9.24.2016

Żyję, jestem, oddycham

"Gimnazjum jest okropne", może jeszcze nie poznałam całego jego smaku i wgl. ale z pewnością to nie jest najgorsze.
Najgorsze jest to, że przeprowadziłam się do babci, gdzie nie mam komputera do pisania ani dobrego łącza z internetem, siedzę na zacinającym się co średnio dwie minuty tablecie i telefonie tylko do odbierania połączeń. Gdyby nie to, miałabym z godzinkę na pisanie codziennie.
Pisanie na blogi i nauka jest niezwykle uciążliwa. Więc posty będą rzadko.
Może jeden na miesiąc. Przykro mi, tak będzie dopóki nie kupię jakiegoś znośnego laptopa.
Pracuję nad jednym SADICO. Duet Sadie i Nico niedługo powróci!
ARE YOOU REEADY?

6.28.2016

ANKIETA (WAŻNE!!!)

Postanowiłam zmienić jedną z ankiet. Przeczytaj to do końca.
Nowa nazywa się: "Jaki jest Twój ulubiony utwór?"
Wybrałam posty, które mają najwięcej komentarzy lub ponad 190 wyświetleń. 
Jeśli twojego ulubionego nie ma na tej liście, napisz tytuł w komentarzu. Jak nie pamiętasz, napisz w skrócie, o czym był. 
Ta ankieta ma na celu sprawdzenia, czy to co komentujecie, podoba Wam się, czy wręcz przeciwnie, najlepsze Waszym zdaniem pozostawiacie echem. Jeśli nie jesteś osobą, która wszystko olewa, proszę, zrób to dla mnie. To tylko chwilka, nie zabije Cię to, a mi pomoże bardzo w przyszłości.
To dla mnie NAPRAWDĘ WAŻNE!

6.23.2016

06. Takie jakby podchody [2/2]

UWAGA, ten rozdział może być nieodpowiedni dla osób, który cierpią na choroby serca. Bardzo duża dawka SZOKU i OCZOJEBU.
Ad pisząc go coś brała, ale nie mogła doczekać się aż będzie mogła go opublikować, a uwolniona od szkoły chciała to zrobić jak najszybciej, więc mogą być błędy.
Wgl. hakuna matata, mam średnią 5.45 i zachowanie wzorowe, więc mój całoroczny wysiłek, przez który musiałam was trochę olać, nie poszedł na marne ^^ A i tak jedna dziewczyna z klasy (akurat totalna olewka) ma 5.64 nw dlaczego....


Raisona nie ma. Jestem w tym głupim lesie, na tej beznadziejnej polance całkiem sama, otoczona przez trójkę Łowczyń. Dwie z nich wyglądają na młodsze ode mnie, a trzecia wydaje się być moją równolatką. Chyba. Najmłodsza, najwyżej dziewięcioletnia, jest drobną, oliwkowoskórą dziewczynką o czarnych jak sadza włosach i oczach jak bezkresna ciemna pustka.
Dwie pozostałe co jakiś czas wymieniają krótkie, ściszone zdania, niby to rozkazy lub pouczenia, a ta czarnowłosa dziewczynka wciąż milczy i zdaje się mieć oczy wokoło głowy. Dostrzega każdy mój ruch. Jestem uwięziona przez dziewięciolatkę, dwunastolatkę i jakąś inną, czerwonowłosą dziewczynę. Dogadałaby się z Tomem, czerwonowłosych kumplem Adama.
Niespodziewanie, dwie z dziewczyn padają na miękkie runo. Dostrzegam specyficzną, czerwoną czuprynę, a później szary kaptur.
Kurczę, Adam i Tom mają idealne wyczucie czasu. Czarnowłosa dziewczynka wycofuje się szybkim krokiem.
 - Powie innym... - mamroczę.
 - Niech mówi - Tom uśmiecha się od ucha do ucha. - Dawno już się stąd zmyjemy. Chodźmy w stronę rzeki, Łowczynie jej nie lubią. Tam będzie łatwiej. A Adamowi się tam podoba.
 - Dzięki, że tak o mnie dbasz - Adam udaje obrażonego, ale nie udaje mu się to. Parska śmiechem w połowie zdania. Chwyta mnie za rękę i prowadzi w bliżej nieokreślonym kierunku.
Płomiennowłosy Tom osłania nasze tyły, chociaż jak na takie chucherko jak on, to nic nam nie pomoże. Mimo to Adam wydaje się mu ufać, a ja nie mam wyboru. Tom idzie z tyłu i koniec, kropka.
Słyszę znajomy, niespokojny szum strumienia. Sprawia, że po moich rękach i plecach idą marszem okropne dreszcze. Nie chcę tam iść, wizja rzeki przeraża mnie.
Ku własnemu zaskoczeniu mocniej chwytam chłopaka.
 - Percy, nie mogę jej tego robić. Proszę, nie mogę jej kraść życia - szepczę. Ja czy kto? Ja, ale nie ja... Ktoś inny. Ktoś, kto zna Percy'ego Jacksona, bohatera Olimpu, pogromcę Minotaura, Tytana Kronosa i wielu innych potworów.
 - Ann... ja nie wiem, co się z tobą dzieje - patrzy na mnie tymi swoimi brązowymi oczami.
 - To był błąd, Percy. Zapytaj Chejrona, co zdarzyło się 22 czerwca 2011 roku. Piętnaście lat temu. Co wydarzyło się w letnie przesilenie. - Czuję, że łzy płyną mi po policzkach... ale dlaczego? Dlaczego ja płaczę, gadam jak ktoś inny i mówię Adamowi o jakimś letnim przesileniu sprzed piętnastu lat, kiedy jeszcze nie urodziłam się...
Moment... przecież to data moich urodzin. Wiem, że to dziwne, że od razu nie skojarzyłam, ale we wszystkich aktach mam wpisany 21 czerwca, ponieważ urodziłam się jakąś minutę przed lub po północy. Do teraz nikt nie wie, jak to w końcu było.
 - Annabeth!
Adam przytula mnie. Czuję jego usta ma moim czole, ogarnia mnie dziwne uczucie odrętwienia.
Odsuwam go od siebie.
 - Playboy'u, nie pozwalaj sobie na zbyt wiele! - grożę mu palcem.
Delikatnie potrząsa bronią w swojej ręce, jakby nie wiedział co zrobić ze swoim lśniącym mieczem Jedi.
 — Ja wszystko rozumiem, Annabeth... Prawie wszystko. To... to możliwe, żeby...? Żeby dwie osoby...?
 — Greene! Weź się w garść! Masz gorączkę i omamy?! — wołam, biegnąc przed siebie.
Rzeka, niewzruszona, płynie swoim nurtem. Denerwuje mnie, przeraża, sprawia, że ciarki przechodzą mi po plecach. Chce mi się rzygać, ale kroczę przed siebie, zbyt zajęta własną dumą, by sprawdzić, co z chłopakami. Słyszę, jak za mną idą, próbują dogonić. Nie chcę ich widzieć... Co to za wariatkowo? Pomarańczowe koszulki, pół końskie stworzenia, greckie bóstwa za rodziców...
Powietrze przeszywa strzała i trafia drzewo obok. Potem kolejne... obsypuje mnie grad strzał. Nawet, jeśli tępe, nie są bezpieczne.
     Tom odciąga mnie na bok, ciągnąc za rękawek pomarańczowej bluzki. Krętą drogą, chociaż czuję, że wie co robi, prowadzi nie wiadomo dokąd. W końcu widzę tą małą polankę, tak niezauważalną, że normalnie nie przejęłabym się nią. Ale aktualnie toczy się na niej prawdziwa batalia. Wśród kilku obozowiczów dostrzegam Adama i Nico.
Syn Hadesa niemal stoi przed samym sztandarem, ale dosięgnięcie go uniemożliwia mu jedna Łowczyni... Thalia, siostra Jasona.
 — Hej, Chłopcu Śmierci rzuca lekceważąco w stronę mężczyzny, który po pierwsze: na pewno nie jest chłopcem, po drugie: zdaje się mieć nad nią przewagę, chociaż z pojedynku na kopniaki i pięści ciężko cokolwiek wywnioskować. — Spróbuj tego, Nicoś!
Pewnie chce wykonać jakiś atak, Nico pochyla się nad nią i...
Nic nie widzę! Adam, ten sam osobnik płci męskiej, staje mi przed oczami. W najciekawszym momencie... kiedy nie umie się walczyć, samo oglądanie daje przyjemność, a Thalia i Nico byli najbardziej ciekawymi uczestnikami.
 — WTF! — Słyszę Toma, który szybko wskazuje nam na samo centrum bitwy. Na osoby, którym przyglądałam się przed momentem.
Nico pochyla się nad Thalią. Tak, to widziałam, ale... ale... nie wiem, co powiedzieć. Oni. Oni się całują. Gdzie tu sens? I dlaczego wszyscy się na nich patrzą ze szczenami przy samiuteńkiej glebie? Dobra, ja też się na nich tak patrzę. To po prostu szok. SZOK.
 — NICO, CZY CIEBIE DO RESZTY PO....AŁO?!  —Wrzask niebieskookiej porucznik Łowczyń jest słyszalny chyba w całym obozie. — Po dziesięciu latach... Zero honoru, di Angelo! Nie, mniej niż zero!
Thalia wygląda na osobę, która lada moment ma wybuchnąć płaczem. Odchodzi.
Nico nawet nie rusza się, by wziąć sztandar. Cała polana zastyga w bezruchu, oczekując na jego następny ruch, ale on tylko wycofuje się z opuszczoną głową.
Kiedy mija mnie i chłopaków słyszę, jak mówi do siebie:
 — Przepraszam, mogłem to ratować, kiedy był czas... Dziesięć lat temu.
I tak Bitwa o Sztandar straciła sens, a żadna strona nie chciała tego ciągnąć. Ogłoszono remis, Adam powiedział, że pierwszy taki w historii.
     Idę z Adamem i Tomem nad strumykiem, wpatrując się w wodę. Czuję, jak moje usta układają się w smutny uśmiech.
W pewnym momencie Tom żegna się z nami i idzie w stronę innych dzieci Aresa.
 — Sporo się zmieniło. Nie wszystko na lepsze... mówi coś z wewnątrz.
 — Tak, wszystko jest inne... Nawet ja nie mam pojęcia, co było między Thalią a Nico. — Adam patrzy na mnie z rezygnacją. — Wtedy to ciało miało pięć lat, a ja przypomniałem sobie o tym, kim jestem dopiero pięć lat później. Ale słyszałem plotki, że Thalia chciała rzucić dla niego Łowy.
 — To smutne, że to się tak skończyło... — łapię chłopaka za rękę i przyciągam do siebie.
 — Mam nadzieję, że my się nigdy nie skończymy. dostrzegam iskierki w jego oczach.
 — To jej ciało, nie moje, Percy... nie mam do niego żadnych praw. Ale pamiętaj o mnie, dobrze?
Percy, zielonooki syn Posejdona — nie Adam, syn Hermesa o brązowych oczach — zamiast odpowiedź, otrzymuję od niego pocałunek mnie w usta z niesamowitą pasją. Chciałabym, żeby ten moment był wieczny. Przez te wszystkie lata brakowało mi go tak bardzo...
* * *
     Wszyscy, łącznie z Łowczyniami, otaczamy ognisko, które w przy życiu usiłują utrzymać dzieci Apolla. Jest nieźle, ogień trzyma się jakoś, chociaż humor niektórych z nas nie jest już tak dobry.
Thalia przeszywa swoimi niesamowicie niebieskimi oczami Nico na wskroś, a ten udaje się tego nie zauważa. Atmosfera jest ciężka i łzawa, nie wiem, co działo się dziesięć lat wcześniej między nimi, ale pozostawiło naprawdę spore rany.
 Przychodzi do nas Jason i zajmuje mu kilka chwil, przez które wpatrujemy się w niego jak w UFO, zanim decyduje się zacząć mówić:
 — Chciałbym coś ogłosić. I proszę, nie miejcie do mnie żalu.
Nagle Raison odwraca się plecami i odchodzi.
 — Miałem nadzieję, że się ogarniesz! — rzuca, nie odwracając się nawet na ułamek sekundy w stronę ojca.
Emily i Adrian splatają ręce i także się odwracają od jasnowłosego mężczyzny.
Jason wzdycha.
 — Wiecie już, że Reyna nie żyje... Otrzymałem od Franka szansę powrotu do CJ jako pretor. Nie, nie chcę tego... ale teraz nie ma nikogo lepszego. To tylko trzy miesiące, później wracam do was.
Bliźniaczki, złączone dłońmi, wstają i odchodzą. Zupełnie bez słowa.
Czy ktoś wyobraża sobie gorszy dzień...?
Najgorsze, że ten gorszy dopiero ma nadejść. Wkrótce. Tak mówi ta część mnie, która zna Adama. Nie, Percy'ego. To takie dziwne... ale tamta część mnie (czy to w ogóle ja?) zdaje się to wyczuwać — jest wręcz tego pewna.

