa bogów przewróciła oczami. - Będziesz wujkiem.
Carter zbladł.
- Sadie, co ona mówi? Jak, co, gdzie? Jaka trójka - zapytał.
- Och, Magu, proszę cię... - powiedziała Hera. - Nasza Sadie jest w ciąży...
- Musiałaś?! - zapytała, wściekła.
- Ona mówi prawdę? - powiedział, stawiając pytajnik na końcu zdania. - Sadie powiedz, że ona kłamie... Jak, z kim, gdzie, kiedy, co? - rzucił ostrzegawcze spojrzenie w kierunku Nico.
- Kochana, prędzej czy później byłoby widać... - powiedziała bogini. - Tacy młodzi jeszcze, a już...
- Zamknij się już, dobra? - zacisnęła dłonie w pięści. - Wolałabym, żeby dowiedział się później.
- A wać panna wyjaśni może, dlaczego? - Hera ziewnęła. - Trzeba było się zabezpieczać...
- Ja nic, do cholery, nie pamiętam! - krzyknęła. - Nico więcej niż ja pamięta, bo ja sobie nawet imprezy nie przypominam...
- Pigułka gwałtu - Carter skinął głową. - Mogłem się domyślić...
- Dobra ludzie... zbiorowe myślenie... i podstawowe pytanie. Co teraz będzie?
- Jakieś pomysły, Nico? - zwrócił się Carter do syna Hadesa.
- No, mroczny panie, czekamy - ponagliła go Sadie.
- Eee... Hera, masz jakiś pomysł? - Nico natomiast zapytał boginię.
- A co tu takiego trudnego...? Najpierw brzuszek - dziecko będzie rosło. Potem będzie poród i alimenty - wzruszyła ramionami królowa bogów.
- Ta... to takie proste... - powiedziała z rozmarzeniem Sadie - szkoda, że tylko w bajkach...
Nagle do pokoju wszedł Leo, który już od jakiegoś czasu podsłuchiwał.
- Aborcja! - krzyknął.
- Pogięło Cię - krzyknęła Sadie. - To tak samo, jakbym ja kazała, nie wiem... zabić Ci celowo Buforda...

12.23.2014

Czar Świąt 3/3 [Tratie, Chrisse, ConnorxOlivia]

