10.10.2014

URODZINY BLOGA One-Shot 8 "Musimy porozmawiać" SPECIAL

Dosyć stary tekst, znaleziony, gdy ,,oczyszczałam komputer z niepotrzebnych plików". Powprowadzałam zmiany, czyli pousuwałam głupie teksty, podałam trochę, poprawiłam błędy... i jestem dumna. Chociaż to straciło dawny blask (czyli ten z marca, kiedy ten szot powstawał).
Tylko ja uważam, że Chejron wyszedł tu trochę na takiego jakiegoś pedofila? :c
Mam jedno zastrzeżenie: poruszyłam bardzo wrażliwy temat, ale proszę, nie ochrzańcie mnie za to, że jestem dzieckiem i nic nie wiem na ten temat... tak, to bardzo wrażliwy temat i nikt tego nie może tego zaprzeczyć. 
___________________________________________

  - Dobrze, małe gnojki, od dzisiaj możecie już walczyć w parach. Ćwiczyliśmy tę technikę od tygodni, więc nie powinno być z nią żadnych problemów - chwyciłam ręce za plecami i ruszyłam wokół moich młodych uczniów. Czyli grupy półbogów, składającej się z bachorów w wieku od sześciu do dwunastu lat.
Dlaczego Chejron powierzył mi właśnie najmłodszą grupę?
  - Pamiętajcie, że przepisy nie wskazują na celowe okaleczenie lub zabicie kogoś. Chyba, że naprawdę chcecie kogoś zranić, to wtedy lepiej nie dajcie im się złapać pierwszymi. Niech każdy założy swoją zbroję, chwyci miecz i możemy zaczynać naszą zabawę. Jakieś pytania?
Ręka Andrew'a natychmiast wystrzeliła w górę. 
  - Jeśli mogę, proszę o przerwę, żeby się załatwić. Przysięgam, poszedłem do łazienki zanim przyszedłem na zajęcia... - obiecał szybko - ale muszę iść jeszcze raz! 
Klepnęłam dłonią po mojej twarzy. Jak zwykle.
  - Idź, i każdy, kto też chce iść. Macie pięć minut. 
 Połowa mojej klasy pobiegła czym prędzej do drzwi toalety. To wystarczyło, żeby zapanował chaos. 
To miała być długa lekcja...
Później dzieci, jak najzwyczajniej w świecie, gorączkowo próbowały odnaleźć pancerz i miecz, który do nich pasował. 
Oczywiście, musiałam im pomóc. Musiałam wydrzeć się też dwa razy, bo te małe pełzaki ponownie chciały wracać do łazienki. Naprawdę, zasługuję na złoty medal, bo odkąd z nimi pracuję to jeszcze żadne z nich nie dostało po tyłku.
W końcu się uspokoiły, a ja przypominam sobie po raz setny tego dnia, że nie nie może być gorszej klasy na całym świecie, niż właśnie ta moja. 
Byli rosnącymi wojownikami - małymi, słabo skoordynowanymi żołnierzami, ale jednak wojownikami. 
Za każdym razem, kiedy wygrywali jakieś pojedynek, patrzyli na mnie z promiennymi uśmiechami na twarzach, szukając mojej. Przez pewne ryzyko związane z łzami które mogłyby sprowadzić potop, o którym nie mogło być nawet mowy, dawałam kciuki w górę i zmuszałam się do uśmiechu. 
          Lekcja trwała w najlepsze, dopóki nie wpadł Percy. Moi studenci natychmiast zaprzestali walki i spojrzeli na niego.
  - Nie rób im prania mózgu - powiedział do mnie. Wzruszyłam ramionami na jego słowa. 
  - Nie wiem, co cię to obchodzi. Nie masz przypadkiem własnej klasy do nauczania? 
  - Właśnie skończyłem. Przyszedłem zobaczyć, co robisz - skinął znacząco na dzieciaki - wiesz, jakie techniki nauczania stosujesz.
  - Clarisse, skop mu tyłek! - Szydziła Ruth, trzymając swoje drobne rączki na biodrach. 
Chyba naprawdę była moją siostrą, miałam taką nadzieję. Ona z resztą też. 
  - Taaaaaak! - Dodali inni głośno chórem, po czym się zamknęli. Chyba ogarnęli, co przed chwilą powiedzieli. 
Syn Posejdona podniósł brwi na mnie, jakby chciał powiedzieć: naprawdę? 
Natomiast po prostu wzruszył ramionami i podniósł miecz.
  - Daj spokój, przejdźmy od razu do walki. 
Jak ja nienawidzę tego przyznawać, że jesteśmy dość równo doświadczeni, jeśli chodzi o walkę mieczem i nie było sposobu, by dał mi łatwe zwycięstwo tylko dlatego, że byli przy nas moi uczniowie. Minęło prawie dziesięć minut i nikt nie miał jakiejś większej przewagi. Tak było dopóki, gdy jego oczy rozszerzyły się i ledwo uchylił się przez moim następnym atakiem.
  - Clarisse, krwawisz. 
  - Nieźle.
Uchylił się przed moim następnym ciosem.
  - Nie, mówię serio. Spójrz w dół...
Skurwysyn. 
Spojrzałam tam. Krew spływała powoli po moich udach, a jej źródło było zasłonięte przez spodnie. 
  - Dobra, marsz pod prysznice - rozkazałam moim uczniom. Wszyscy się niemal natychmiast rozeszli w swoje strony.
Z powodu szaleństwa życia obozowego, mój okres nigdy nie był regularny. Mogły minąć nawet miesiące, nim znowu go dostałam, co niestety musiało mieć miejsce przed chwilą. 
W idealnym momencie.
           Klnąc obficie pod nosem po starogrecku, udałam się do łazienki.
Z czasem, gdy moja adrenalina zaczęła powoli blaknąć, poczułam atak bolesnych skurczy, chyba gorszych niż jakich kiedykolwiek doświadczyłam. Fantastycznie.
Wypływ krwi także był prawdopodobnie najcięższy, jaki miałam.
To jest śmieszne - pomyślałam. - Jesteś Clarisse La Rue, grupową domku Aresa, boga wojny. Weź się już w garść i rusz dupę. O, tak.
Jakoś udało mi się dotrzeć do mojego domku. Dzięki bogom, nikogo jeszcze w nim nie było..
Wlazłam do łózka, poprzednio pozbywając się zakrwawionego ubrania. To było złe. Złe na wiele sposobów. Nie miałam pojęcia co się dzieje, ale te "grudki" nie wróżyły zbyt dobrze i byłam prawie pewna, że to nie był zwykły okres. 
Okryłam się kołdrą i czekałam na jednego z moich braci. 
Mark, był zaledwie jedną nogą w kabinie, kiedy krzyknął:
  - Sprowadźcie Chejrona, teraz!