5.10.2016

Koniec obijania! + Gratis ^^

Jestem debilem. Tak, pewnie napiszecie mi, że nie piszę nic nowego - i macie rację. Znów udowadniam Wam swoją wielką niekompetencję.
Zajęłam się pisaniem originala - nie chcę robić z niego wielkiego sekretu jak ze Stwora, to nie tak ważna rzecz, po prostu opowiadanie długości mniej-więcej takiej jak Sowa zwrotna na spojrzenia (ale tym razem to nie żaden ff  i nie ma jakiejś szczególnej magii oprócz wyobraźni ;) )

Opis: Gabriel jest pół-Włochem, który przyjeżdża do Polski z ojcem i starszą siostrą, Rebeccą. Z racji różnic kultury i języka staje się popychadłem. Aż pewnego dnia zjawia się piegowata Sucrette o niezwykle niebieskich oczach, która zmienia dosłownie wszystko, co mogło wydarzyć się kiedykolwiek w jego życiu. A Rebecca uważa go za naiwnego dzieciaka gadającego z wymyśloną przyjaciółką - ba, z trójką wyimaginowanych przyjaciół...
*Na razie Gabriel jest dzieckiem, ale później go postarzę ;)*
*P.S.: nie bierzcie Magii i Mitu na poważnie - to wersja 0.1, jeszcze to zmienię nazwę, po prostu nie mogłam wymyślić w co on też mógł grać :)*

 Chłodne, jesienne powietrze powietrze szczypało w oczy i Gabriel niemal czuł śnieg tylko czekający na okazję, żeby znów zgnębić ludzi. Szczelniej otulił się kurtką, zakrywając nos szalikiem. Nienawidził mrozów. Nawet w wieku sześciu lat ludzie wyśmiewali go za to, że jest "emo", ale chłopiec nie miał pojęcia co to znaczy. Wiedział tylko, że nie lubił tej etykietki na swoich plecach.
Dziwadło. Nie potrafi mówić po polsku. Do tego chodzi ubrany jak mroczny Eskimos.
Jego siostra, Rebecca, zapewniała go, że to nieprawda. To mu wystarczało – jego siostra zawsze miała rację.
Jego palce pod wpływem chłodu drętwiały, utrudniając możliwość gry w jego ulubioną grę. Bez względu na to, że mówili, że Magia i Mit to nie gra dla dziecka. Nie był małym dzieckiem. Uważał, że sześć lat to wystarczająco.
Rebecca mówiła, że czasami dobrze jest być dzieckiem, ale chyba nigdy nie miała na myśli szkoły. Tak bardzo cieszył się, rozpoczynając swoją edukację. Był mądrzejszy od swoich rówieśników, był w stanie przeczytać większość zdań. Uwielbiał czytać zwłaszcza na temat bogów i potworów znanych mu z gry. Od tego się zaczęło - był zmęczony proszeniem Rebeki o odczytywanie mu kart, więc zdecydował się zapamiętać każdy wyraz na ich odwrocie i powoli, kojarząc je z poszczególnymi obrazami, faktycznie zaczęło to działać. Jego nauczycielka, pani Różaniecka, była pod wrażeniem.
Gabriel uważał panią Różaniecką za najlepszą i najładniejszą panią jaką kiedykolwiek spotkał, nawet jeśli nie znał jej prawdziwego imienia. Tylko raz pewien wielki i silny mężczyzna nazwał panią Różaniecką Danutą. Nauczycielka miała jasne włosy i wesołe fiołkowe oczy, szeroki uśmiech, a Rebecca wydawała się lubić wychowawczynię młodszego brata.
Gabriel potarł o siebie dłonie, próbując je ogrzać. Kątem oka zerknął tęsknie na plac zabaw. Jeden z chłopców ze starszej klasy popychał jakieś młodsze dziecko. To sprawiło, że chłopiec przypomniał sobie swój pierwszy dzień w szkole, kiedy to był wszystkim zafascynowany. Do momentu, w którym Sew postawił go w tej samej sytuacji, co tego chłopca.
Już nie lubił szkoły. Tak samo inne dzieci nie lubiły go, bo się od nich różnił. Przeniósł się do Polski przed pięcioma miesiącami, i chociaż jego polszczyzna była dobra ze względu na pochodzenie matki, jego akcent wciąż pozostawiał sporo do życzenia. Czasami koledzy mówili mu, żeby powiedział jakieś trudne słowa. Szczególnie podobały im się właśnie ciężkie i niemal niemożliwe do powiedzenia łamańce językowe i słówka zaczynające się na "h". Nienawidził ich.
- Ej – usłyszał nad sobą i spojrzał w górę, by zobaczyć Sewa stojącego przednim w towarzystwie dwóch kumpli (kumple byli w ostatnim czasie ulubionym słowem Rebecki). - Nadal grasz w te... ee... badziewie, dzieciaku?
- Nie jestem dzieciakiem – mruknął Gabriel, spoglądając na leżące na ziemi figurki.
Sew roześmiał się, ale po chwili spoważniał. Popchnął Gabriela, który upadł do tyłu. Starszy chłopiec podniósł jedną ze statuetek bogiń.
- Kto to? - zapytał z przekąsem.
Ciemnowłosy Gabriel podniósł się z ziemi.
- Atena.
Sew prychnął i rzucił figurkę do chłopaka. Z braku koordynacji nie udało mu się jej złapać – uderzyła go w szczękę.
- Głupie.
- To nie głupie - mruknął Gabriel, podnosząc figurkę. - To ty głupie.
Pochylił się, by zebrać pozostałe, ale wyższy i silniejszy z chłopców chwycił go za rękę.
- Naucz się mówić po polsku – powiedział Sew.
Ścisnął nadgarstek Gabriela i wygiął do tyłu. To nie był pierwszy raz, kiedy to robił i Gabriel już doskonale zdawał sobie sprawę co się stanie z jego ręką, jeśli nie zareaguje. Za pierwszy razem usiłował udawać, że to nie bolało i skończyło się na tym, że chodził przez tydzień w rękawiczkach, żeby ukryć siniaki. Nie powiedział o tym ani ojcu ani Rebecce, oni i bez jego problemów mieli sporo na głowie. A nauczyciele to ignorowali.
Jęk bólu wyrwał się z jego gardła, kiedy próbował wyrwać się z mocnego uścisku. Sew i jego koledzy śmiali się, dopóki ich lider nie puścił go. Razem ze swoimi kumplami odsunęli się od Gabriela, żeby pójść na poszukiwanie kolejnego samotnego dziecka.
Siedząc na chłodnej ławce chłopiec rozmasowywał obolałą dłoń i miał nadzieję, że po tym starciu nie będzie żadnych śladów.
Chciał, żeby wrócili do Włoch. Ba, cofnęli czas i nigdy się tutaj nie pojawili. Ta myśl nie pojawiła się w jego umyśle po raz pierwszy, ale nieustannie prosił Pana, by dano mu jakąś nadzieję.
Pociągnął nosem i otarł łzy, nie pozwalając im się rozlać po policzkach. To byłoby przekleństwo, łzy są ciepłe, ale na takim mrozie szybko zamarzłyby.
- Cześć – odezwał się ktoś za nim dziecięcym głosem.
Odwrócił się w tamtym kierunku. Stojącą tam osobą była dziewczynka w jego wieku. Wyższa od niego, szczupła jak baletnica, o miodowej cerze i twarzy niemal całkowicie pokrytej piegami. Miała czarne, sięgające ramion czarne włosy i ładne, przyciągające wzrok elektrycznie niebieskie oczy. Takie połączenie było niemal przerażające. Za duży biały sweter wisiał na niej jak na wieszaku, a nogawki spodni miała podwienięte, adidasy stare i obdrapane. Nie przypominała zadbane dziecka, ale zdawała się tym nie przejmować.
- Co się stało?
- Nic – mruknął i z przejęciem zaczął zbierać z chodnika swoje karty.
- Jestem Sucrette. Jak chcesz to mogę być Su – powiedziała szatynka, siadając naprzeciwko niego. Podniosła w dwóch palcach jedną z jego kart.
Wyrwał mu ją z ręki.
- Nie dotykaj – warknął.
- Przepraszam. - Su spojrzała na pozostałe karty i figurki rozsypane naokoło. - Co to jest?
- Nic.
Sucrette uniosła brew. W ciągu pięciu lat życia stała się w tym bardzo dobra.
- Niech ci będzie. - Pochyliła głowę i przyjrzała mu się bliżej. - Czemu tak śmiesznie mówisz?
- Nie jestem Polska.
Zachichotała.
- Polakiem – poprawiła go.
- Polakiem... i nie śmiej się ze mnie.
Dziewczynka zmarszczyła czoło.
- Nie śmieję się z ciebie – wyjaśniła. - Skąd jesteś?
Spojrzał na nią, ocierając łzy z oczu, ponieważ przestawał widzieć wyraźnie. Nie wyglądało na to, że z niego drwiła.
- Italia. Włochy.
Twarz dziewczyny rozjaśniła się.
- To fajnie! Jak się mówi "cześć" po włosku?
Gabriel spojrzał na nią ze zdumieniem. Czy ta czarnowłosa dziewczyna naprawdę była tego ciekawa?
- Salve – odparł. - Ciao do kumpli.
- Och – Su przeciągała to krótkie słowo do granic możliwości. - Więc salve jest jak cześć, a ciao to hej?
Chłopiec skinął głową, a mały uśmiech zagościł na jego zazwyczaj smutnej twarzy.
- Co to za gra? - zapytała Sucrette, wskazując na kolorowe karty i figurki teraz ułożone w równym stosach.
- Magia i Mit – wyjaśnił z największą powagą i czcią na jakie stać dziecko. - Gra o potworach i bogach. Greckich.
Ciemnowłosa pokręciła głową, ale uśmiechnęła się do niego życzliwie.
- Nie wiem, o co chodzi.
Gabriel wyciągnął do niej rękę i włożył kartę do jej dłoni.
- Mantykora – powiedział, wręczając ją jej. - Wystaw ją. Na dół... yy... - zawahał się, szukając właściwego słowa - znaczy, na chodnik.
Kiedy to zrobiła, wyciągnął kolejną kartę i umieścił ją naprzeciwko karty przedstawiającą Mantykorę.
- Apollo. - Wskazał na liczbę punktów, wyróżnionych jaskrawą barwą. - Wygrałaś.
Su porównała obydwie liczby i skinęła głową na znak, że rozumie o czym mówił chłopiec.
- Bo Manty-kora ma większą liczbę.
Pokiwał z przejęciem głową.
- Atak – sprecyzował, wskazując na punkty ataku Mantykory. - Obrona – liczba punktów obrony Apolla. A później pokazał punkty ataku Apolla i obrony Mantykory.
Dziewczynka spojrzała na niego i jeszcze szerzej się uśmiechnęła.
- Rozumiem. Co dostanę, jak wygram?
Gabriel przeszukiwał stos figurek, aż znalazł tą, której szukał i podniósł ją razem z kartą Apolla.
- Przegraną kartę.
- To jest fajne! Mogę grać?
Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało i rozdał karty, po pięć dla każdego z nich.
Niestety, wkrótce usłyszeli głos wołającej go Rebecki, ale zanim zdecydował się wrócić do siostry, Su zdołała wygrać dwa z pięciu karcianych pojedynków, które rozegrali.
- To jest serio zabawne – powiedziała, pomagając zbierać mu karty.
Gabriel uśmiechnął się i skinął głową.
- Tak, zabawa. Trzeba to powtórzyć.
Karty włożył do kieszeni spodni, a figurki do plecaka. Przerzucił go przez ramię i zaczął iść z powrotem do miejsca, w którym odłączył się od starszej siostry.
- Czekaj! - zawołała Su, łapiąc go za ramię. - Nie znam twojego imienia.
- Gabriel.
Na nakrapianej twarzy Sucrette pojawił się figlarny uśmiech.
- Ciao, Gab – krzyknęła, machając mu na pożegnanie.
- Ciao Bella – odpowiedział, nawet nie zadając sobie trudu by poprosić ją, żeby nie nazywała go Gab.
Su roześmiała się, posyłając mu spojrzenie, którego znaczenia nie potrafił znaleźć, ale nie specjalnie go to obchodziło.
Odmachał jej, ale ciemnowłosa dziewczynka zdążyła się odwrócić i pobiec na plac zabaw. W ciągu kilku sekund zniknęła z jego pola widzenia.
Gabriel wrócił do Rebecki z uśmiechem na ustach. To nie zdarzało się mu zbyt często w ostatnim czasie.
- Tato!
Gabriel otworzył drzwi do ich małego mieszkania. Rzucił plecak z figurkami na podłogę, po czym wbiegł do kuchni. Rebecca zatrzymała się na przedpokoju.
- Zdejmij buty, Gabriel – rzuciła, zdejmując kurtkę i zawieszając ją na wieszaku.
Chłopiec zrobił to z ociąganiem.
Ojciec mył naczynia w zlewie. Gabriel nie zapomniał, że to środa, a jak zawsze w środy jego ojciec brał wieczorną bądź nocną zmianę w pracy.
Felice Angelo był wysokim, postawnym mężczyzną o gęstej brodzie i długich, czarnych włosach oraz ziemistej cerze i ciemnych, pochmurnych oczach. Przerażające, jak bardzo Gabriel go przypominał: ten sam zarys szczęki i nos, kruczoczarne włosy i oczy barwą przypominające obsydian. Jedyne, co chłopiec odziedziczył po swojej matce, z urodzenia jasnowłosej Polki, to delikatny, subtelny kształt ust.
- Ciao, Arachidi – powiedział ojciec, wycierając ręce o szmatkę niedale rzuconą na stół. - Jak było na spacerze? - zapytał w języku włoskim.
Gabriel zmarszczył nos, słysząc swój pseudonim. Arachidi oznaczał orzecha ziemnego. Nigdy nie był w stanie dowiedzieć się, dlaczego ojciec akurat tak go nazywał. Tylko tyle, że to był pomysł mamy.
- Dobrze – dopowiedział. Wspiął się na taboret i z kieszeni wyciągnął na stół karty do Magii i Mitu.
Jego ojciec położył przed nim naleśniki i szklankę mleka. Było to jedyne danie, które ich ojciec potrafił ugotować – zazwyczaj kulinarią zajmowała się Rebecca lub wcześniej matka Gabriela.
- Mam przyjaciela! - zawołał, chichocząc.
Ojciec zaśmiał się.
- Naprawdę? Jak ma na imię?
- Su. Nauczyłem ją jak grać w Magię i Mit. Jest bardzo zabawna.
- Jesteś avere una cotta w niej? - dokuczała Rebecca.
Gabriel zmarszczył nos.
- Nie! To orrendo. Niedobre. Jest tylko przyjaciółką.
Ojciec zaśmiał się i wrócił do wcześniejszego zajęcia. Stos brudnych naczyń nadal zalegał w zlewie.
- Su to nie polskie imię, prawda? - zapytała Rebecca.
Czarnowłosy chłopiec zamyślił się.
- Nie pytałem jej o to, ale pełnie nazywa się Sucrette.
- Możesz ją zaprosić na obiad – oznajmił tata.
Twarz chłopczyka rozjaśniła się.
- Tak! Na pewno ją polubicie.
- Jestem tego pewny – odparł mężczyzna. - Ale najpierw zrób swoją pracę domową, jutro idziesz do szkoły. - Spojrzał także na córkę. - Ty też, Becca.
- Nie jestem jedyną osobą w tym domu, który nie lubi zadania domowego. – Dziewczyna mrugnęła porozumiewawczo do braciszka.
- To głupie! - zaprotestował Gabriel.
Ojciec zachichotał, odkładając płyn do naczyń.
- Przyznaję, zadania w przedszkolu są głupie, ale to nie my ani nauczyciele mamy wpływ na cały system. Wciąż musisz je odrobić.
Chłopiec westchnął przeciągle, ześlizgnął się ze stołka i poszedł do pokoju, który dzielił z siostrą, po plecak. Gdy go niósł, skrzywił się. Jego prawy nadgarstek wciąż go pobolewał od chwili, w której Sew go wygiął. Był także posiniaczony, ale nie zamierzał mówić o tym tacie.
Ale ciągnąc go do kuchni uśmiechnął się, myśląc o Su. I o tym, że miło by było spotkać ją ponownie.

3.13.2016

Jak? O.o

Czekam na wyjaśnienia.
Jak prawie z dnia na dzień mam ponad 250 wyświetleń pod rozdziałem 6? Jak to zrobiliście? XD
Jestem pełna podziwu, serio, ale mógłby ktoś napisać komentarz, bo zaczynam sądzić, że czytacie 5 zdań i klikacie czerwony iksik.