Śnieg padał na ulicę małej dzielnicy na obrzeżach Nowego Jorku, gdzie mieszkał Travis razem z Katie. Tym razem to im przypadła organizacja świąt. Jak zawsze na obchodach święta był obecny Connor ze swoją narzeczoną i dwuletnim synem, a także Chris z Clarisse.
         Chris wyciągnął z lodówki trzy puszki piwa - dla siebie, Connora i Travisa. Po drodze do brata spojrzał na żonę, która trzymała na kolanach ośmiomiesięcznego Aleca. Wyglądała na bardziej złą, niż zazwyczaj.
 — Kto pozwolił twoim bratom rozmnażać się? Są jak zaraza — zapytała kpiąco. Jej mąż zaśmiał się, ale po chwili wzruszył ramionami.
 — Nie wiem i nie mam nic przeciwko temu — zażartował. Rzeczywiście, Chris lubił dzieci Travisa i Connora, byli dwójką małych, wesołych chłopców mających już we krwi wpadanie w kłopoty. Mieli aż za dużo w sobie swoich ojców, jak zauważyła Clarisse.
Kobieta spochmurniała jeszcze bardziej, a potem wygłosiła niemiłą uwagę.
 — Wiesz, co się dzieje, gdy córka Hekate ma dziecko z synem Hermesa? Jest złośliwy, magiczny dwulatek.
 — Co ci przeszkadza w Johnnym? — Zapytał Chris, beztrosko i nie interesując się tym naprawdę.
Zegar pomału wybijał dziewiątą, a małżeństwo było w domu swoich przyjaciół od samego rana. Zaczęli się zastanawiać nad zostaniem na noc. Mieli już o tym porozmawiać z Travisem i Katie, kiedy...
nie spodziewali się zobaczyć Aleca z burzą różowych włosów.
Chris wziął głęboki oddech i powiedział:
 — Jestem pewien, że 'Livia temu zaradzi.
 — Syn twojego brata jest demonem.
 — Johnny jet małym dzieckiem, czar nie może być szkodliwy. Spokojnie — położył jej dłoń na ramieniu, żeby ją uspokoić. Clarisse założyła na głowę malca czapkę, żeby zakryć różany kolor.
 — Gdzie jest Kathrine?! — Krzyknęła Katie w drzwiach, z tacą pełną pierników i w haftowanym fartuchu. Rozglądnęła się z pięcioletnią córką Clarisse i Chris.
 — Myślałam... że jest z tobą.
 — Była, ale... straciłam ją z oczu — wytłumaczyła zaniepokojona Katie, widząc ich zdziwione miny. Tymczasem Kathy najwyraźniej świetnie się bawiła w sąsiednim pokoju, udając, że ubrana w kolorowe bombki i łańcuchy świąteczna choinka jest zabójczym  i krwiożerczym potworem.
 — Giń, wstrętna szumowino! — Wrzasnęła, ściągając jedną z choinkowych ozdób i z zamiarem rzucenia w drzewko bożonarodzeniowe, cisnęła barwną bombką w ścianę. Potem rozległ się tupot małych stóp.
 — No proszę, znalazła się — Chris uśmiechnął się. Katie nie było do śmiechu, nie uśmiechało jej się na myśl, że będzie musiała sprzątnąć roztrzaskane szkło. Mężczyzna jednak dalej się szczerzył, kiedy wziął trzy piwa i razem z Katie ruszył do salonu, a wkrótce potem Clarisse też wstała od stolika nie chcąc przesiedzieć świąt samotnie. W końcu mały Alec nie był najlepszym towarzyszem.
   Usiadła na kanapie, obok Katie, która położyła jeszcze ciepłe ciasteczka na przystrojonym stole i zaczęła opowiadać Świąteczną Historię dzieciakom. Nie dało się zaprzeczyć, ta dziewczyna potrafiła zachwycić każdego, który chociaż na chwilę wsłuchał się w jej opowieść - opowiadała niebywałą historię o Świętym Mikołaju wchodzącym ukradkiem do domu przez komin i zostawiającym prezenty pod choinką i w specjalnych skarpetach, nieśpiących dzieciach...
 — Mamo, jak wchodzi do nas Mikołaj? Przecież nie mamy komina... — zauważył nagle, ale z resztą całkiem trafnie Alan. Katie się zmieszała, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Kathrine zrobiła przemądrzałą minę.
 — Głuptasie, przecież nie ma Świętego Mikołaja. Prezenty zostawiają nam rodzice.
Katie posłała Clarisse zdumione spojrzenie, ale ona także była zdziwiona.