* * *

  - Hmm, rzeczywiście teraz myślę, że wolałabym teraz kogoś od Apolla, a najlepiej jakąś dziewczynę - mruknęłam pogardliwie. 
  - Ach, ta prywatność.
  - Coś w tym stylu.
Centaur westchnął z politowaniem. 
  - Clarisse, ufasz mi?
  - No tak, ale... - zacisnęłam zęby, by przeciwstawić się nagłemu bólowi. 
  - Co jest?
  - Skurcze - mruknęłam. - Ale nie są normalne...
Chejron skinął głową z powagą.
  - To może być torbiel jajnika - stwierdził. 
  - Nie sądzę, żeby to było to. Coś jest nie tak. Krew jest ciemniejsza niż zwykle i są w niej te... te grudki. Nigdy tak nie było.
  - Grudki - powtórzył z zamysłym. W tonie jego głosu była bardzo wyczuwalna nuta smutku, której nie było wcześniej. - Kiedy ostatni raz miałaś okres?
  - Uch, ze trzy miesiące temu... - sytuacja była naprawdę krępująca. Milczał przez chwilę, komplementując wszystko, co mu przed chwilą powiedziałam. Jego ręka spoczęła na moim czole. 
  - Clarisse, moja droga, myślę... myślę, że poroniłaś... Tak mi przykro. 
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. To nie mogła być prawda. 
  - Nie, Chejron, nie ma mowy. Nie byłam w ciąży.
  - Ty i Chris nie jesteście aktywni seksualnie?
  - Och, my jesteśmy bardzo aktywni...  - naprawdę Chejronie, bardziej krępującego pytania się nie dało? - Ale zawsze, zawsze są prezerwatywy. Nie pozwolę mu się do mnie, jeśli ich nie ma.
Ten Stary Koński Zad spojrzał na mnie dziwnie. Bardzo dziwnie. 
Myślami powędrowałam do jednego zdarzenia, które wydarzyło się tydzień po moim ostatnim okresie.
  - Dobra, zdarzyło się raz. Ale poważnie, nie. Nie poroniłam.
  - Najlepiej byłoby, gdybym wziął cię do Wielkiego Domu - powiedział cicho. - Tam jest prysznic, ciepła woda powinna pomóc na skurcze. 
Teraz byłam wkurzona.
  - Cóż, jeśli tak, to daj mi się ubrać w pierwszej kolejności.