3.10.2016

06. Takie jakby podchody [1/2]

Kolejny rozdział, który jest tak długi, że nie mogę go dać w jednej części :P
Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli za tę miesięczną przerwę, bo chyba mnie szlag trafi z tymi sprawdzianami. "Dlaczego się nie uczycie?" "Dlaczego nic wam się nie chce?" >.< Zero empatii nauczycieli...
_________________________________

     Gdy się obudzę, prawie wszystkie świece już zgasły i tylko nieliczne wciąż odurzająco pachną wanilią oraz cynamonem. Obok mnie, rudowłosa pani Rachel jeszcze śpi, owinięta w taki sam kolorowy koc co ja. Wyślizguje się spod niego na kolanach, obdzierając je przy tym z delikatnego naskórka podczas zderzenia z chłodną posadzką.
Obok mnie leżą dżinsy, które dostałam od Piper. Szybko je ubieram na wypadek, gdyby Rachel miała się obudzić i zobaczyć mnie w wymiętym podkoszulku i samej bieliźnie.
Czuję głód, który stopniowo zdaje się mnie wyniszczać. Wczorajszego dnia nie jadłam prawie nic. Mam wrażenie, że byłabym w stanie zjeść nawet konia z kopytami, gdyby tylko jakiś pojawił się na mojej drodze.
Poruszam palcami u stóp, chcąc je rozprostować i przygotować na cały dzień chodzenia boso. Nie, nie cały dzień. Bliźniaczki powiedziały, że ich matka znalazła dziewczynę, która miała ten sam numer buta co ja. Być może byłaby skłonna oddać mi jedną parę.
Odsuwam koc, dzielący "sypialnię" z drugą połową jaskini i siadam na jednej z poduszek. Tępo wpatruję się w jeden z ocalałych płomieni. Nie mam pojęcia, ile mija czasu.
 - Dlaczego nie idziesz na śniadanie? - pyta Rachel, zaskakując mnie.
Jak długo siedziałam bezruchu? Pół godziny, godzinę, a może pięć minut?
 - Gdzie jest? - odpowiadam jej pytaniem, bo odpowiedzi właściwie nie znam.
 Uśmiecha się do mnie blado.
 - W pawilonie jadalnianym. To zaraz nad domkami i toaletami. Jak będziesz iść stąd cały czas prosto, to powinnaś trafić bez problemu.
Cały czas prosto. Okej.
 - Zaświecisz mi kilka świeczek? - prosi zaspanym głosem Rachel.
Przez chwilę zastanawiam się, czym miałabym to niby zrobić, ale dostrzegam nagle paczkę zapałek. Trochę niepokoję się, że się oparzę lub wywołam jakiś pożar, ale - żyje się tylko raz. Z lekko drżącymi rękami spełniam jej prośbę i zapalam jedną o zapachu cynamonu i dwie waniliowe. Czwarta okazuje się być, o dziwo, pachnącą drzewem sandałowym.
 - Dzięki ci wielkie - mówi z wdzięcznością. - Idź już na to śniadanie. Akurat zdążysz się przed nim umyć.
Wzruszam ramionami. Bez żadnego słowa wychodzę z jaskini. Na zewnątrz już jasno, słońce musiało wstać przed chwilą. Powietrze jest ciepłe, ale nie tak gorące jak wtedy, gdy dostałam się do Obozu.
Boso docieram na miejsce po jakimś czasie, ale czuję, że gdybym poszła jak człowiek - w butach - trwałoby to dwa razy krócej. Widzę jednak, że jeszcze nie ma tam prawie nikogo, więc kieruję się do miejsca, które wygląda na łazienki.
W części damskiej jest kilka pryszniców, toalet i umywalek. Nikogo, prócz dwóch rozchichotanych dziesięciolatek, tam nie ma. Najpierw myję stopy. Woda jest zimna, ale orzeźwiająca. Usuwa ze mnie resztki snu. Później myję głowę, używając do tego pachnącego szamponu, który - nie wiem skąd - stał na małej półeczce od wewnętrznej strony prysznica. Nie mam ręcznika, więc chodzę z mokrymi włosami, ale to nie problem - z każdą chwilą robi się coraz cieplej.
Wychodzę i wracam do pawilonu jadalnego. Ludzie na miejscu zaczynają się już zbierać.
Zauważam, że ktoś do mnie macha niepewnie. Rozpoznaję w tym kimś Raisona. Na widok blondyna moje nogi zdają się być zrobione z waty.
 - Hej, przysiądziesz się? - proponuje mi. - Nie masz domku, a wygląda na to, że dwunastka jest tak tłoczna, że nikt się nie zmieści.
 - Siadaj, Ann - popiera go siedząca obok Piper, uśmiechając się do mnie życzliwie.
Zerkam niepewnie na bliźniaczki ubrane tym razem w kwieciste, słonecznikowe sukienki z krótkimi rękawami (co tutaj ludzie mają do słoneczników?). Zdają się mnie ignorować, gapią się na swoje naleśniki z dżemem i nic nie mówią.
 - I tak jest nas więcej niż troje. To i tak tłok - zgadza się Jason. Przyznaję, nie spodziewałam się tego po tym jasnowłosym mężczyźnie. Rzeczywiście ma na nosie okulary, które postarzają go o kilka lat.
W końcu daję się namówić i nieśmiało siadam przy stole. Jak wszystkie w całej sali ma biały obrus, z purpurowymi ozdobami.
Talerz przede mną jest pusty, z niecierpliwieniem wyczekuję posiłku.
Jason uśmiecha się z rozbawieniem.
 - Pomyśl sobie o czymś, co byś chciała zjeść - radzi, ze z trudem krytym rozbawieniem.
 - Co mi z myślenia? Od tego robię się bardziej głodna.
 - Po prostu to zrób - nalega.
Z niechęcią i niedowierzaniem, a jednocześnie z zaciekawieniem co też ma na myśli, skupiam się na misce płatków kukurydzianych z miodem.
Gdy mrugam po raz kolejny oczami, ona już tam stoi. Jem powoli, chociaż mam ogromną chęć rzucenia się na posiłek. Ba! Zjadłabym nawet łyżkę i miskę.
 - Długo będziesz tutaj siedzieć przy nas? - pyta nagle Adrian. Jej głos przesycony jest goryczą.
 - Emily! - karci ją Piper. Patrzę na kobietę z niedowierzaniem.
Jestem prawie pewna, że dziewczyna, która to powiedziała, to Adrian - rozpoznaję ją po braku malutkiego warkoczyka we włosach.
Raison nachyla się do mnie i szepcze do ucha:
 - Robią czasami takie głupie kawały. Raz jedna udaje słodką owieczkę i ratuje kogoś od złej siostry, a potem się wymieniają. To okrutne... wiem. Ale nikt nie jest ich tego oduczyć. Mama ma już ich dość.
 - Aha - mamroczę, niepewna, co właściwie powinnam odpowiedzieć.
Z tego, co mówi Rai wnioskuję, że pomyliłam się względem dziewczyn. Nie chodzi mi tylko o Adrian - już zdążyłam jej nie polubić. Ale Emily, która wcześniej stanęła po mojej stronie, okazała się głupią jędzą.
Mój żołądek zdążył się skurczyć w ciągu dnia głodówki, toteż nie jestem w stanie wiele zjeść i odkładam trochę.
 - Jasonie... znaczy, proszę pana... czy mogłabym zadzwonić do taty?
Piper i Jason wymieniają spojrzenia, ale nie jestem w stanie nic powiedzieć z ich twarzy. Cierpliwie czekam i czuję, jak zapadam się pod ziemię ze zdenerwowania.
Nareszcie, chociaż z widocznym wahaniem, Jason podaje mi komórkę. Przyjmuję ją z wdzięcznością i odblokowuję - nie ma żadnego kodu - i wybieram nasz numer domowy.
Odpowiada mi milczenie i zauważam, że nie ma tutaj żadnego zasięgu. Patrzę pytająco na małżeństwo. Na szczęście Piper wyjaśnia mi:
 - Tutaj nigdy nie ma zasięgu. I lepiej, żebyś nie używała telefonu, to przyciąga potwory.
Czuję się zawiedziona. Brakuje mi ojca, chociaż zawsze był bardziej niczym ciężar, który muszę nosić. Moim krzyżem za coś...
Jason wstaje i zanosi swój talerz do piecyków, a Piper robi to samo. Przyglądam się im z zaciekawieniem, a dziewczyny raczej ze znużeniem. Chcę zobaczyć, co robią, ale nagle Raison chwyta mnie za nadgarstek i pokazuje coś ręką.
Między wszystkimi stołami stoi siwy centaur i pochrząkuje głośno, by zwrócono na niego uwagę.
 - Proszę o uwagę... Ogłaszam... Uwaga! - nagle podnosi nieznacznie głos. - Z racji przybycia Łowczyń, ogłaszam Bitwę o Sztandar.
Odpowiada mu jedynie głośny jęk udręki.
 - Łowczynie przeciwko herosom.
Po tych słowach nikt już nie zwraca na niego uwagi. W całym pawilonie słychać głównie przekleństwa i niezbyt ładne słowa oburzenia.
Bliźniaczki odchodzą od stołu. Raison zerka na mnie, niepewien mojej reakcji.
 - Co to za Bitwa o Sztandar?
 - Są dwie drużyny, a każda ma swój sztandar. Czerwony lub niebieski. Chodzi o to, żeby przeciwna drużyna nie zdobyła twojego, zanim ty zrobisz to im.
 - Nie brzmi specjalnie trudno - zauważam. - Dlaczego są tak oburzeni grą?
Chłopak uśmiecha się do mnie blado.
 - Bo nikt nie wygrał jeszcze z Łowczyniami, Ann. A teraz chodź, trzeba cię naszykować na ostre naparzanko.
Krztuszę się powietrzem, udając urażoną.
 - Och, nieważne - mruczy, biorąc mnie za ramiona i podnosząc z krzesła.
Zabiera mnie gdzieś w okolice miejsca, które przypomina mi coś w rodzaju placu. Po zachowaniu niektórych ludzi, którzy się na nim znajdują, wnioskuję, że odgrywa ona rolę pewnego rodzaju areny.
Nie zatrzymujemy się, idziemy dalej - do szopy i wchodzimy do niej. W środku mieni mi się przed oczami broń. Poprzez wielkie, połyskujące niczym miecze świetlne Jedi, po wykonane ze złota małe noże. Na ścianach wiszą także tarcze, w kącie stoją włócznie niczym z Igrzysk Olimpijskich, a obok nich łuki i kołczany napełnione strzałami.
 - Milutko, nie ma co - pogwizduję cicho.
Raison uśmiecha się niepewnie.
 - Milutko, taa... tobie też takiego trzeba. - Wskazuje głową na bronie. - Ale na ćwiczenie dostaniesz drewniany, na Bitwie możesz mieć jednak normalny. Na razie, a potem... To się zobaczy, wiesz.
Kiwam głową, że rozumiem, podchodzę nieśmiało, gdy on już przeszukuje kufer pełen drewnianych imitacji.
 - Wolisz miecz czy coś poręczniejszego? Znaczy, wiesz ze sztyletu trzeba umieć korzystać. Niby to łatwe i w ogóle, ale na początku jest ciężko.
 - Wezmę sztylet - decyduję się bez wahania.
 - Aha. Okeej. - Raison podaje mi taki, który nie ciąży w mojej dłoni i pasuje do mnie. Wstaje i wsuwa dłonie do kieszeni, jak zawsze. - Chyba musimy iść. Za chwilę Bitwa powinna się zacząć.
 - Gdzie?
 - Pewnie przy lesie. Jak zawsze. I jak zawsze, Rachel będzie miała ból dupy, a my przegramy...
 - Wygramy, zobaczysz.
 - Jeśli wygramy, jestem Zeusem. Ba! Afrodytą. - Krzywi się nieznacznie, a i tak jego twarz wygląda miło i przyjemnie. Co oni w sobie takiego mają? Grace'owie. On i bliźniaczki są tak ładni, że to powinno zostać zakazane. Przeklęta Afrodyta...
 - A niech cię, Afrodyto - warczę, chociaż wcale nie zamierzałam tego zrobić.
 - A dzięki ci, dziewicza Ateno. - Zakłada ręce na ramionach, nie kryjąc swojego rozbawienia. - Ateny czekają na ciebie. Trzeba je uratować przed bluźnierczym Posejdonem.
 - Nie mogę się doczekać, siostrzyczko. Bardzo ci za to super zajefajne wsparcie dziękuję... A udław się.
Wychodzę na zewnątrz pierwsza i światło błyskawicznie mnie oślepia. Jeszcze nie przywyknęłam do niego.
Samodzielnie, bez pomocy chłopaka, idę do skraju lasu. Drogę znam coraz lepiej. Raison już tam jest, razem z innymi nastolatkami i dziećmi, zauważam wśród sporej grupy nawet Nico i Piper, chociaż mają na pewno ponad trzydzieści lat.
Po ich drugiej stronie, zauważam prawie równie liczną gromadę samych dziewczyn. Chociaż każda z nich jest inna - to istna mieszanina wieku, narodowości i nastawienia do przeciwnej drużyny - to jednoczy ich ta sama, identyczna srebrzysta poświata oraz ubranie, zdarte niczym z jakiś zagorzałych feministek oraz łuki i kołczany.
Dostrzegam wśród nich Thalię, która podchodzi do Nico i obojętnie trąca jego ramię.
 - Masz jeszcze siły do gry, staruszku?
 - Bogowie, Thals, mam ci wypomnieć twój wiek? Jesteś jakieś, kurczę, starsza o jakieś pięć lat.
 - A ty powinieneś dawno gryźć piach. Nieważne, nevermind. Grasz czy nie?
Nastaje długa cisza, a wszyscy wpatrują się w czarnowłosego mężczyznę. Trochę z przymusy, więc niezbyt chętnie, mówi:
 - Gram. A ty co, Thals, miałaś nadzieję na prostą wygraną?
Ni stąd, ni zowąd, pojawia się pan Dres - znaczy Dionizos - w swojej purpurowej koszulce z kilkoma słonecznikami (o mamo, co oni do nich tutaj mają?!) i klaszcze w dłonie, wymuszając ciszę.
 - Rozproszyć się. Iść na swój teren. I proszę was, nie chcę mieć kalek pod dachem. - Wydaje mi się, że z naciskiem zerka na Adama, który stoi ramię w ramię z czerwonowłosym chłopakiem. Jeśli dobrze pamiętam, nazywa się Tom.
Łowczynie natychmiast wykonują dziwaczne i skomplikowane ruchy, mieszają się i wchodzą do lasu z kompletnie różnych stron. Czekamy w milczeniu, do momentu, w którym bóg pokazuje na, że możemy ruszyć. O mamo, jak to dziwnie brzmi. Dres bogiem! Świat się wali.
Robimy coś podobnego, jednak nie ma w tym nic niezwykłego. Żadnej w tym gracji ani, najwyraźniej, koordynacji nie ma.
 - Houston! Luka-as! - ktoś krzyczy na dwóch jasnowłosych chłopaków. - Do sz-sztandaru. Bronić. Rozdzielić się, na dwie-trzy osoby. Sz-szybko.
Ruda dziewczyna wydająca rozkazy z wielką szramą na policzku nie żartuje, a jej twarz wykrzywia niezadowolenie.
 - Ch-chejron, o ten...! Nie da-amy się upokorzyć. Nie tym ra-azem, ma-ałe mendy cz-czeskie. A niech mnie, jeśli tym ra-azem się nie uda - ciągnie swoje przemówienie, przeciągając przy tym tak, że uszy więdną.
Ale mimo wszystko, jej słowa najwyraźniej dodają innym otuchy.
W pewnym momencie odkrywam, że zostaję sama - samiuteńka jak ten kwiatek, co się wśród opadłych liści wylągł, tuż przy moich nogach... W ręce, jak jakaś idiotka, ściskam ten głupi sztylet i właściwie pojęcia nie mam, co z nim robić.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, na mojej szyi... ten głupi, ciepły oddech... serce podchodzi mi do gardła...
 - O bogowie, to ja! - Rai unosi ręce wysoko w geście poddania, zaraz po tym, jak przystawiłam mu ostrze do gardła.
Oddycham z ulgą.
 - Gdzie są inni? - pytam.
Jasnowłosy chłopak wzrusza ramionami. No tak, on też jest kompletnie zielony.
 - Bo ja wiem? W lesie. Mira tak wszystkim rozporządza, że lepiej zrobiłby to jakiś jakiś niedźwiadek.
 - Mira? O tej rudej, co mówić nie umie, mówisz?
Kiwa głową, i rusza przed siebie.
 - Trzeba się ruszać, Anabel. Bo zaraz cię te, ekhem... mendy cz-czeskie, wyniuch-cha-ają - niemal idealnie naśladuje niezdarną wymowę dziewczyny. - Mira jest oczywiście córką Aresa. Nawet grupową nie jest, a i tak nie wiadomo dlaczego wszyscy jej ufają. Szczerze mówią, mam to naprawdę gdzieś. Chodź, Ann, bo niczego nie zobaczysz, jak tak stać będziesz. Ostatnia bitwa z Łowczyniami była jakieś sześć lat temu, więc nawet ja niewiele widziałem.
 - I co wtedy było?
 - Jak to co? - Uśmiecha się. - Przegraliśmy. O to się tutaj wszyscy pieklą, bo dość mają bezsensownych bijatyk. To jak najemnicy z polską husarią. Jesteśmy dobrzy, ale nie nosimy głowy tak wysoko.
Odwracam się od niego, bo nagle mam wrażenie, że słyszę czyjeś kroki, ale szybko odkrywam, że to fałszywy trop i wracam na naszą maleńką pseudopolankę. Ale tam Raisona już nie ma. Ani słychu, ani widu po chłopaku.
Mówiła Bridget, mówiła... A blondyni bałamucą, jak pokochasz to cię rzucą... Moja przeklęta siostra, która siedzi sobie gdzieś tam w wielkim upale i popija wino pomarańczowe... z parasoleczką, do tego.
Znów jestem w tym przeklętym lesie sama, otoczona przez kilkadziesiąt srebrzystych dziewczyn. O tak, całkiem spoko.