Dwuletni Johnny nie bardzo jeszcze wszystko rozumiał, ale ton jakim powiedziała Kathy doprowadziła go na skraj histerii. Prawie sześcioletni Alan spojrzał na dziewczynkę wzrokiem typu "ja to chciałem powiedzieć, wredna mądralo".
 — Katie, gdzie jest Olivia? — Zapytała Clarisse, przyglądając się Johnny'emu.
 — Nie mam pojęcia, ale ona i Travis mają za dużo relaksu — stwierdziła, wzruszając ramionami.
 — Widzieliście Connora? — Zapytał Chris, trzymając piwo.
 — Został wciągnięty do apokalipsy zombie-kosmito-wampirów — odpowiedziała Katie, spoglądając na ekran telewizora na którym Connor właśnie włączył film katastroficzny.
 — Zgaduję, że to jakaś ważna sprawa.
Nagle pojawiła się Oliwia. Drobna blondynka opadła na sofę, wyczerpana i chwytając się za głowę.
 — Przysłali cię zombie-kosmito-wampiry? — Zażartowała Clarisse, wyciągając Alecowi rączkę z buzi.
 — Nie, porwali mnie, ale uciekłam, bo chcieli mnie zabić — odpowiedziała z powagą 'Livia. To już była inna całkiem historia, a narzeczona Connora wcale sobie tego wszystkiego nie wymyśliła.
 — Dobrze, że jesteś. Mogłabyś przywrócić normalne włosy Alecowi — powiedziała Clarisse, ściągając z głowy jej malucha kapelusz i odsłaniając bujne, różane włosy.
Olivia ledwo powstrzymała się od śmiechu.
 — Jak zgaduję, to robota Johnny'ego?
Clarisse przytaknęła, wyraźnie zirytowana. Olivia zdawała się aż pękać z dumy za jej syna.
 — Nie martw się, to bardzo proste zaklęcie. Prawdopodobnie nie będzie żadnych skutków ubocznych oprócz trwałego uszkodzenia mózgu.
 — Co?!
 — Żartuję! — 'Livia zaniosła się śmiechem. Clarisse spojrzała spode łba na rozmówczynię.
 — Cha, cha, cha — parsknęła kpiąco.
 — Mogą mu się tylko ewentualnie przerzedzić trochę włosy, ale przecież odrosną — machnęła ręką nad głową dziecka, chichocząc pod nosem. Włosy Aleca z różowego, znów stały się ciemnobrązowe. Chłopiec spojrzał po wszystkich twarzach swoimi rozmarzonymi, piwnymi oczami. Już jutro nie będzie nic pamiętać. — Proszę bardzo.
"Ciotka" 'Livia uśmiechnęła się.
Po raz pierwszy tego dnia, Clarisse poczuła, jak opadają jej powieki. Przytuliła do siebie Aleca, chcąc skłonić synka do snu.
         Alec już prawie zasnął, kiedy zjawił się Idiota Numer Jeden i Idiota Numer Dwa, którzy wpadli na cudowną myśl i wyszli z domu na podwórko, żeby rozegrać bitwę na śnieżki. Krzyk Aleca nie został zauważony przez braci, którzy przekrzykiwali się przez siebie i wpadli na drzwi, wychodząc.
 — Jesteś innym facetem, Travis. Wygram! — Krzyknął Connor, wpadając w zaspę śnieżną. Nie miał na sobie nic prócz głupiego swetra zdobionego w świątecznym stylu, dżinów i skarpetek. Nie bardzo miał pojęcie, co stało się z jego butami...
Travis znajdował się w bardzo podobnym położeniu, ale nie wydawał się tym przejmować.
Dwaj bracia zamiast się zniechęcać, wciąż się nakręcali w obrzucali się nawzajem kulkami. Do czasu, kiedy Travis się przewrócił. Zwycięzca pojedynku stanął nad nim chcąc go "dobić", a wtedy starszy Stoll podniósł ręce w górę w geście poddania. Connor jednak nie odebrał sobie takiego zaszczytu, podniósł śnieżną kulkę, wycelował w brata i...
          — Dlaczego ja nie mogę iść? — Zapytała niezadowolona Kathy, stojąc na kanapie i spoglądać przez okno na bitwę na śnieżki swoich wujków. — Zobaczcie!
 — Co? — Zapytał Alan, ale zaraz zobaczył o co jej chodziło. — Pierwsza Gwiazdka!
Na  ciemnym nocnym niebie zaświeciła właśnie pierwsza gwiazda. Wywołała furorę wśród dzieci, które zaraz zaczęły lamentować. Nawet nie umiejący jeszcze mówić Johnny przyłączył się jakoś do dyskusji.
Katie uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona. Jej szczęście nie trwało długo. Rozległ się huk, słyszany w całym domu. Trzasnęło szkło. Nawet dzieciaki ucichły, zdumione.
 — Mamo, wujek Chris przewrócił choinkę!