* * *

  - Clarisse... - szepnął delikatnie. - Jestem pewien, to było poronienie. Te grudki, jak je nazywasz, to były części łożyska. 
  - Mylisz się - warknęłam, robiąc krok w tył. 
  - Widziałem to już wcześniej - kontynuował. - Przykro mi.
  - Nie - zaprotestowałam, ale brzmiało to tak dziwnie, że kolana zaczęły się uginać się pod moim ciężarem. Centaur złapał mnie, zanim upadłam. 
  - Porozmawiamy o tym więcej w Wielkim Domu. Możesz chodzić?
  - Oczywiście - warknęłam, robiąc pokazowo kilka kroków w przód.. Oczywiście skończyło się na tym, że całą drogę opierałam się o niego. Świetnie, Ares miał teraz z czego się nabijać! 
       Pan D. patrzył jak wchodziliśmy do Wielkiego Domu. W końcu znudzony bóg opuścił budynek.
  - Prysznic jest na górze, po lewej stronie - instruował Chejron, tym jego sympatycznym głosem. Nienawidziłam tego głosu. Poza tym, wiedziałam, gdzie są prysznice. - Potem wyślę kogoś, żeby przyniósł ci czyste ubrania. Możesz zostać tam tak długo, jak tylko zechcesz.
  - Okej. 
Jego ręka złapała mnie za nadgarstek, zanim poszłam w kierunku schodów. 
  - Chcesz powiedzieć Chrisowi?
  - On ma o tym nie wiedzieć.
  - Clarisse, to też wiąże się z nim.
  - Powiem mu potem - szarpnęłam się i wbiegłam na pierwsze stopnie. 