2.29.2016

~Zemsta czarownicy~ In medias res



In medias res




     Zalał ją zimny pot. Wątłe, chorobliwie blade ciało zdrętwiało. Otoczenie było ciepłe i przyjemne, pościel miękka, a mimo to czarnowłosa dziewczyna wiła się w piekielnych męczarniach. Gdzieś w krtani tułał się zaginiony krzyk, który chociaż usiłował, nie potrafił przebrnąć przez sine z zimna usta.
Cień czaił się nad jej powiekami, czekając aż je otworzy, by przykryć swoją mgiełką oczy. Zawładnąć nią, gdy będzie słaba.
Odganiała go, machając rękami, lecz to była walka z góry przegrana, tak ja walczyła kiedyś z białymi, oślizgłymi larwami, które usiłowały wtargnąć do jej nozdrzy. Cokolwiek robiła w tej sytuacji, robaków zawsze zdawało się przybywać.
     Smród rozkładających się ciał...
     Ziemia w ustach...
     Zimno, przez które nie może się ruszać...
    Otaczały ją uschłe cyprysy rosnące w jakimś tajemnym szyfrze – zauważała pewien rytm w ich rozsadzie, ale nie potrafiła bliżej go określić. Droga była błotnista, a dziewczyna z trudem robiła kolejne kroki. Chciała stanąć w miejscu, ale wtedy jej spiczaste trzewiki natychmiast grzęzły na stałe. Powietrze – ciężkie i wilgotne, a jednocześnie duszne i niepozwalające oddychać wyciskało z jej oczu łzy.
 – Chłopak! wrzask gwałtownie dotarł do jej uszu. Zdawało się, że mógł rozsadzić jej głowę na malutkie kawałki. Miałaś sprowadzić chłopaka!
Kuliła się niczym skarcony szczeniak. Kim mogła być, jeśli nie żałosnym szczenięciem przy tej kobiecie? Delikatnym, skopanym przez człowieka kociakiem. Ona była wężem. Jadowitą żmiją, której ukąszenie nie boli, a trucizna rozchodzi się ciepłem po całym ciele. W pewnym momencie, kiedy ofiara zdaje sobie sprawę ze śmiertelności, jest za późno.
 – Niedługo... obiecuję...
Czuła żółć podchodzącą jej do gardła, gorzką i tak realną, że zastanawiała się, czy jej sny mogły mieć coś wspólnego z rzeczywistością.
    Stała tam, przy ostatnim zasuszonym krzewie, otoczona ciemną mgłą kurzu.
Kobieta o czarnych włosach sklejonych w długie strąki i wielkich, piwnych oczach wydawała się żyć. Aalis mogłaby przysiąść, że czuła krew buzującą w jej żyłach oraz szybkie bicie serca, ponieważ ponownie doprowadziła ją do wściekłości. Obdarta i brudna od ziemi suknia w kolorze szkarłatu sięgająca nieco poniżej kolan, wisiała na niej jak na chudym manekinie. Taką ją zapamiętała i taka była w dniu swojej śmierci. Równie umorusana, rozzłoszczona i triumfująca o minutę za wcześnie. Ale kiedy unosiła głowę wysoko i spoglądała na uczennicę z góry, przypominała wyklętą królową, która pozbawiona władzy nadal uważa się za Czcigodną.
 – Krwawy księżyc jest blisko, dziewucho!  parsknęła, opluwając ją zaróżowioną śliną. Po jej spiczastej brodzie spłynęła strużka krwi. – Pokaż kim jesteś, Aalis Danmbra, lub odejdź w hańbie. Nie uczyłam cię przez tyle lat, by porzucić taki talent! Nie zawiedź mnie ponownie, dziewucho.
Znów przegryzła swoimi ostrymi jak igły zębami dolną wargę pod wpływem impulsywnej złości.
Dziewczyna odetchnęła głęboko. Nie powinna tego robić przy Krwistej Jane, jej przyśpieszony oddech denerwował ją, wzbudzał w niej zazdrość, ponieważ sama nie mogła tego zrobić.
 – Robię tak, jak mnie uczyłaś. To tylko głupi chłopak, ojejku. Jeszcze chwila, obiecuję, i będzie mój. Nasz. – Uśmiechnęła się, ukazując zaostrzone w stożki zęby.
Nigdy nie straciłaby okazji do udowodnienia swoich umiejętności. Nadszedł czas, w którym miała zabłyszczeć jako gwiazda. Ogarnęła ją ekscytacja nieporównywalna do żadnej, którą czuła kiedykolwiek wcześniej – i to właśnie budziło w niej chorobliwy niepokój. Bała się, że to nie sen. Że naprawdę stoi przed Krwistą Jane, jak gdyby mogła dotknąć jej dłonią i poczuć jej długie paznokcie wcinające się w ciało, by upuścić dziecięcej krwi do kolejnych magicznych eksperymentów. Jakby wiedźma mogła zadać jej rzeczywisty ból. Znów przywołać atakujące mózg robaki, które wciskają się w tamtym kierunku przez nos i uszy, by zniszczyć, by zmącić, by nagiąć psychikę jej uczennicy.
Cała dziewczynka drżała z nieokrzesanej ekscytacji i strachu, że nad nim nie panowała. Była jedynie niewolnikiem własnych ludzkich odczuć.
 – Jeszcze trochę... Już niedługo. Szczerzyła się dopóki nie nastał świt.
     Po policzkach dziewczyny spłynęły drobne łzy, niemal niezauważalne. Ich słony smak i ciepły dotyk na zmarzniętych wargach wybudził ją z transu.
Tym razem nie bolało. Nie nagięła jej. Nie, tym razem złamała ją jak żałosną gałązkę leszczyny.

2.28.2016

Tylko nie bijcie!

Więc ten... cześć tu Ad.
Znów nawaliłam, tak. Jestem jednym wielkim nawalaczem :(
Sprawa ma się tak: 5 kwietnia mam sprawdzian szóstoklasisty, do tego czasu 1/3 dnia zajmuje nauka. Kolejne 1/3 zajmuje czas spędzony w szkole (czasami nawet do 15 :/) 1/3 to czas, który chciałabym spędzić w świętym spokoju, czyli tak do 6-7 spanie. Ale z racji tego, że mam zabójczo delikatny sen, budzę się o 5 rano, kiedy tata wyjeżdża do pracy i potem nie mogę zasnąć.
W sumie: budzę się - jestem zombie. Wracam ze szkoły - I'm sill zombie. Tak w kółko i nie zabiera się, żebym jakoś kiedyś odpoczęła. 
Zostają mi tylko weekendy, które zazwyczaj spędzam na przygotowywaniu się do głupich konkursów, do których się nawet nie zgłosiłam, tylko wredne nauczycielki zrobiły to za mnie. I ta cała harówa od rana do nocy, by dostać się do gimnazjum, gdzie pewnie lepiej nie będzie. I gdy mówię o tym komuś, że już nie daję rady, zawsze ten ktoś mówi: sama chciałaś. Normalnie człowieka zaj..... bierze.
Tak więc, obawiam się, że będę musiała zawiesić bloga, bądź go przystopować, a nie chcę wrzucać jednej notki na miesiąc ;/ 6 rozdział jest w skrawkach, dosłownie pewnie jest tego 1/10 całości jaką przewiduję, szlag mnie jasny z Adamem trafia, a Raison skaczący mu do gardła tego nie naprawia. To tak w skrócie.
Więc mam pytanie: czy chcecie, żeby się męczyła z arcydługim postem, czy podzielić go na np. 5 krótszych części, tak 1 część na tydzień (chociaż pewnie wyjdą mi co dwa tygodnie), czy wrzucać od czasu do czasu jakiś wyrywek autorskiego jak np. "Stwora" czy "Zemsty czarownicy"? Aktualnie tylko na nich mam wenę.

O Stworze
Eryk mieszka z rodzicami w Ameryce, dokładnie w spokojnym miasteczku Merrys Hills. Nic nie trwa wiecznie - dowiaduje się o śmierci siostry przyjaciela przez wielkie zwierzę. W tym samym dniu jego dom odwiedza człowiek, którego znają jego zamknięci w sobie rodzice i o dziwo - mówi po polsku. Przybysz składa im propozycję powrotu do ojczyzny, na którą nie przystają. Zmieniają zdanie, gdy jego słowa potwierdza kolejny atak "wielkiego psa"... Tak zaczyna się pierwsza - i nieostatnia - przygoda w kraju, który chłopcu powinien być bliski.

O Zemście czarownicy 
Aalis ze swoją mentorką, Krwistą Jane wyruszają na miejsce odbycia się rytuału Krwi i Kości. Młoda czarownica rozlewa krew, łamie kości i depcze pająka, który mógłby stać się jej sprzymierzeńcem. Mimo to, Czcigodna nie jest w stanie odebrać jej mocy jako najsłabszej z tegorocznych gotowych do stania się pełnoprawnymi członkiniami Kręgu. Stara wiedźma jest rozczarowana i by udowodnić Siostrom, że jej uczennica jest najlepsza, zabiera dziewczynę do domu stracharza, gdzie uwalniają jedną ze schwytanych wcześniej Sióstr o potężnej mocy. Stracharz ginie, ale kiedy Krwista Jane odcina mu kciuki, niespodziewanie pojawia się jego uczeń...

Więc... co byście chcieli ujrzeć? ;P Walkę Łowców cieni z czymś, z czym nie mogą w gruncie rzeczy wygrać, czy młodą czarownicę nieumiejącą wybrać pomiędzy Siostrami a uczniem stracharza?
*W zasadzie nazywają się zwiadowcami, ale ktoś pewnie będzie się czepiał, więc tutaj będą stracharzami... to i tak to samo >.< I nie, to wcale nie są zwiadowcy jak według Flanagana ani stracharze jak Delaneya... to po prostu ta sama nazwa, ponieważ lepszej na opisanie ich nie ma. Plus, pamiętajcie, że ranger to w sumie coś jak leśniczy, a tutaj zwiadowców używam raczej jak scout czy sniper, czyli coś w stylu strzelca - ewentualnie assasina ale nie chcę już wam mącić w głowach xD*

2.15.2016

"Gdyby w 80 dni dookoła świata działo się w dzisiejszych czasach i podróżowano w nim przez Polskę..."

Pani w szkole zadała nam zadanie "Co, gdyby w 80 dni dookoła świata działo się w dzisiejszych czasach i trasa biegła przez Polskę?". Mieliśmy napisać opowiadanie, narysować komiks czy cokolwiek chcieliśmy. Zrobiłam scenariusz z przymrużeniem oka (dość porządnym przymrużeniem). I od razu mówię, że nie chciałam urazić Dudy, kebaba, chińskich restauracji, Angeli Merkel, Putina ani mechaników :P Czy cokolwiek mogłam jeszcze urazić >.< A, i dróg! xD

Akt I
Scena pierwsza
(Fogg, Passepartout i Aouda stoją na granicy polsko-niemieckiej. Policjant sprawdza ich dokumenty.)
 Policjant: Twierdzi pan, że jest pan kobietą?
 Passepartout: Nic takiego nie twierdzę.
(Policjant pokazuje dokumenty, żeby to udowodnić. Jest tam wyraźnie napisane wytłuszczonymi literami "Niepotrzebne skreślić".)
Scena druga
(Policjant przygląda się Aoudzie.)
 Policjant: Przykro mi, nie przyjmujemy emigrantów.
 Aouda: (Zaskoczona) I co teraz mam zrobić?
 Policjant: Proszę wyjść, mam pomysł.
Scena trzecia
(Aouda wychodzi z samochodu.)
 Policjant: Proszę cofnąć się o pięć kroków.
(Aouda cofa się.)
 Policjant: (Na cały głos) Fake you, Merkel!
 Drugi policjant: (Z podziwem) Zajebiście to załatwiłeś, Zdzisek.
 Trzeci policjant: (Z drwiną) Angelo, kochanie, masz gościa!

Akt II
Scena pierwsza
(Fogg i Passepartout jadą przez pola.)
 Fogg: Tak wygląda Polska?
 Passepartout: Nie martw się, jutro powinniśmy wyjechać.
Scena druga
 Narrator: Nagle...
(Samochód wpada do dziury.)
 Fogg: Chyba uszkodziliśmy podwozie.
 Passepartout: Trzeba iść z tym do mechanika.
Scena trzecia
(U zakładzie mechanika.)
 Mechanik: Jutro zobaczę, co da się zrobić, ale to wygląda naprawdę poważnie...
Scena czwarta
 Narrator: Następnego dnia...
 Fogg: I co z moim samochodem?
 Mechanik: Za trzy tygodnie proszę przyjść.
 Passepartout: (Grzecznie) Nie mamy tyle czasu.
 Mechanik: (Podnosi głos) Ja też nie mam na czasu tego naprawić. I jakoś się nie wściekam.
Scena piąta
(Do zakładu wchodzi chłopak, syn mechanika.)
 Chłopak: (Woła) Tato, ale tu tylko rura szwankuje!
 Mechanik: (Półszeptem) Cicho bądź, wszystko zepsujesz. Nie widzisz, że gadam z Anglikami? Na czymś trzeba zarobić na tym zadupiu.