12.22.2014

Czar Świąt 2/3 [Leyna]

Leo szczerze nienawidził zimy.
Darzył nienawiścią cały ten chłód, który ogarniał wtedy świat.
On nie znosił, gdy wełniany szalik wbijał mu się w szyję.
Nikt tak naprawdę nie rozumiał, dlaczego Leo tak bardzo znienawidził właśnie tej pory roku.
 Irytowało go, że nie może brać udziału w pojedynkach na śnieżki, bo każda kulka topiła się w jego dłoniach, bałwany roztapiały się, gdy się koło nich pojawił, nie mówiąc już o ich robieniu. Kompletna porażka.
Mógł się tylko przyglądać, jak wszyscy inni świetnie się bawią podczas śnieżnych dni.
On jednak nie na to patrzeć, obawiając się, że poczuje z tego powodu przygnębiony. Dlatego właśnie postanowił: zacznie nienawidzić zimę.
Zaczął wmawiać sobie, że to nic innego jak chłód i nic przyjemnego.
Gdy z nieba spadały płatki śniegu, on, zamiast entuzjazmować się tym jak wszystkie inne dzieciaki, tylko narzekał, że znowu będzie trzeba odśnieżyć podjazd do domu.
Jedyne, co ubóstwiał w tej zimnej porze roku - gorąca czekolada. Dzięki niej przesiadywanie w jednym pokoju z rodziną zastępczą nie było nawet takie złe.
Jego zdaniem ten ciepły napój był prawdziwym cudem na ziemi, kiedy wokół było tak chłodno.
Jego nastawienie do zimy nie zmieniło się nawet po latach, kiedy był w Obozie Półkrwi, gdzie tylko na szczęście nie było jej co roku.
Jeśli już Pan D. postanowił wpuścić śnieg do Obozu, wtedy on chował się w głąb Bunkra 9 i pracował nad swoimi nowymi maszynami.
Wychodził z niego naprawdę rzadko i szybko wracał, narzekając pod nosem, to że nie odśnieżone, to że młodsze dzieci nabawią się kataru, bo ich starsze rodzeństwo nie dba o to, żeby byli odpowiednio ubrani. Narzekał nawet na to, że jest cały mokry, gdy wszedł do ciepłego pomieszczenia...
        — Co robisz, Valdez? — Leo był naprawdę zaskoczony, gdy ktoś pojawił się za jego plecami.
 — Rey-Rey? — Zapytał.
Reyna przewróciła teatralnie oczami.
 — Po pierwsze, nie jestem Rey-Rey, a po drugie... kogo się innego spodziewałeś?
Leo wzruszył ramionami. Niby jakby nigdy nic, powrócił do swojego wcześniejszego zajęcia.
Była pretorka od czasu do czasu przychodziła sprawdzić, czy nie zamierza niczego wysadzić, lub zrobić coś podobnego. Mimo prawie pięciu lat od czasu, gdy zbombardował Obóz Jupiter, Reyna dalej żywiła do niego z tego powodu jakąś niechęć.
 — Co tam kombinujesz? — Dziewczyna spojrzała mu przez ramię. Valdez niechętnie się odsunął.
 — To nic ważnego, to po prostu coś dla Jasona — wyjaśnił nieszczerze, nie zdradzając, że to miał być prezent świąteczny właśnie dla niej. Reyna przez pewien czas nic nie mówiła, ale gdy się odezwała, zapytała:
 — Dlaczego siedzisz tutaj, zamiast być z innymi?
Leo spojrzał na nią tak, jakby powinna znać odpowiedź na swoje pytanie.
 — Po co mam marnować na nich czas? — Rzucił obojętnie, ale w duchu był wyraźnie zły. Delikatny temat. Usiadł na zimnej podłodze, odkładając na bok klucz francuski.
 — Jest chłodno — ciągnęła Rey, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Leon prychnął.
 — O co ci chodzi?
 — Masz ochotę na gorącą czekoladę? — Zasugerowała pogodnie. Dwudziestolatek zmierzył dziewczynę wzrokiem. Tak, trzymała dwa kubki. Pełne smacznej, gorącej czekolady. Leo także uśmiechnął się trochę, a Reyna podała mu jeden z garnuszków.
 — Dziękuję, Reina.
          — Wiesz, co Valdez? — Zapytała kobieta z uśmiechem. Prawdziwym uśmiechem, nie przymuszonym. Takim... czułym.
 — Hmm... co?
 — Nikt nie powinien zostawać w święta sam.
 — Masz rację — na twarzy Leo także zalśnił uśmiech.
 Chociaż to było święto śmiertelników, nikt w czasie tych trzech dni nie powinien być samotny.