* * * 

Usiadłam pod prysznicem, ponieważ nie mogłam nawet ustać na nogach.
Woda zaczęła się barwić na czerwono przez krew. Było też coś jeszcze... łożysko. 
Łożysko od dziecka. Mojego i Chrisa. 
Oparłam głowę o ścianę. Jednak byłam w ciąży... Ale teraz nie było we mnie dziecka. 
Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że jednak chciałabym być mamą, Chris byłby ojcem, bylibyśmy rodziną. Patrzyłam, jak przyszłość zaczęła odchodzić w błoto. 
Masz tylko dwadzieścia lat. Nie byłaś przecież jeszcze gotowa na dziecko. Naprawdę chcesz przygnieciony ciężarem odpowiedzialności? No chyba nie. Po za tym, byłabyś straszną matką. Nie jesteś miłosierna, ciepła albo czuła. Nie lubisz nawet uścisków. Nie umiesz śpiewa, lub gotować, a twój uśmiech jest bardziej szyderczy niż cokolwiek innego na tym świecie. Dobrze, że tak to się wszystko skończyło. To dobrze - tłumaczyłam sobie w duchu.
Wmawiałam to sobie tak długo, aż woda zrobiła się chłodna, krew rozjaśniała nieco i skurcze mnie opuściły. Zakręciłam kran i owinęłam się ręcznikiem, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
  - Czyste ubrania - mruknęłam sięgając do klamki. - Dzięki bogom.
Chris stał po drugiej stronie. Szybko zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
 - Clarisse, proszę... - jęknął. - Trzeba o tym porozmawiać.
 - O czym?
 - Nie rób tego, proszę. 
 - Nie robię. Wszystko jest w porządku - uchyliłam trochu drzwi i wyciągnęłam do niego rękę, wyraźnie pokazując, czego żądam. - Daj mi moje ubrania.
Westchnął, ale nie protestował. Kiedy już  się ubrałam, nie chciałam patrzeć w lustro. 
Po  wyjściu z łazienki, nie chciałam patrzeć na niego. Ani na kogokolwiek. 
 - Proszę, Risse - Chris położył dłonie na moich ramionach. Nie miałam siły, aby mu w tamtej chwili przywalić. - Możemy porozmawiać? 
 - O czym? O dziecku?
Skrzywił się.
 - Clarisse...
 - Co? Nie chcę o tym mówić. Byłam w ciąży, teraz nie jestem. Koniec dyskusji - weszłam na schody. - Mam nadzieję, że jeszcze dziś wrócę do piątki. 
 - Zostaniesz tutaj - jego ramiona owinęły się ciasno wokół mojej talii. - Nakaz Chejrona. Będziesz tu co co najmniej tydzień, aż krwawienie i skurcze całkowicie znikną, a do tego czasu musisz odpoczywać. 
 - Jestem grupową domku! Nie mogę wziąć tygodnia wolnego! 
 - Porozmawiam z Markiem, powiem mu, że miałaś jakiś wypadek. Potrafi zająć się swoim rodzeństwem - jego palce splotły się mocno z moimi. - Ale musisz się teraz martwić o siebie. 
 - To jest osobliwie głupie.
 - Czy to prawda? 
 - Tak. Tak, będę lenić się całe siedem dni, podczas gdy nic się ze mną złego nie stało! 
Chris westchnął cicho, ale i tak pocałowałam mnie w policzek. 
  - Dobrze - powiedział. - Muszę już iść. Przynieść ci coś z kolacji? 
  - Nie - po chwili odpowiedziałam cicho. - Daj cały talerz bogom. Jako ofiarę. 
Kiwnął głową i dał mi kolejnego całusa w policzek. Fuj. 
Podał mi rękę i pomógł mi zejść na dół, nawet jeśli tego nie chciałam. 
  - Wrócę zaraz po kolacji - obiecał, gdy usiadłam na kanapie. Przeczesywałam kosmyk włosów spadający na moje oczy, on czule owinął mnie ciepłym kocem. - Do zobaczenia. 
  - Do widzenia - powiedziałam prawie oschle. On chyba tego nawet nie zauważył. 
Chris ledwie odszedł, a Chejron wszedł do pokoju. 
  - Witaj, moja droga. 
  - Cześć - odpowiedziałam udając całkowitą obojętność.
  - Jak się czujesz? 
  - Nic mi nie jest. 
  - Clarisse, wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim.
Przewróciłam oczami z poirytowaniem.
  - Tak, wiem, ale nie chcę z nikim rozmawiać. Czuję się dobrze, naprawdę - zapewniłam go. Przewróciłam się na bok i położyłam głowę na poduszce. - Wszytko ze mną jest naprawdę dobrze. A teraz jestem zmęczona, okej? 
  - Dobrze - centaur nie wyglądał na zadowolonego moją odpowiedzią, ale nie próbował naciskać. 
Nawet po tak zwykłej i niestresującej odpowiedzi, jaką otrzymałam, nie czułam się dobrze. 
Skryłam twarz w podusze i dziwnym uczuciem, które wydawało mi się dotychczas obce.
Chciałam płakać z bezsilności.
Tak, ja, Clarisse La Rue, córka i grupowa Aresa, chciałam płakać. 