Akt III
Scena pierwsza
(Fogg i Passepartout idą do Dudy, a ten zaprasza ich do chińskiej restauracji, ale przez mechanika nie mają pieniędzy więc kupują kebaba przed restauracją.)
 Fogg: Panie Dudo, czy mógłby pan pożyczyć jakiś środek transportu dla sprawy wielkiego priorytetu.
 Duda: Pewnie! Zależy mi na dobrych kontaktach z innymi krajami, poza tym, mamy kilka helikopterów na zbyciu.
 Fogg: Dziękujemy, to miło z pana strony.
Scena druga
(Duda pożyczył polsko-radziecki helikopter sprzed ponad 50 lat, ale wszystko wygląda fajnie, bo pomalowano go jak nowy z Francji, żeby zaoszczędzić na pieniądzach z unii. Właśnie lecą nad pałacem Putina.)
 Fogg: Chyba coś nie działa...
 Passepartout: (Lekceważąco) Nonsens, to nowe cudo z tego roku! Wszystko gra.
Scena trzecia
 Narrator: Nagle...
(W tle słychać huk.)
(Helikopter traci śmigło i spada na pałac Putina.)
(Putin wybiega ze zrujnowanego pałacu.)
 Putin: It is Sparta!!! Wojna, co?!!!!!!

2.04.2016

Imię bohatera

UWAGA, BARDZO SUCHE!
Jason, król podrywu! Leo, patrz i ucz się od mistrza B| *like a boss*
_________________________________________

 - Hej, Pipes. Jestem superbohaterem, zgadnij jak się nazywam - mówi Jason, uśmiechając się.
 - Superman?
 - Nie.
 - Iron Man? - zgaduje dalej.
 - Też nie. - Chłopak powstrzymuje się od parsknięcia śmiechem.
Piper prycha, urażona.
 -W takim razie nie, nie mam pojęcia. Powiedz mi.
Uśmiecha się jeszcze szerzej niż wcześniej.
 - Yourman.

2.03.2016

05. Wizyta z daleka

Przewidywałam, że rozdział będzie mieć jakieś 1.500 słów, a wyszło 2.200 ;-; Plus, ja wiem, że w tym rozdziale praktycznie nic się nie dzieje, ale od zrobię to w następnym. Będziecie mieć tyle akcji, że wam uszami wyjdzie xD Mówiłam Vicky, że będzie jutro, ale już się wyrobiłam Cx Zanim wrócę do szkoły, chcę napisać jeszcze jeden, albo co najmniej pół.
JEŚLI POD TYM POSTEM BĘDZIE 5 KOMENTARZY OD WAS, zrobię one-shota z Thalią, która wyciąga Jasona spod prysznica XD
Przepraszam za błędy, jeśli jakieś są. Choroba wykończa mnie już psychicznie :(
___________________________________________

     Siedzę na łóżku. Ja i Rai jesteśmy w skrzydle szpitalnym, ledwo zdaję sobie sprawę z otaczającego nas świata. Pode mną wciąż leżą moje śniegowe buty, a na poduszce bordowy beret, którym rzuciłam w potwora.
Jasnowłosy mężczyzna kładzie mi dłoń na czole.
 - Obniżyłem gorączkę, ale boję się, że jeśli dam ci więcej ambrozji i nektaru, to staniesz nam w płomieniach. - Powinnaś położyć się spać.
Chociaż trochę wcześniej miałam ochotę położyć się na ziemi i zasnąć, teraz czułam się pobudzona jak nigdy dotąd. Will powiedział, że to wina ambrozji.
 - Gdzie mam niby iść spać? - pytam.
Jasnowłosy mężczyzna wymienia spojrzenia z Raisonem. Jeden zdaje się mówić: "i co teraz?", drugi "a ja wiem?", Will potrząsa głową. Tego już nie rozumiem.
 - Sądzę, że u Rachel powinno być ci dobrze.
Dobrze! Czy on widział te jej pachnące kadzidełka obok zasłon, które same proszą się o pożar, który spaliłby cały las. Nie polubiłam jej dziwnego spojrzenia, które sugerowały, że znajduje się w jakiś transie. Przeraża mnie, jak bardzo jej oczy są podobne do moich.
     Ktoś wchodzi do szpitala.
 - Will... - odzywa się ubrany w kolorową koszulę w słoneczniki (co tutejsi ludzie mają do słoneczników?!) czarnowłosy mężczyzna. - Nie wiedziałem, że ktoś tu jest...
 - Mów, Nico.
 - Za pięć minut jest apel. Chejron chce widzieć na nim wszystkich. Bez wyjątku - spogląda na mnie i Rai'a, który siedzi obok mnie. - Kto to?
 - Jestem Anabel - przedstawiam się. Czarnowłosy kiwa głową.
 - Nico di Angelo. - Uśmiecha się nieznacznie, a potem pokazuje ruchem ręki, żebyśmy wstali. - Cóż, nie mamy czasu na rozmowę.
Syn Apolla wychodzi jako pierwszy, później Raison wstaje i wyciąga do mnie rękę; drugą jak zwykle trzyma w kieszeni.
Nie przyjmuję jej, wstaję sama i ruszam do drzwi, zostawiając go z tyłu, ale szybko mnie przegania.
     Idziemy we czwórkę - ja, Rai, Will i Nico, o którym dowiaduję się tyle, że jest synem Hadesa.
 - Sądziłam, że Hades jest bogiem podziemi, a pan...
 - Stereotypy, nie muszę być emo, żeby być synem Hadesa - ucina mężczyzna.
     Idziemy wzdłuż rzeki, mijamy jezioro i kierujemy się na wschód. Na miejscu jesteśmy bardzo szybko, widzę już kamienne ławki, które tworzą amfiteatr.
     Wszyscy się rozdzielamy; każdy idzie w swoją stronę, a ja stoję w miejscu i zastanawiam się, co zrobić.
Niepewnie podchodzę do którejś z ławek i siadam na niej. Okazuje się, że kamień jest ciepły i miły w dotyku. Oczekuję nie wiadomo na co; na apel w stylu tych szkolnych, na których kleją się powieki.
Adam siedzi tuż obok mnie, dzieli nas tylko czerwonowłosy chłopak. Raison siedzi dwa rzędy nade mną; Nico i Thalia tylko rząd niżej, chociaż na przeciwko. Widzę Rachel na lewo, oraz Piper i Jasona na prawo ode mnie. Will siedzi pięć rzędów wyżej.
     W końcu ktoś pojawia się na scenie. Z czwartego rzędu wyraźnie widzę wyraźnie Chejrona, od pasa w dół siwego ogiera. Obok niego stoi ciemnoskóra kobieta, która trzyma po pachą hełm.
 - Mam zaszczyt, a raczej przykry obowiązek powiadomić was wszystkich, że po piętnastu latach pokoju, wczorajszej nocy... - jej głos łamie się na chwilę, dyskretnie ociera łzy, ale trudno jest jej ukryć ten gest, gdy z każdej strony otaczają ją podenerwowani półbogowie, którym przerwano zajęcia z powodu apelu. - Reyna umarła. Pożegnaliśmy rozważnego przywódcę, dzielnego wojownika i, najważniejsze, oddaną przyjaciółkę!
     Wycofuje się powoli, po chwili gdzieś znika. Chejron stoi przez chwilę sam, ale nie odzywa się; ludzie rozbiegają się, jak gdyby nigdy nic odchodzą w swoje strony. Przez chwilę siedzę, trochę zawiedziona lub wręcz przeciwnie. Sądziłam, że będzie to trwać wieki, że zanudzę się na śmierć.
Nie ma już ponad połowy osób, kiedy Adam wstaje.
 - Zaprowadzę cię do RED, Ann - mówi.
 - Sama pójdę - odpowiadam opryskliwie.
 - Raison prosił, żebym to zrobił. Więc chyba nie masz wyjścia. Ja też.
Czerwonowłosy chłopak kładzie mu rękę na ramieniu.
 - Daj jej spokój, Percy. Nie chce, to nie chce - broni mnie.
Adam zakłada ręce na piersi.
 - Nie pomagasz, Tom.
 - Dzięki. - Uśmiecham się z wdzięcznością do czerwonowłosego Toma, ale ten już się poddaje i odchodzi.
     Adam częstuje mnie takimi argumentami, że w końcu mu ulegam i razem opuszczamy amfiteatr.
Idziemy w stronę lasu, przemierzając rzekę, której sam widok powoduje u mnie dreszcze. Nie wiem, co w niej jest takiego, ale przeraża mnie. Jej odgłos sprawia, że boli mnie głowa. Przez jej dotyk na bosych stopach miękną mi kolana.
Przez niemal cały czas nie odzywam się do czarnowłosego chłopaka, ale nad brzegiem strumyka coś sprawia, że mówię:
 - Dziwnie się czuję, kiedy nie masz zielonych oczu i krzywych jedynek.
Ku własnemu zdziwieniu, nie jestem zmartwiona tym, że tak mówię. Jest to czymś oczywistym, tak oczywistym, że zabawnie byłoby, gdybym tego nie wiedziała.
Adam uśmiecha się od ucha do ucha, pokazując swoje proste przednie zęby.
 - Mi to tam nie przeszkadza! Jest super. A jak chcesz mi wypominać zmiany, to ty farbnęłaś włosy na czarno, oczy na zielono, pomniejszyłaś się o pół metra i całkiem zmieniłaś ciuchy. Ledwo cię poznałem.
Wzruszam ramionami.
 - Chodź już, za chwilę rozsadzi mi głowę. - Zdobywam się na lekki uśmiech i chwytam Percy'ego za rękę.
Idziemy przez chwilę, rozkoszuję się tym, że jesteśmy znów razem; nie widzieliśmy się od lat, chciałam go przytulić, pocałować i powiedzieć, żeby nigdzie się już beze mnie nie ruszał.
     Z biegiem czasu, gdy jesteśmy niemal na miejscu, czuję się nieswojo. Przeszkadza mi, jak trzyma mnie za rękę. Przywłaszcza mnie do siebie, a ja go wcale nie znam. Nawet nie wiem, jakim cudem mu na to pozwoliłam.
Na szczęście jesteśmy już przy wejściu zasłoniętym kolorowym kocem, które prowadzi do jaskini Rachel.
 - Pójdziesz już? - pytam. - Miałeś mnie zaprowadzić na miejsce.
 - Czekaj - odpowiada, a w jego głosie brzmi nutka żalu. - Też mam sprawę do RED.
 - Dlaczego nazywasz ją RED?
 - Rachel Elizabeth Dare. Brzmi logicznie, prawda?
Do środka wchodzę jako pierwsza, Adam zaraz po mnie. W środku tak jak wcześniej, pali się mnóstwo świec pachnących cynamonem i wanilią. Krztuszę się, bo ich mdły zapach znów mnie omamia.
Adam próbuje wywietrzyć trochę pomieszczenie, a Rachel gasi szybko świece, bym się nie udusiła. To właśnie dlatego nie chciałam tutaj przebywać zbyt długo.
Gdy udaje im się okiełznać sytuację, wszyscy troje siadamy na podłodze.
 - Więc, z czym przychodzicie tym razem? - zagaduje od razu płomiennowłosa kobieta.
 - Podobno mam tutaj przenocować - mówię nieśmiało.
Rachel kiwa ochoczo głową.
 - Nie ma sprawy - zapewnia mnie.
Jej głos jest o wiele milszy, niż go zapamiętałam. Wydawał mi się suchym głosem starej kobiety, która wiele w życiu przeżyłam. I krztusi się dymem.
Przez chwilę siedzimy wszyscy trzej w milczeniu, a w końcu pytam:
 - Dlaczego Frank proponował Jasonowi powrót? Jako pretor?
Adam wygląda na zszokowanego, a jeśli Rachel została zaskoczona, to dobrze to ukrywa.
 - Zanim został Pontifex Maximus - udaję, że wiem co to znaczy, ale Rachel chyba zdaje sobie sprawę, że w głowie mam ciemno i pusto na ten temat, więc wyjaśnia: - To taki rodzaj najwyższego kapłana, który stara się zadowolić wszystkich bogów. Jason jest nim od lat, ale wcześniej był pretorem w Obozie Jupiter.
 - Eee...? W sensie: księdzem? - Zdaję sobie sprawę, że mówię głupotę, ale nie ma już odwrotu. Czuję, jak moje policzki robią się czerwone.
 - Ej, podoba mi się to! - Adam składa ręce jak przy komunii i pochyla głowę, mówiąc głośno "amen!". - Brakuje mi tylko blond peruki, stroju i okularów, ale to się wykmini jakoś. Mówię wam, będzie to hit. Podbijemy internety, Ann. - Śmieje się głośno.
 - Od kiedy Jason na okulary? - pytam, trochę zdziwiona. W zasadzie, to mnie w ogóle nie interesuje.
 - Dłużej, niż to ciało istnieje. - Wskazuje na siebie obojga kciukami. - Poza tym, widziałaś go raz i akurat ich nie miał na sobie. Z tego, co słyszałem od Pipes, Thalia wydarła go prosto spod prysznica. O mało nie zrobiła afery na cały Obóz, że ma się szybciej ubierać.
 - Okej. - Nie komentuję sprawy, że mówi mi o prywatnych rzeczach obcych ludzi. Adam po prostu nie trzyma języka za zębami.
Na początku wydawał mi się zapatrzonym w siebie chłopakiem, który zdaje się czerpać radość z tego, że łamie dziewczynom serca na trzy połówki (to gorsze, niż na dwie!), później kimś znajomym, następnie uznałam go za kogoś, kto nie widzi poza mną świata (ta, jasne! Czego jeszcze?), a teraz wiem, że w gruncie rzeczy jest obłąkanym chłopakiem z glonami w głowie zamiast mózgu, który rzuca sucharami częściej niż Cejrowski chodzi boso.
 - To kim jest ten pretor? - pytam w końcu Rachel, która przyglądała się naszej wymianie zdań z rozbawioną miną. Ją ciekawostki z życia Jasona zdawały się bawić.
 - Jest ich dwóch. Są jak generałowie. Praktycznie rządzą tym całym rzymskim bajzlem. Reyna była pretorem nieprzerwanie od piętnastu lat, w sumie jakieś siedemnaście lat. Przysięgam, była w tym świetna, a Frank jej pomagał jeśli tylko mógł. Ale taka choroba nawet tytana by powaliła na kolana... Mam nadzieję, że nie cierpiała. - Rachel przez chwilę nie odzywa się, odnoszę wrażenie, że nie chce nic mówić, ale jej piegowata twarz pozostaje bez wyrazu. Szmaragdowe oczy także nic nie okazują. - Niestety, ja także sądzę, że Jason byłby najlepszy. Albo Percy...
Patrzy na Adama/Percy'ego porozumiewawczo.
 - Dlaczego on? - pytam, nie wiadomo dlaczego w moim głosie brzmi nuta gniewu.
 - Bo kiedyś byłem pretorem, pamiętasz? - Patrzy na mnie z żalem, a w jego brązowych oczach widzę iskierkę rozgoryczenia. Wygląda jak zbity pies.
 - Nie, nie pamiętam. - Kręcę głową w zaprzeczeniu. Adam zakłada ręce na piersi.
W jakiś sposób to pamiętam. Jakby to był czyjś sen...
 - Na amnezję to już nic nie poradzę - rzuca opryskliwe.
Aua, to w jakiś sposób boli. Jakby ktoś wbił mi maleńką igłę w serce i nie chciał jej wyciągnąć.
Wbijam wzrok w podłogę, patrzę na moje bose stopy, brudne od całego dnia chodzenia bez butów. Oświetla je jedynie wątłe światło z kilku świec, które pozostają zapalone. Wszyscy milczą, Rachel wstaje i odchodzi gdzieś za kurtynę wytworzoną z kolorowych prześcieradeł i pozostaję z chłopakiem sam na sam.
Napięcie między nami zdaje się aż rzucać iskrami, przychodzi mi na myśl wiele zgryźliwych słów na temat jego zachowania. Ale nie chcą przejść mi przez gardło. Albo to ja je blokuję, bo boję się, że rzuci takim słówkiem, które spowoduje, że do mojego serca wbije się gwóźdź zamiast igły?
     Ktoś wpuszcza do jaskini ostatnie promienie zachodzącego słońca. Odwracam się w stronę wejścia i widzę dwie dziewczęce sylwetki w różowych koktajlowych sukienkach.
 - Przyszłyśmy powiedzieć ci dobranoc - mówi Emily, uśmiechając się do mnie i wsuwając swojego małego warkoczyka za ucho.
Adrian zdaje się grymasić i robi obolałą minę. Niestety, nawet z tak skwaśniałym wyrazem jej twarz wygląda zaskakująco ładnie.
 - Mama nam kazała, więc nie wyobrażaj sobie wiele - rzuca i na jej ustach pojawia się wredny uśmiech. - Aha, masz pozdrowienia od Rai'a i cioci Thalii.
 - Nie słuchaj jej - mówi Emily, trącając siostrę bliźniaczkę w ramię. - Jest obrażona, bo to ty dostaniesz buty. Któraś z dziewczyn ma twój numer buta i powiedziała, że może ci dać jedną parę.
 - Aha... no to dzięki - Uśmiecham się do niej niezręcznie, czując morderczy wzrok Adrian na swojej osobie. - No to co, do jutra?
 - Jasne - odpowiada młodsza siostra Raisona, która przypadła mi do gustu. Wydaje się być miła.
 - To ja spadam. - Adam nagle się podnosi i otrzepuje bluzę. W jego tonie naprawdę słychać zdenerwowanie. - Pójdę z wami dziewczyny, akurat mamy po drodze.
Emily wzrusza ramionami. Ta dziewczyna naprawdę wydaje się być w porządku, w przeciwieństwie do siostry. Chociaż są do siebie tak podobne, teraz zauważam między nimi więcej różnic. W charakterze, bo wizualnie nadal są swoimi klonami. Chyba nawet każdy pieg na ich nosie znajduje się w takim samym miejscu.
Czuję się oszukana przez tego Glonomózga. Nie, Glonomóżdżka. Nawet, gdyby jego mózg nie był kulką glonów, na pewno byłby wielkości ptasiego móżdżka.
To, jak uśmiecha się do bliźniaczek, denerwuje mnie. W dokładnie taki sam sposób uśmiechał się do mnie w szpitalu, zaraz po tym jak Thalia obroniła mnie przed chimerą. Gdyby tylko rozegrał sprawę inaczej, a nie robił ze mnie wariatkę przez tygodnie, nawet gdy zobaczyłam go walczącego z hydrą (już uzmysłowiłam sobie, że to była hydra), na pewno nie miałabym nic przeciwko temu, żeby też tak się do mnie uśmiechał. Ale co, u licha, on sobie wyobrażał?
     Nie chcę denerwować się nim, wystarczy, że panicznie boję się, co teraz robi mój ojciec. Czy jest bezpieczny? Czy radzi sobie samemu w domu? Postanawiam, że zaraz z rana pożyczę od kogoś telefon i zadzwonię do niego. Albo do sąsiadki, zapytam czy może się nim zająć, bo nagle muszę jechać do Bridget, bo leży w szpitalu - w końcu każda wymówka dobra, ważne, żeby była sensowna.
Obawiam się, że nie usnę, zastanawiam się nawet, gdzie mam się położyć. Chcę zapytać o to Rachel, więc wchodzę za tajemniczą kurtynę z prześcieradeł i widzę rudowłosą leżącą na materacu i okrytą kocem. Obok niej leży drugi, na nim identyczny kocyk i pojmuję, że to właśnie tak mam się położyć. Ściągam dżinsy, zostaję w samej pomarańczowej koszulce od Piper i kładę się do tego pseudo podobnego łóżka.
Ku własnemu zaskoczeniu niemal natychmiast zasypiam, nie przeszkadzają mi nawet świece pachnące wanilią i cynamonem dzielące mnie i Wyrocznię. Jestem zmęczona i zagubiona. I głodna, ponieważ od rana praktycznie nic nie jadłam.