12.21.2014

Czar Świąt 1/3 [Charlena]

 — Silena chodź, bo się spóźnimy! — Krzyknął Beckendorf przez drzwi łazienki do swojej dziewczyny.
 — Jeszcze tylko minutka! — Zawołała.
Ta "minutka" trwała jakieś półgodziny. Charles westchnął i usiadł na łóżku, biorąc do rąk jakiś miedziany drut leżący na szafce nocnej i bawiąc się nim. W ten sposób uformował go w formę świątecznej choinki.
Mogę spróbować dorobić światełka, albo diody, tylko...
     Jego zastanowienia przerwała Silena otwierająca drzwi toalety i pokazująca się w mocno czerwonej sukience, którą nazywała "Bożonarodzeniową". Długie rękawy i wysoki kołnierz, oraz odpowiednia długość, czyli nie wyzywającą, ale odkrywającą świetne nogi. Silena z dodatkowo idealnie dopracowanym makijażem i promiennym uśmiechem niewątpliwie wyglądała pięknie.
 — Wyglądasz... — zaczął oniemiały Beckendorf, ale uśmiech jego dziewczyny zbladł.
 — Nie chcę być niegrzeczna, ale mam zdjęcia z ostatnich świąt, na których masz ten sam sweter — powiedziała dziewczyna. Charles spojrzał na swój pulower. Był już trochę wyblakły, ale nadal czerwony z pasem małych, białych reniferów. Nie był pierwszej nowości, ale Silena w zeszłym roku nie miała nic przeciwko temu, żeby miał go na sobie.
 — To mój świąteczny sweter, skoro ty masz świąteczną sukienkę — bronił się, trochę urażony.
 — Charlie — powiedziała Silena, siadając obok Beckendorfa. — To pierwszy weekend z moim ojcem. Nie chcesz zrobić dobrego wrażenia?
 — Chcę, ale co jest nie tak w moim swetrze? Nie ma dużego znaczenia. Znam twojego ojca od dawna, a poza tym, wychodziłem z tobą w dużo gorszych rzeczach — zauważył chłopak, właściwie już mężczyzna.
 — To po to, żeby było wygodnie i wiedziałam, że masz tendencję do brudzenia się. Ale teraz jest inaczej. Możesz po prostu poszukać czegoś innego? Proszę, dla mnie — jej wielkie, niebieskie oczy były tysiąc razy bardziej efektowne niż Czaromowa.
 — Dobrze, ale zrobię to tylko dla ciebie — Charles wstał i podszedł do kredensu, a Silena się mu przyglądała.
Przeszukał kilka szuflad, aż w końcu wyciągnął pomarszczoną piłkę, która powinna być koszulą. Ściągnął swój sweter i zamiast niego założył białą koszulę, zapinając ją odwrócił się do dziewczyny.
 — Wyglądasz lepiej, ale przydałoby się wyprasować... — skomentowała.
 — Możesz do zrobić? — Zapytał Beckendorf.
 — Niby dlaczego? Jestem kobietą, która lubi sukienki. Nie jestem jeszcze niczyją żoną, więc nie bawię się w stereotypy.
Chłopak Sileny tylko się zaśmiał.
 — Nie umiem prasować.
      Ciemnowłosa spojrzała pytająco. Czyżby wielka tajemnica "dlaczego wszystkie ubrania Charliego są pozwijane?" została rozwiązana?
 — Masz dostać stypendium na NYU, a nie wiesz, jak się prasuje?
 — Tak, a co? — Beckendorf nagle poczuł się straszne głupio, a na jego policzkach pojawił się rumieniec wstydu.
Silena poczuła się trochę źle z powodu, że go drażniła.
 — Wiesz — powiedziała, pochylając się, żeby podnieść sweter z podłogi — rzeczywiście jest całkiem ładny. Możesz założyć go z powrotem.
Uśmiechnęła się do niego i wręczyła mu sweter. On pochylił się, żeby ją pocałować, pomóc wstać, aby spotkać się z jej ustami. Obrócił ją wokół, tak, że biedna Silena wylądowała na łóżku ze śmiechem.
Beckendorf znowu założył swój "Świąteczny sweter".
     — Chodź, Ślicznotko — zawołał, wychodząc.
 — Charlie — dziewczyna pobiegła za nim, nie troszcząc się, że jej nowa fryzura zostanie na pewno zniszczona — a bagaże?