* * * 

  - Clar?
Odwróciłam się na tyle, aby zobaczyć twarz Chrisa. 
  - Jesteś z powrotem - stwierdziłam, jakby to wcale nie był tak oczywisty fakt.  
  - Już skończyłem - usiadł na brzegu sofy. - Jak się masz? 
  - Dobrze - odpowiedziałam nieco ostro, nie pokazując, jak jego ponowna wizyta w Wielkim Domu mnie ucieszyła. - Możesz to określić jako ,,źle", a nawet ,,bardzo źle". Jak wolisz.
Położyłam głowę na jego ramieniu, zamykając na chwilę oczy. Przez jakiś czas panowało milczenie.
  - Naprawdę nie chcesz o tym rozmawiać, prawda?
  - Nie.
  - Jest coś, co mogę zrobić?
  - Po prostu... po prostu, zostań tu ze mną. Proszę...
  - Oczywiście - wymamrotał.
Siedzieliśmy w milczeniu tak długo, aż w końcu wyczerpanie dało się we znaki i zasnęłam.
Miałam koszmar, tyle pamiętam z tamtej nocy. Nie wiem, co mi się śniło, ale... było przerażające.
Obudziłam się z dreszczami na całym ciele. Rzuciłam okiem na Chrisa, żeby sprawdzić czy jeszcze śpi. Gdy byłam tego absurdalnie pewna, odwinęłam koc, w który byłam zaplątana i odchyliłam nieco głowę, żeby przez najbliższe okno zobaczyć nocne niebo.
Gwiazdy promieniowały tym samym światłem, co zawsze. Były tak spokojne, obojętne na wszystko, co działo się na ziemi...
  - To jest tak, jak myślę? - Zapytałam cicho. - Bo jestem tyranem? Albo dlatego, że nie chciałam, żeby mój domek brał udział w wojnie z Kronosem?
 Nigdy nie słyszałam, żeby głos zaczął mi się aż tak łamać. Wszystkie negatywne sytuacje z mojego życia wydawały się jakby fotografiami. Albo lepiej - jakby krótkimi filmami. Po prostu wszystko było przed moimi oczami. Widziałam twarze tych którzy nie byli koniecznie dla mnie mili i których nie darzyłam jakąkolwiek sympatią, ale oni... mogli jeszcze żyć.
 - Czy to jest jakaś kara? Czy zwyczajnie nudzi się już bogom? To przez to, że skarżyłam się na moich uczniów, bo byłam dla nich niedobra? - Moje oczy zaszły łzami. - Nie miałam tego na myśli, co wtedy powiedziałam... Naprawdę.

_________________________________________________________________________________
Nie mogę uwierzyć, że spędziłam z tym blogiem rok.
Dokładnie rok temu powstał pierwszy wpis, krótki i zwięzły. Potem był tradycyjnie prolog, trzy rozdziały i... przerwa. Żałuję, że nie pisałam wtedy. Teraz mogłoby się tutaj znaleźć nawet 20 rozdziałów. Z drugiej strony, gdybym nie ,,zawiesiła" Percabeth, zapewne nie byłoby Sadico, które pokochałam w tamtym okresie.

Dziękuję Wam za 10 tysięcy wyświetleń bloga, za 60 komentarzy (nie odejmując wszelakiego spamu, liczenie to nie moja dobra strona).

Dziękuję Em, która była ze mną od początku - za wspieranie mnie i wgl. Jesteś dobrą Córą Hadesa (dalej sądzę, że jesteś od Starego Wodorosta, od czasów Emily Green moje zdanie jest niezmienne).
Specjalne podziękowania także dla Moni i Wik, które nie dostały ze mną odjebu. Szacun dziewczyny.

Ogólnie... dziękuję Wam za wszystko. Tak, Wam. Każdemu czytelnikowi, który był kiedyś i ze mną niestety nie wytrzymał, ale też tym obecnym i wszystkim przyszłym.

To nie są wcale puste słowa - dzięki Wam ten blog jest i będzie przez następny rok. To drugie zależy od Was. Za każdym razem po publikacji czegoś nowego, siedzę przez najbliższy tydzień na szpilkach (a raczej gwoździach), a często nie dostaję od Was ani słowa opinii...

2 komentarze:

  1. Będzie ciąg dalszy tego opowiadania ? Plisss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy...?
      Tego tu, w tym poście, czy Percabeth? xD
      Ja taka nie ogarnięta ;/

      Usuń

No wiesz... skoro już tu zajrzałeś/aś, to zostaw po sobie jakiś ślad, żeby Pani O'Leary mogła ci oddać tarczę albo coś.
Pamiętaj: Każdy komentarz karmi weną.