1.29.2016

04. Mam nadzieję, że to pomyłka (2/2)

Ogłaszam, że będę się starała publikować rozdziały co tydzień, w piątek lub sobotę (jeszcze dokładnie nie wiem) i będę miały one średnio 1500 słów (też zależy jak wyjdzie, ale ogólnie to 1200-1500, żeby nie było to krótkie badziewie). Za cel ustalam sobie skończenie opowiadania do końca roku (póki moje gimnazjowanie nie rozpocznie się na dobre. Więc tak się sprawy mają, a teraz zapraszam do czytania i komentowania historii Anabel :)
Uwaga! Cały rozdział (1 i 2 część) ma dokładnie 4.982 słowa. To najdłuższa praca, jaką w życiu napisałam O.o Mam nadzieję, że następne rozdziały będą miały objętość o połowę mniejszą >.<
Tak Vicky, 5 tyś. nie ma, ale prawie... xD
Przepraszam za błędy, ale nie chciałam, byście musieli długo czekać na ciąg dalszy tego samego rozdziału :P
_______________________________________

     Idziemy w stronę domu. Trochę zaskakuje mnie, że ktoś nazwał go Wielkim Domem - spodziewałam się ogromnego budynku stylistycznie przypominający domek Zeusa, króla bogów, ale nawet cieszę się, że tak nie jest. Przynajmniej mnie nie onieśmiela, powtarzam sobie.
Podchodzimy niemal do drzwi, a ja w tym czasie oglądam go z bliska: ma zwyczajne, proste okna, a mimo to zdają się patrzeć na mnie jak na intruza. Na stoliku i fotelach wypoczynkowych leżą porozrzucane w nieładzie karty do gry. Na posadzce walają się zgniecione puszki po dietetycznej coli i pepsi.
 - Raisonie, zagramy w Pacmana? - pyta ktoś nagle.
Oboje odwracamy się w tamtym kierunku. To niemożliwe!
 - Nie, teraz nie. Może później - odpowiada chłopak, chowając dłonie do kieszeni.
Co, na Boga, robi tutaj Dres?
 - Proszę pana... kojarzy mnie pan? Panie Dres... znaczy Des.
Niski mężczyzna o czarnych włosach układających się w loki patrzy na mnie wzrokiem, który mógłby przewiercić mnie na pół.
 - Anna Bella Jackson?
Raison obserwuje nas z niemałym rozbawieniem.
 - Fajna nowa ksywka, panie D. Jak się jej dorobiłeś? - pyta mojego nauczyciela.
Pan Dres milczy.
 - Kim właściwie jesteś? - pytam, zniecierpliwiona.
 - Dionizosem. Na pewno przerabialiście już mitologię w twojej klasie.
Kiwam głową, oczekuję, że nauczyciel powie coś więcej, wyjaśni to jakoś. Ale nie mówi nic oprócz tego, pozostawiając mnie w otępieniu, przez które łzy cisną mi się do oczu. Jestem zagubiona, a nikt nie chce pomóc mi się odnaleźć.
Pan Dres - a raczej Dionizos - odchodzi, a wtedy Rai staje obok mnie i mówi półszeptem:
 - Chodź Ann, Chejron na nas czeka.
Posłusznie słucham go i idę za nim, ramię w ramię. Blondyn nie jest taki jak Adam, który chciałby trzymać mnie przy sobie i nie pozwalał mi się wypowiedzieć. Raison pozwala mi być samodzielną, ale nie odmawia pomocnej ręki - nawet nie muszę o nią prosić, po prostu czuje, kiedy jej potrzebuję. W jego niebieskich oczach jest coś znajomego, coś, co już widziałam, ale za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy. Może to tylko przewidzenie, bo widziałam Jasona, jego ojca, i muszę przyznać, że są do siebie podobni.
     Jesteśmy już w środku i okazuje się, że jest znacznie większy, niż się wydawał z zewnątrz. W pokoju, w którym się znajduję stoi zniszczony stół do tenisa stołowego (nie cierpię "ping ponga"). Czy ja w nim widzę ślady po ostrzu noża?
Raison wydaje się zauważać moje zainteresowanie drobnymi pęknięciami, bo tłumaczy:
 - Kiedy poznasz Clarisse, przestaniesz się dziwić. Była grupową aż do momentu, gdy urodziła drugiego syna.
Udaję, że rozumiem, co znaczy bycie grupowym, i dalej przyglądam się pomieszczeniu: widzę schody prowadzące na wyższe piętro oraz kilka drzwi i zastanawiam się, co jest za nimi.
Raison opuszcza mnie na moment, wchodzi do jednego z tajemniczych pokoi, a po chwili wraca razem z kimś innych.
Ten ktoś od pasa w dół jest siwym koniem.
 - Dlaczego ją przyprowadziłeś, Raisonie? - pyta chłopaka, który idzie obok niego z rękami schowanymi w kieszeniach spodni.
 - Tata o to poprosił. - Wzrusza obojętnie ramionami. - Wydało mi się, że to logiczne i całkiem rozsądne.
 - Nikt, oprócz Wyroczni nie może potwierdzić, że to ona. Nawet Rachel mogłaby mieć z tym kłopot. Możemy do końca życia tego nie określić, jeśli nie odzyska wspomnień. Szanse są marne.
 - Tata kazał, żeby się zapytał, dlaczego nektar działał na nią normalnie. To jakiś znak? - ciągnie Rai.
 - Nie jest herosem tak jak ty, chłopcze. Jesteś tylko połową z krwi swojego ojca, ledwie silniejszym od niektórych z dzieci półboga i śmiertelnika, bo twoja matka także ma w żyłach krew bogów. Serce Anabel także pompuje boską krew, ale słabą. Słabszą od twojej. Może być córką półboga i śmiertelnika, może nawet wnuczką. Albo kimś słabszym. Ale nie, nie jest herosem, jeśli o to pytasz - odpowiada na jego pytanie Chejron.
Czuję się źle, czuję się oszukana przez jasnowłosego chłopaka - w gruncie rzeczy jest taki sam jak Adam Greene, twierdzi, że jestem kimś, kim tak naprawdę nie jestem.
 - Nie mogę nic więcej powiedzieć, idźcie do Rachel. Może ona wam pomoże. - Centaur nas odprawia.
Raison patrzy na mnie swoimi błękitnymi oczami, które sprawiają, że nogi się pode mną uginają i stają się kłębkiem waty.
 - Chodź Ann, nic tu po nas - mówi do mnie cierpliwie i obdarza mnie małym uśmiechem.
 - Wytłumacz mi, o co tu chodzi - upieram się.
Chcę wiedzieć, co się dzieje, w co się mieszam. Coś podświadomie rozkazuje mi być spokojną, że jestem wśród przyjaciół, że ich znam; ale to nie jest prawda.
Chłopak bierze mnie za rękę tak, jakby robił to wiele razy i było to najnaturalniejszą rzeczą w życiu. Także mam takie wrażenie, ale opieram się mu, bo wmawiam sobie, że Raison jest obcy. Że nie powinnam czuć czegoś takiego.
     Prowadzi mnie do schodów, ruchem ręki nakazuje bym usiadła i posłuchała tego, co ma mi do powiedzenia.
Chcę, żeby opowiedział mi wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami o tym, co tu się dzieje, chociaż wiem, że to zapewne jest zbyt skomplikowane, by nawet napisać o tym miejscu nawet książkę, która miałaby tyle samo stron co Biblia.
Siedzę na zimnych płytkach i czekam na jego słowa.
 - Słuchaj... kurczę, jak dziwnie to tłumaczyć... - Rai waha się nad czymś. - Wiesz o herosach, prawda? Oni nadal są. Żyją i istnieją, są jak normalni ludzie. Mój ojciec jest herosem, matka też. To takie naturalne. Bogowie wcale nie różnią się od ludzi, jeśli nie liczyć nadnaturalnych mocy. Czasem wtapiają się między nich, żyją jakiś czas, ale potem odchodzą na swój Olimp. A po ich wizycie prawie zawsze zostaje dziecko.
 - A co z... Dionizosem? - pytam, a jego imię ciężko przechodzi mi przez gardło. Dla mnie to wciąż nikt inny jak mój wychowawca, pan Dres.
 - Skąd wytrzasnęłaś taką fajną ksywkę jak pan Dres? - Chłopak znów zbacza z tematu. Powoli tracę cierpliwość nawet do niego. - No dobra, czasami on albo Chejron szukają herosów, żeby potwory nie dopadły ich pierwsze. Ale zazwyczaj robią to satyrowie. Obóz Herosów powstał po to, żeby chronić półbogów przed potworami. Jeden z nich zaatakował ciebie. Thalia mówiła, że to była chimera. Tutaj jest najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. Ale istnieje jeszcze drugi taki obóz - Obóz Jupiter. Prócz greckiej mitologii, rzymska także jest prawdziwa. W rzeczywistości, mój ojciec jest synem rzymskiej wersji Zeusa, Jupitera. OJ jest większy i lepiej zbudowany. Panuje w nim całkiem inna rzeczywistość. Obok leży Nowy Rzym, gdzie mieszkam. Naprawdę, musiałabyś zobaczyć go sama... nie potrafię go opisać. Przepraszam.
Kiwam głową ze zrozumieniem. Mimo, że to co powiedział Rai to bardzo niewiele, to czuję się teraz pewniej.
 - Mamy gdzieś iść, prawda? - pytam.
 - Tak - odpowiada chłopak.
Pomaga wstać mi na nogi i znów ramię w ramię, wychodzimy przez podwójne drzwi na pole pełne czerwonych truskawek.
Ziemia i listki łaskoczą mnie w stopy, ale idę hardo przed siebie. Mijamy znów rzekę i domki bogów, droga dłuży mi się nie miłosiernie.
 - Daleko jeszcze? - pytam zmęczonym głosem osła z bajki o zielonym potworze z czasów dzieciństwa mojego ojca. - Pięty mnie bolą.
 - Nie, nie daleko. - Raison nie przejmuje się mną i idzie dalej. - To zaraz przy Pięści Zeusa.
 - Gdzie? - Przyspieszam kroku, by go dogonić. Choć się staram, nie udaje mi się to, ale nagle jestem przy jego boku i zdaję sobie sprawę, że zaczął robić mniejsze kroki. Zapewne ze względu na mnie, ale nawet jeśli zrobił to z dobrej woli, to mam wrażenie, że uważa mnie za słabą. Nawet Chejron, ten siwy centaur, powiedział, że jestem słabsza.
Blondyn wzdycha i znów chowa dłonie do kieszeni.
 - Noo... przy takiej stercie kamieni w lesie. Naprawdę wyglądają jak pięść.
     Chwilę później wchodzimy do las, a wkrótce potem jesteśmy na miejscu. Raison rzeczywiście nie kłamał - kamienie układają się w nienaturalny kształt, który do złudzenia przypomina zaciśniętą pięść.
Prowadzi mnie jeszcze przez chwilę, a potem zauważam wejście prowadzące w głąb niewielkiego pagórka. 
Jest zasłonięte kolorowym kocem i prześcieradłem, ale i tak je zauważam. Domyślam się, że to właśnie jest nasz bieżący cel i idę w tamtym kierunku. 
Raison delikatnie odsuwa prześcieradło i wchodzi do środka, pokazując mi, żeby zrobiła to samo. Robię to bez zastanowienia. 
     W środku pagórka powietrze jest tak mdłe, że ledwo powstrzymuję swoje dziwne odruchy. Wszędzie dookoła pachnie wanilią oraz cynamonem, ale ktoś przesadził z pachnidłami i te dwa zapachy w takim natężeniu w zamkniętym pomieszczeniu sprawiają, że łzy cisnął się do kącików oczu. Zatykam nos i próbuję oddychać ustami, ale ciężko mi to przychodzi.
 - Rachel, jesteśmy - mówi Rai, który zdaje się nie mieć kłopotów z oddychaniem tak jak ja. Albo po prostu udaje. - Jestem z Anabel.
Pocieram powieki, próbuję przywrócić sobie ostrość wzroku, kiedy zza kolejnej kurtyny prześcieradeł wychodzi kobieta. Jedyne, co widzę w świetle pachnących świec to jej rude włosy. 
Rachel podchodzi do nas, mam wrażenie, że chce ze mną porozmawiać, bo otwiera usta, ale mija mnie i chłopaka. Odsłania szybko kolorowe koce za naszymi plecami, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. 
Po kilku sekundach czuję się lepiej, ale Raison na wszelki wypadek gasi niektóre świece. Jestem wdzięczna im obojgu. 
 - Usiądź, proszę - odzywa się do mnie płomiennowłosa kobieta. 
Przez moment nie rozumiem, gdzie niby mam usiąść - nigdzie nie ma śladu po krześle, są tylko porozwieszane prześcieradła, wiele świec. Zastanawiam się, jakim cudem nie ma tutaj pożaru. Mi Bridget nie pozwalała zapalić zapalniczki nigdzie indziej jak przy piecu.
 Potem dostrzegam kilka poduszek i siadam na nich. Rachel robi to samo, a Raison stoi i widocznie zastanawia się, czy nie powinien wyjść i nas nie niepokoić. Po chwili podejmuje decyzję i idzie w stronę wyjścia. Za chwilę już go nie ma.
Uważnie obserwuję Rachel, szukam jej spojrzenia, ale ona zdaje się patrzeć wszędzie, tylko nie na mnie.
 - Nie jesteś sobą, prawda? - mówi cicho. - Nie kłam, nie znoszę kłamców.
 - Nie wiem... - odpowiadam, a wtedy ona także spogląda mi w oczy. Patrzymy na siebie, zauważam, że nasze tęczówki mają taką samą szmaragdową barwę. - Na prawdę nic nie wiem...
 - Przekaż swojej duszy... przeszukaj ją... - Jej głos jest przerażająco spokojny. 
Gdy go słyszę, powieki mi się kleją, czuję napad senności. 
 - Nie usypiaj. Patrz mi w oczy.
Domyślam się, o co chodzi. Pamiętam, kiedy ostatni raz miałam znieczulenie miejscowe. Zszywali mi ranę na plecach, gdy spadłam z drzewa tyłem i niefortunnie rozcięłam sobie skórę na ostrych kamieniach. Po zabiegu czułam się podobnie słabo.
 - Opowiedz mi coś, co pamiętasz. Jakieś stare wspomnienie. Najstarsze, które przychodzi ci na myśl - prosi rudowłosa.
Biorę wdech. Przeszukuję umysł w poszukiwaniu tak owego, ale żadne nie wydaje mi się szczególnie ważne, ani stare. Aż nagle...
 - Nie wiem, czy to wspomnienie - odzywam się cicho. Chcę tylko spać, położyć się i zamknąć oczy. Nawet na tej twardej ziemi. - Zielone oczy... nie tak zielone, jak moje czy pani, ale coś takiego... jak morze. I jedno imię...
 - Jakie? 
Mam je na końcu języka. Jestem pewna, że słyszałam je niedawno, ale niewidzialna bariera sprawia, że nie mogę teraz powrócić do tego wspomnienia.
 - Jakie? - powtarza Rachel.
 - Nie... mogę...

* * *

     Słyszę głosy dobiegające jakby z oddali. Czuję wodę wlewającą mi się przez nos, przez usta, uszy... to sprawia, że chcę krzyczeć. Szamoczę się, próbuję nie przegrać taj walki. Ale ona jest już zakończona. To wojna, na niej nie wolno podawać wrogowi pomocnej ręki. Wszystko mnie boli, przestaję walczyć. Wiem, że to koniec. 
     Czuję ostrze rozpruwające mi brzuch, czuję każdy nerw wołający do mózgu, że ta część ciała jest atakowana. Nic nie mogę poradzić. 
Znów słyszę głosy. Są coraz bliższe, rozpoznaję je. Są znajome. 
 - Zostaw ją! - krzyczy Percy. - Co ci zrobiła?
 - Nie będziemy wam podlegać! Nie będziemy wam służyć!
 - Nikt nikomu nie służy, idioto!
 - Preator nie pytał nikogo, czy zawszeć z wami pokój. To samowolka! - ten ktoś, kto mnie krzywdzi, ten kto sprawił mi tyle bólu, nie poddaje się.
 - W takim razie, to jej wina, nie nasza! 
     Otwieram oczy. Chcę krzyknąć, żeby zostawił go w spokoju, ale ten krzyk zaraz po otwarciu oczu ponownie gdzieś znika. Wspomnienie zaczyna się rozlewać, staje się wyblakłe, jakbym wyciągnęła je z jakiejś powieści. Jest jedynie historyjką. 
Głowa mnie boli. Nie czuję już narastającej senności, ale jestem zmęczona całym dniem w stresie i obcym miejscu. Ledwie dociera do mnie twarz Raisona, który patrzy na mnie z troską zmieszaną z przerażeniem.
Przyglądam się jeszcze raz jego niebieskim oczom, trochę żałuję, że jest blondynem. Blondyni i jedynacy od samego początku mają u mnie blachę.
Jestem przerażona, gdy odkrywam, że moja głowa znajduje się na jego kolanach. Błagam wszystkich bogów, jeśli oni rzeczywiście istnieją, bym w tym momencie nie stała się czerwonym burakiem. 
 - Jak długo byłam nieprzytomna? - pytam.
 - Tylko kilka minut. - Rachel kładzie mi wilgotną szmatkę na czole. - Powinieneś iść z nią do skrzydła szpitalnego, jest gorąca jak patelnia - zwraca się do chłopaka.
 - Wiesz, właśnie o tym myślałem - odpowiada. Jego głos jest tak zwyczajny, że niemal nie zauważam u zdaniu ukrytej ironii. 
Pomaga mi wstać, a ja nie mam siły by to zrobić. Ale nie chcę wyjść na słabą - to daje mi tyle energii, że w końcu staję na nogach, chociaż uginają się one pode mną. 
 - Jęczałaś we śnie... - głos Rachel drży z niepokoju. - Co takiego ci się przyśniło?
 - Ja... - Cała siła mnie opuszcza, jak powietrze z pękniętego balonika. - widziałam własną śmierć.
Zielone oczy Rachel otwierają się szeroko. Nie patrzy już na mnie, tylko na Rai'a.
 - Idź z nią szybko. Ale zatrzymaj się przy rzece. I obserwuj... coś się wydarzy. Wysłuchuj głosów.
     Wygląda na to, że to koniec jej rad. Raison nie czeka, aż pozwoli mu odejść, tylko bierze mnie pod ramię i wychodzimy. Ostrożnie stawiam każdy krok, obserwuję własne nogi, by się nie przewrócić. Oświetlenie, jakie teraz panuje, sugeruje mi, że jest już wieczór, ale nie patrzę na niebo, by się nie przewrócić. Ciężko mi nadążyć za jasnowłosym, ale widzę, że i tak zwolnił swój krok ze względu na mnie. 
W końcu zatrzymujemy się, a on pozwala mi usiąść na trawie. Słyszę szum wody, cichy szmer, który powoduje, że przechodzą mnie ciarki. Jestem tuż przy małym potoku. Raison jest gdzieś niedaleko. Nie widzę go, ale czuję jego obecność. 
     Nagle słyszę, jak ktoś mówi:
 - Frank, co się dzieje? - Mam wrażenie, że jest to Jason.
 - Poważne rzeczy, Jas - odzywa się inny męski głos. 
 - Mów prosto z mostu.
 - Nie mogę tutaj właściwie być, powinienem być w Nowym Rzymie i wybierać nowego pretora.
 - Po co wam "nowy pretor"?
 - Reyna... ona... umarła wczoraj w nocy. 
Przez chwilę obaj milczą. Słyszę tylko odgłosy cykania świerszczy i szum rzeki.
 - Co mam z tym wspólnego? Dlaczego zwracasz się do mnie? - pyta Jason.
 - Chyba wiesz, o co chodzi. Ja i sejm chcemy, żebyś wrócił.
 - Nie ma mowy, Frank. 
Krzaki, których siedzę ukryta, szurają. To Raison musiał się ruszyć. Zauważam jego jasną czuprynę przez niewielkie szparki między gałęziami i widzę, że nieźle gimnastykuje się, żeby nie wychylić na nie głowy. 
 - Kto tam? - pyta ojciec Rai'a.
Odpowiadają mu świerszcze swoim cykaniem. 
 - Sporo ryzykuję, pojawiając się tutaj - mówi drugi mężczyzna. - Hazel jest z dziewczynkami w bunkrze, właściwie to ona powinna z tobą rozmawiać. Przy ludziach. Ale ja składam ofertę... nie ma nikogo, kto nadawałby się na jej miejsce. Oprócz ciebie, Jason. 
Potem już nikt nie mówi, słyszę jedynie czyjeś kroki, ten ktoś się oddala coraz bardziej. Później druga osoba, która pozostała sama nad brzegiem rzeki, także się oddala. 
     Czekam jakiś czas w milczeniu, nie mogę nawet westchnąć z ulgi, że cały stres minął. Usłyszałam to słowo. Pretor. Co ono oznacza? 
Raison wstaje i rozprostowuje nogi.
 - Nie wierzę - szepcze chłopak, łapiąc mnie za rękę. Pomaga mi wstać. 
Ja także nie wierzę, że Adam może mieć rację. Że jestem kimś innym. I jakaś przeszłość łączy mnie z zielonookim Percym.

1.26.2016

04. Mam nadzieję, że to pomyłka (1/2)

Zapewne widzicie, że rozdział podzieliłam na dwie części. To wina tego, że już  1/4 część całego jest za długa, bym mogła napisać ją za jednym zamachem, a zapewne nie chcecie czekać kolejnego tygodnia na dalszą część historii Anabel ;)
Przepraszam za błędy, chciałam, byście mieli ten rozdział jak najszybciej :)
Następna część będzie ciekawsza :P Całość pewnie będzie mieć jakieś 4 tyś. słów xD
Burritos!
___________________________________


     Chciałam wziąć jednak te buty, ale w końcu zrezygnowałam. Wychodzimy właśnie z Adamem na świeże powietrze, zostawiając całe skrzydło szpitalne za sobą. Wkrótce jestem wdzięczna chłopakowi za to, że ostrzegł mnie przed temperaturą. Na podwórzu mam wrażenie, że sięga ona nawet trzydziestu stopni Celsjusza. Adam uważnie obserwuje każdy mój ruch i czuję się przy tym niezręcznie. Być może to także z powodu tego, że chodzę po trawie boso. Nie przypominam sobie, żeby na Alasce mogła zrobić coś takiego i od razu przypomina mi się Arizona.
 - Gdzie dokładnie jesteśmy? - pytam ciemnowłosego.
Odwraca się do mnie, zaskoczony, że w ogóle się do niego odezwałam.
 - Na granicy Nowego Jorku, zaraz przy Zatoce Long Island.
 - Jak taka duża organizacja, z własnym szpitalem i w ogóle, może sobie istnieć tak po cichu? Mam nadzieję, że to nie jest jakaś sekta... - drugie zdanie mamroczę bardziej do siebie, niżbym miała to kierować konkretnie do Adama, ale on i tak parska cicho śmiechem.
 - Dla zwyczajnych szaraków jesteśmy plantatorami truskawek. I rzeczywiście taka jest i to dostatecznie duża, by zyskami opłacać prąd i te sprawy. A reszty to oni... po prostu nie widzą. Jesteśmy bardzo incognito. Tacy z nas ninja.
Kiwam głową, że rozumiem, a tak naprawdę przyswajam to bardzo opornie i tylko część jego słów naprawdę do mnie dociera.
 - Do kogo idziemy? - po chwili z moich ust pada kolejne pytanie.
 - Do Piper. Jest żoną Jasona. To znaczy tego blond gościa.
 - Brata Thalii - zauważam.
 - Tak - potwierdza, zaskoczony, że tak dobrze kojarzę Thalię. Ta dziewczyna naprawdę jest wyjątkowa z jej niesamowicie elektryzującymi oczami. - Na pewno da ci nową koszulkę, pewnie też jakieś jej dżinsy lub bliźniaczek. Z butami może być już słabiej... jak coś, to się popyta w domkach o twój rozmiar.
Idziemy dalej, a trawa łaskocze mnie w stopy - to naprawdę niezwykłe uczucie, iść po niej z taką lekkością. Prawie zapominam, że w rodzinnym mieście panuje zima...
 - Jakim cudem tutaj jest lato? - strzelam.
 - Matko, znalazła się ciekawska. To sprawa pana D. albo, jak wolisz pana Dresa... w zasadzie, nie mam pojęcia jak on to robi. Swoją drogą, mam czym go teraz przedrzeźniać. Tylko wymyśl coś do Bachus, okej? - uśmiecha się do mnie zawadiacko.
Nie mam pojęcia jak odpowiedzieć mu na ten uśmiech, bo przed oczami stają mi jego nagłe wybuchy. Na szczęście już nic nie muszę robić, bo chłopak zatrzymuje się. Najwyraźniej jesteśmy na miejscu.
Puka grzecznie do gładko wypolerowanych brązowych drzwi. Przez moment, w którym nikt się nie odzywa, uważnie obserwuję budynek: jego marmurowe ściany i białe kolumny, które zdają się być wyciągnięte iście z opakowań po jogurcie greckim. W porównaniu z innymi domkami w otoczeniu wydaje się być wielki.
W końcu ktoś nam otwiera.
W drzwiach stoi dziewczyna. Ma ciemne włosy - tylko trochę jaśniejsze od moich - sięgające ramion i grzywkę ściętą tuż nad brwiami. Jej skóra jest jasna i delikatna, a prosty nos pokryty ledwo widocznymi piegami. Będąc mojego wzrostu, stoi przede mną ubrana w jaskrawo różową sukienkę koktajlową na wąskich ramiączkach i chociaż stoimy oko w oko, jak równa z równą, zdaje się w ogóle mnie nie zauważać.
 - Cześć, Adam - odzywa się z uśmiechem do mojego, hm... żadnego mojego. Po prostu do Adama. Co ja się znowu uwzięłam tak na niego? To jest jakieś podejrzane.
 - Hej, Adrian - odpowiada machinalnie i chwyta mnie za nadgarstek, wymijając dziewczynę ciągnie mnie boleśnie za rękę. - Jest mama? Rai też by się przydał.
Adrian wykrzywia usta w grymasie, a jej twarz nadal wydaje się ładna.
 - Mama jest w salonie, a Rai jak zwykle siedzi w kanciapie. Tam go szukaj - mówi do chłopaka, chociaż ukradkiem zdaje się zerkać na mnie i moje dłonie. Adam nadal nie puszcza mojej ręki i najwyraźniej o tym zapomniał.
Wymieniają między sobą kilka słów, nic, co mogłabym podsłuchać i co by mnie mogło interesować. Rozglądam się po otoczeniu, dostrzegam wielki posąg niczym z podręczników do historii, wyciągnięty prosto z naszego działu o Grecji. Po piorunie, który postać trzyma w ręku, obstawiam, że to podobizna Zeusa.
Chcę podejść do niego bliżej i się mu przyjrzeć, ale żelazny uścisk Adama mnie powstrzymuje. Rezygnuję z tego, choć trochę żałuję, ale szybko moją uwagę odwracają piękne ściany i błyszcząca podłoga. Widzę w niej nawet swoje odbicie. Przeczesuję wzrokiem ściany i za posągiem zauważam drzwi; są dużo mniejsze i zwyklejsze od poprzednich, chociaż wciąż solidnie wykonane i ładniejsze od tych, które wiszą w futrynach u mnie w domu.
 - Kiedy macie zamiar wyjechać? - pyta Adam.
Dziewczyna o mało nie parska śmiechem.
 - Przyjechaliśmy z OJ wczoraj, wyjeżdżamy najwcześniej za tydzień. To męczące żyć tak na przemian w dwóch miejscach.
 - Też tak żyję i nie narzekam. Nawet na dwa się muszę rozdwajać. Raz Adam Greene, raz Percy Jackson. Raz jedna matka, raz druga...
 - Hmm... ja wiem, że to kiepska sprawa - Adrian próbuje jakoś uniknąć dalszej rozmowy na ten temat. - Hej, dlaczego ona nie ma butów?
 - Długa historia. Poza tym, "ona" ma imię. To Annabeth... - dostrzegając na sobie moje niszczycielskie spojrzenie, poprawia się: - Znaczy Anabel. I z tym imieniem to długo historia, zapytaj Jasona lub mamę.
 - Aha.
     Adam puszcza moją rękę i idzie przed siebie, w stronę drzwi, a ja - ponieważ nic innego nie wydaje mi się odpowiednie - idę za nim.
Adrian zdaje się czekać, aż odejdziemy na pewną odległość, a potem kątem oka dostrzegam, jak wychodzi na zewnątrz.
Natomiast ja, razem z chłopakiem  podchodzę do drzwi, które on powoli otwiera i wchodzę, kiedy on robi to samo. Czuję się głupio od niego uzależniona, znalazłszy się w całkiem obcym mi miejscu, wśród obcych ludzi. Mimo, że nawet jemu ufałam ledwo, to był jedyną znaną mi i wystarczająco pewną osobą, by iść za nim. Ale kiedy przestanę mu ufać, nie pozostanę w jego towarzystwie.
      Mijamy jedne drzwi, a potem drugie, w końcu wchodzimy do jednego pokoju. Uderzają mnie jego pastelowe kolory w tak ciasnym pomieszczeniu; jasna sofa, półka z sosnowego drewna, groszkowo-białe ściany, fotel, którego tapicerka wygląda jak imitacja ręcznej roboty.
Ciemnowłosa dziewczyna w różowej koktajlowej sukience stoi na palcach, próbując sięgnąć najwyższej półki z książkami, usiłując złapać konkretny tom. Zdaje się nas w ogóle nie zauważać.
 - Pomóc ci, Em? - proponuje jej Adam.
Nastolatka zaniecha swoich wysiłków i patrzy prosto na nas - raz zerka na mnie, raz na chłopaka.
Uderza mnie jedna rzecz; Em wygląda jak klon Adrian. Ich włosy są prawie identycznej długości, z tak samo przystrzyżoną grzywką, tyle, że ta ma małego warkoczyka wsuniętego za ucho. Ich jasne oczy są identyczne, tak samo charakterystyczny nos. Nawet ich piegi zdają się być tak samo po nim rozrzucone.
 - Przydałoby się. - Em skrzywia się, a jej twarz nadal wydaje się być ładna. Tak, ona i Adrian są bliźniaczkami. Jednojajowymi najwyraźniej. Ciekawe, czy z charakteru też są do siebie podobne?
     Moje rozmyślenia na temat bliźniąt przerywa czyjś ciepły głos:
 - Co was gna do mojego domu?
Brązowowłosa kobieta - odcień jej włosów z dokładnością jest identyczny do tego włosów dziewczyn - stoi przed nami, z rękami założonymi na biodrach. Wnioskuję, że to właśnie jest ta Piper.
 - Dzień dobry, Pipes - Adam wita się z kobietą, uśmiechając się szeroko. - Mam dla ciebie wyzwanie.
Piper patrzy na chłopaka, unosząc brwi - udaje zaskoczoną.
 - Mam ubrać na bal tą zacną panienkę, co, księciu?
Przyznaję, polubiłam ją od razu. Swoimi słowami niemal zwala Adama z nóg.
 - Przygarnął kocioł garnkowi - mówię, starając się nie chichotać.
Czarnowłosy przez chwilę udaje urażonego, ale potem mówi coś do Piper nieznanym mi, obcym językiem.
Kobieta patrzy na niego z góry - powiedzmy, że z góry, bo jest mojego wzrostu, a Adam przewyższa ją wzrostem o pół głowy już teraz.
 - No idź, księciu. Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie można oglądać panny młodej w sukni ślubnej przed ceremonią, co? - Ciemnowłosa wykonuje ruch bardzo podobny do tego, którym ja odganiam natrętne muchy latem. - To wróży nieszczęście.
Chłopak przez chwilę wygląda na zdezorientowanego, ale później przybiera wyraz twarzy, który ja poznałam już kiedyś pod tytułem "zrobię z ciebie idiotkę", ale na szczęście szybko nabiera wody w usta i wychodzi.
 - Skąd wiedziałaś, że przyjdziemy po ubranie? - pytam, nieco oszołomiona. Nawet wyraz twarzy Adama nie sprawił, że zapomniałam o dziwnego pochodzenia wiedzy kobiety.
 - Cóż, Wyrocznią nie jestem, ale swoje tam wiem... - Uśmiecha się do mnie psotnie, przez co mam wrażenie, że jest moją równolatką, a nie osobą starszą o jakieś dwadzieścia lat. Od początku naszej znajomości wiem, że w przyszłości obdarzę ją wielki zaufaniem. Ta kobieta naprawdę potrafi wywołać świetne pierwsze wrażenie.
 - Moje ubrania mogą być na ciebie trochę za duże, ale wezmę jakąś koszulkę od dziewczyn, spodnie też powinny pasować... - mamrocze pod nosem, pół do siebie - pół do mnie. - Jaki masz numer butów?
 - Czterdzieści. - Czuję, jak moje policzki pokrywają się rumieńcem. - Tak, mam stopy wielkie jak Yeti - próbuję wyjść z niezręcznej dla mnie sytuacji z żartem.
 - Cóż - Piper rozpościera ramiona, jakby chciała mnie przytulić, ale zaraz je opuszcza. - Butów nie mam, ale zapytam dziewczyn z dziesiątki. One na pewno powinny mieć coś na ciebie.
Kiwam głową, niepewna co powiedzieć, ale ona nie przejmuje się moją nieśmiałością i chwyta mnie za rękę. Jest to zupełnie inny uścisk niż ten, który zechciał podarować mi Adam. Jednocześnie bardzo miły, ale także delikatny, jakby bała się, czy może to zrobić. Natomiast z chłopakiem sprawa była całkiem inna - wyglądało na to, że chwycił mnie za nadgarstek tylko dlatego, że speszyłabym się, gdyby chwycił mnie normalnie. Ale wątpliwości co do tego, że zrobiłby to bez wahania, nie mam.
     Kobieta prowadzi mnie do małego pokoju,  w którym po jednej stronie stoi piętrowe łóżko z pościelą w słoneczniki, a po drugiej inne, którego pościel przedstawia jedynie pionowe pasy w odcieniach szarości i błękitu. Dwie ściany są pomalowane na biało, a jedna po stronie piętrowego łóżka jest żółta jak piaski pustyni, a ta po drugiej - ma kolor przejrzystego morza. Przed każdym z łóżek stoi drewniana skrzynka i zgaduję, że znajdują się w nich ubrania.
Piper potwierdza moje przypuszczenia, podchodząc do skrzyni, która stoi przylegle do podwójnego łóżka i otwiera ją. Z ciekawości podchodzę bliżej i zaglądam jej przez ramię, kiedy wyciąga dla mnie ubrania.
W końcu wstaje na równe nogi i podaje mi miękkie, przyjemne w dotyku spodnie oraz pomarańczowy podkoszulek.
 - Dziewczyny i tak w nich nie chodzą. - Wzrusza ramionami. - Powinny być dobre, ale nie jestem pewna... możesz się przebrać w łazience, to kolejne drzwi na prawo.
 - Dzięki. - Uśmiecham się do niej z wdzięcznością, a ona robi to samo.
     Tak jak powiedziała, łazienka jest tuż obok. Przymierzam ubrania i stwierdzam, że są dobre, chociaż podkoszulek trochę uwiera mnie pod pachami, bo jest trochę za mały, ale wiem, że zaraz odzyskam swobodę ruchów.
Szybko odczytuję napis, jaki na nich widnieje: "Obóz Herosów" oraz wizerunek czarnego pegaza. Taką samą koszulkę ubierał Adam, tuż zanim przyjeżdżała po niego furgonetka.
Odsuwam zasuwkę i wychodzę z łazienki.
     Przy drzwiach wyjściowych zauważam Emily (rozpoznaję po warkoczyku za uchem) i jakiegoś jasnowłosego chłopaka.
 - Cześć - odzywa się do mnie jako pierwszy.
 - Cześć - udaję, że wiem, kim jest i co tu robi.
 - Jestem Raison. - Całe szczęście, że się przedstawił! Mało brakowało, a zapadłabym się pod ziemię. - Wiesz, że mam cię zabrać do Chejrona?
 - Jason mówił, że masz mnie oprowadzić po okolicy, a o żadnym Chejronie nie było mowy... - mówię trochę nieskładnie, nie mając pojęcia, co w tym jasnowłosym chłopaku jest takiego, że zapominam języka ludzkiego i mój głos lada chwila może stać się piskiem zagubionej myszy.
 - Tata zmienił plany po tym, jak pogadał z Adamem. To chyba naprawdę poważna sprawa... - pokazuje gestem, żebym poszła za nim, kiedy otwiera drzwi prowadzące do sali z posągiem. - Sam nie mogę uwierzyć, że to możesz być ty...
Chociaż nogi mam jak z waty, czuję narastający gniew.
 - I ty? O Boże, nie jestem żadną Annabeth! - wołam.
Chłopak tylko wzrusza beznamiętnie ramionami.
 - Ja tam się nie znam, słów na wiatr nie będę rzucać. Możemy ustalić, czy to ty jesteś nowym wcieleniem Annabeth Chase, ale musisz być bardziej pokojowo nastawiona. Jakimś cudem, Adam wiedział, kim jest kiedy tutaj się pojawił. Tyle, że to inna sprawa tak w sumie.
Jestem zaskoczona po usłyszeniu jego słów.
 - Jak to "inna sprawa"?
 - Sądzę, że powinnaś o tym z nim pogadać w cztery oczy, bo ja go w sumie nie znam... tylko podsłuchałem jego rozmowę z tatą, ile w tym prawdy to ja nie wiem. Nie chcę, żeby potem był z tego mikser. No chodź, pokażę ci wszystko.
Zdaję sobie sprawę, że nic od niego nie wyciągnę, że muszę porozmawiać o tym z Adamem, ale nie wiem, jak to zrobić. Tym bardziej, że nie wiem, kim ta Annabeth była... może, gdybym wiedziała coś o niej przyszło by mi to łatwiej? A tak muszę podążać z wszystkimi jakby zawiązano mi oczy.
     Mimo, że chcę się sprzeciwić, wrócić do domu, do ojca, który mnie potrzebuje, idę za Raisonem przez  plac, a on w tym czasie mówi mi, czyj jest jaki domek. Niewiele z tego zapamiętuję, ale niektóre rzeczy trafiają do mojej głowy i tam pozostają. Ten z numerem jeden należy do dzieci Zeusa (nie wierzę, że bogowie istnieją, a co dopiero mieliby mieć dzieci z normalnymi ludźmi... czyli herosów, takich jak Perseusz lub Herakles), trójka do Posejdona, czwóreczka do Demeter (zapamiętuję go, bo wygląda cudownie w tych wszystkich kwiatach), szóstka do Ateny (to naprawdę dziwne, ale kiedy przechodzimy obok niego, boli mnie głowa), dziesięć do Afrodyty, jedenaście do Hermesa, trzynastkę ma Hades, dwudziestka należy do Hekate.
W końcu idziemy w innym kierunku i widzę pola truskawek, o których mówił Adam. Są naprawdę ogromne, a wśród nich stoi zwykły dom o ścianach o barwie pastelowego błękitu, z białym wykończeniem, o wysokości trzech bądź czterech pięter*. Na ganku stoją fotele wypoczynkowe, grill oraz stolik do kart. Podwójne drzwi, większe niż te w domku Zeusa, są otwarte na oścież.
 - Oto nasz cel, Ann - mówi do mnie Rai. - Oto Wielki Dom, madame.
Muszę przyznać, talent do przedstawień to on ma po matce.
____________________________________________

*Raz Percy mówił, że Wielki Dom ma cztery piętra (Złodziej Pioruna) a w Zagubionym Herosie Jason stwierdził, że ma trzy. Szczerze mówiąc bardziej wierzę Jasonowi, bo Percy mógł mówić o czterech piętrach, żeby podkreślić, jak wysoko był strych ;)